wtorek, 8 marca 2016

Rozdział 23: Koniec

Idąc ciemnym korytarzem ani razu nie obejrzałem się na Isabelle.
Może to tylko stres albo niechęć zrodzona tym, że teraz wygląda jak ta bezduszna dziewczyna, nie tylko napawająca się krzywdą i bólem. Co parę metrów na ścianach lśniły złote światła lamp. Nie potrafiłem się pozbyć wrażenia, że już więcej nie zobaczę słońca. Nie odetchnę świeżym, leśnym powietrzem. Radość z odnalezienia matki opadła pozostawiając jedynie lęk o jej życie. Niby obiecała zostać w bezpiecznym schronieniu, ale jeśli jest choć trochę dawną sobą to wiedziałem, że nie usiedzi w miejscu i spróbuje coś zrobić na naszą korzyść. Potknąłem się o wysoki kamień wysunięty z podłogi. Isabelle chwyciła mnie i pociągnęła za bluzkę żebym utrzymał równowagę. Zdobyłem się tylko na lekkie skinienie głową w podzięce.
-Jeśli chcesz pogadać...- zaczęła typowym psychologicznym tonem sugerującym, że jej mogę wszystko powiedzieć. Poczułem irytacje.
-Nie. Wolę przeżywać ostatnie chwile życia w milczeniu- powiedziałem do z taką ironią w głosie, że dziewczyna odsunęła się urażona.
-Nikt tu nie umrze. Oprócz Pana.
Jej głos informował, że to fakt, którym kończy dyskusję. Zdobyłem się na ciche "akurat" i ruszyłem dalej w głąb korytarza.
Minęło dobre pół godziny zanim dotarliśmy do pokoju, który upatrzyła wcześniej Isabelle. Był niewiele większy od poprzedniego pomieszczenia, ale już nie zawalony skrzynkami i dziwnymi przedmiotami. Wręcz przeciwnie. Całkowicie pusty nie licząc krzesła i małej pozytywki w kącie co zdziwiło tylko mnie.
Mimo to usiadłem wpatrzony w nią jak oczarowany. Wyglądała znajomo, a zarazem obco. To nie pierwsze takie odczucie. Od kiedy tutaj jestem cały czas widzę przedmioty, które wydają się mi bliskie. Kiedy powiedziałem to Panu, tylko się uśmiechnął.
-Poznajesz ją?-Isabelle wydała z siebie cichy głos, cichszy od szeptu.
Pokręciłem głową. W jej oczach zniknął promień nadziei tak szybko jak się pojawił.
-No trudno. Już chyba pora...Więc zaczniemy od powtórzenia planu...I tych takich nudnych...
Doceniałem to, że siliła się na normalny ton. Jakby to była zwykła gra w berka. Ale to nie zmieniło faktu, że jej usta uśmiechały się żałośnie, a ręce wędrowały od kolan do pasa rozpaczliwe próbując coś ze sobą zrobić.
Następne kilka albo parę minut spędziliśmy na powtarzaniu tego co już dawno ustaliliśmy i rozpatrywaniu czy są jakieś błędy lub luki w planie, które wykorzysta Pan. Kiedy skończyliśmy poczułem przypływ odwagi i wiedziałem, co trzeba zrobić.
-Dobrze. Ja odciągnę uwagę sług. Zostaniesz sam na sam z twoim ojcem. Jeśli poradzę sobie z nimi szybciej wrócę i ci pomogę.
-Pomożesz Raven- spiorunowałem ją wzrokiem.
-Ma bezpieczniejszą część od ciebie, ale dobrze. Pomogę jej, a nie tobie.
Posłałem jej ostatni uśmiech i rzuciliśmy się do wykonania planu. Wtedy w moich uszach rozniósł się JEGO głos:
-Jeśli tak bardzo chcesz mnie zabić... Możemy walczyć i bez tych szopek, Don.
Obejrzałem się w stronę Isabelle. Miała normalny wyraz twarzy, na pewno nie słyszała tego co ja. Pan rozmawia ze mną telepatycznie. Całą siłą woli zmusiłem się do zachowania spokoju zgodnego z okolicznościami i ruszyłem pierwszy przez drzwi do zguby.
***
-No chodź. Chodź- głos syczał w mojej głowie. Miałem ochotę targać włosy, wyrwać swoje uszy. I jak na złość czułem, że za mijanymi korytarzami wyglądał wielki cień. Jeśli tak czuje się schizofrenik to nie wiem gdzie jego nagroda Nobla.

(zmiana czasu z przeszłego na teraźniejszy)

Milczę. A to jest najgorsze. Nie potrafię powstrzymać się od szybkich spojrzeń na cień, który zaraz znika i pojawia się gdzie indziej. Jesteśmy już blisko. Czuję to. Widzę światło i wychodzimy do niesamowitego zamku, którym napawałem się przez dobre tygodnie. Tęsknię za nimi. Ale bardziej za Raven. Wiem, że powinienem myśleć o walce. Ale myślę o niej. O tym, że możemy nigdy nie być razem. Że ona mnie nie chce. Isabelle jakby wyczytała to z moich myśli. Albo mimiki twarzy?
-Ona cię kocha.- powiedziała to spokojnie jakby nic nie znaczyło, jakby było to stwierdzenie faktu, ot "trawa jest zielona", "po niebie latają ptaki", "na śniadanie jem płatki z mlekiem". Ale dla mnie to było coś więcej. To co jej zrobiłem nie pozostawia nadziei. A jednak jej najlepsza przyjaciółka mówi co innego. Chcę jej wierzyć- Naprawdę, Tommy. Wiem to.
Przystaje. Spogląda mi w oczy bacznie na coś spoglądając. Nie czuję skrępowania, nic nie czuję.
Mam ochotę debatować, ale nie mogę. Zdobywam się tylko na krótki, nieszczery uśmiech i zwykłe "dziękuję".
Trzymam się tego, choć wiem, że to nieprawda. Raven mnie kocha. Po głowie przebiegła mi wizja jak siedzimy razem na kanapie wraz z naszą małą córeczką całkowicie do niej podobną. Uśmiechamy się. Wmawiam sobie, że tak będzie. Przed oczami mam kolejną wizję. Twarz Raven. Idealna, gładka, jedwabista. Wyciągam dłoń i głaszczę ją po policzku. Spoglądam na jej cudowne usta. Zbliżam się do nich milimetr po milimetrze, delektując się w międzyczasie jej ciemnymi oczyma. Kiedy nasze wargi się spotykają, wizja się rozpływa w nicości.
Zanim się obejrzeliśmy stoję obok drzwi w ogóle nie zwracam uwagi na otoczenie. Tylko na te jedyne drzwi, których mogę nie zamknąć.
-Wejdź- teraz tatuś jest rozbawiony. Bawi się moim lękiem. Słyszy moje myśli? Oby nie. Mimo że jestem w obliczu śmierci to zaczynam płonąć rumieńcem.
-Słyszę-krótko, rzeczowo. Powiedziałbym "tak jak lubię", ale w tym przypadku to nie do końca prawda.
Isabelle idzie dalej korytarzem, jak w planie. Teraz ja mam otworzyć drzwi, rozegrać walkę życia, wyjść i ruszyć po matkę. Potem wszyscy wracamy do domu z uśmiechami na twarzy, głośno się przy tym śmiejąc. Łatwizna jak odebranie młodszej siostrze komputera.
Otwieram drzwi.

***
Nie umarłem. Mimo to ludzie celują we mnie pistoletami i nożami. Pan śmieje się z krzesła. Isabelle leży na podłodze nieprzytomna. Nie dopuszczam do siebie myśli, że jest martwa. Jednak odebranie siostrze komputera to nie taka prosta sprawa. Szczególnie jak jest na facebooku. 
Pan podnosi rękę. Ludzie się rozchodzą dalej mierząc we mnie bronią. Wychodzą z pokoju wlokąc biedną dziewczynę po podłodze. 
-Więc,  Don Smathy postanawia obalić złego ojca i założyć rodzinę z Raven. Romantycznie, ale jest jedno, ale...
Chcę zyskać na czasie, obmyślić nowy plan, więc nawiązuję rozmowę.
-Oświeć mnie, tatusiu. 
-Zacząć od początku? Hmmm...- bawił się moim kosztem, ale siłą powstrzymywałem się od ataku. Byłoby to bynajmniej głupie- Jakbym ci powiedział, że są półbogowie tak potężni i nieśmiertelni, że mogą się równać z Horusem? Tak, Tommy jesteś nieśmiertelny. Masz już dobre tysiąc lat.
Nie powstrzymuję parsknięcia.
-Sądzisz, że nie pamiętam tysiąca lat swojego życia?
 Pan wstaje z tronu zdenerwowany, wbrew sobie robię krok do tyłu. 
-Jestem okrutny, bezlitosny, wiarołomny, ale nie jestem kłamcą- w jego głosie brzmiała taka stanowczość, że byłem gotów uwierzyć nawet w to, że jestem ślimakiem- Miałeś niebywale śliczną narzeczoną i planowałeś wziąć ślub, ale uznałeś, że bardziej chcesz władzy. Obalić MNIE! To przez ciebie musiałem ją porwać i torturować! Wiesz jak mnie to bolało?
-Nie bardziej niż ją-drwię z niego otwarcie, chociaż do głowy wpadają mi mgliste wizje. Próbuję złapać choć jedną, ale gdy tylko ją schwytam...wyślizguje się dłoni.
 Przed oczyma na ułamek sekundy ukazała się śliczna i drobna brunetka niebywale podobna do Raven. Tylko oczy miała błękitne, niewinne. 
-Miałeś wybór: pozbyć się wspomnień i żyć jak zwykły człowiek albo patrzeć na jej śmierć. Zgadnij co wybrałeś-na chwilę przestał mówić napawając się moją miną, a ja w myślach błagałem, aby kontynuował. Chciałem się dowiedzieć cokolwiek o swoim życiu-Ale ona nie była tak wierna. Co to, to nie. Wyszła za mąż i urodziła śliczne dzieciaczki. Tak się składa, że... Jest praprababcią Raven. Nie masz szczęścia do kobiet...A ta legenda o półbogu i jego matce, czarownicy? Bajeczka, dla dzieciaczków. To byłeś ty i ona.
-Sara...-wyszeptałem, zaraz jednak tego pożałowałem, widząc minę triumfu na twarzy mego ojca. 
-Kiedy tylko mnie zabijesz, odzyskasz to co utraciłeś, prawdę. 
-A mama? Jakim cudem ona żyje? 
-Kiedyś byłem bogiem Światłości. Głupcem pomagającym ludziom. Jak to się stało, że teraz jestem tym kim jestem? Nawet największy ignorant, musi pogodzić się z prawdą, ale twojej matce się to nie spodobała i uciekła z tobą z naszego domu. Odebrała mi wszystko co kochałem. Zanim to zrobiła była człowiekiem. Mogłem sprawić by była nieśmiertelna i zamieszkała ze mną i to sprawiłem. To była nauka. Miłość jest słabością i mimo że ten błąd jest powtarzany w każdej opowieści ludzi, to ja głupi nie wierzyłem.  
-Zabiłeś mojego ojczyma?
-Wyświadczyłem ci przysługę.
-Chyba sobie. Byłeś zazdrosny- wypowiedziałem to z największym wyrzutem w głosie na jaki odwaga mi pozwalała.
Kiedyś miałem kochającą rodzinę. Mój ojciec był dobry, a matka zdrowa na umyśle. Ale to działo się tysiąc lat temu. I nigdy nie powróci.
Wtedy uświadomiłem sobie dlaczego podczas bezsennych nocy, kiedy próbowałem użyć czarnej magii z moich rąk wystrzeliwały promyki słońca. To takie proste. Moim atutem jest słońce, gwiazda. Re, Horus. Pan nie odczytywał już moich myśli. Wzmianka o zazdrości wybiła go z rytmu. Chyba. Teraz albo nigdy. 
Fiat lux. (łać. niech się stanie światłość) Zaklęcie zadziałało. W całym pokoju niczym lawa rozniosły
się jaskrawożółte promienie pożerające wilgoć z otoczenia. Z wszystkiego tylko nie mnie. Farba zaczęła pękać i odpadać ze ścian, drewniane półki żarzyły się jak węgiel w ognisku. Dywan pod moimi stopami parzył nieprzyjemnie. Po paru chwilach, które dla mnie były niemiłosiernymi godzinami światło zaczęło powoli niknąć, a ja odważyłem się spojrzeć na mężczyznę leżącego bez życia na posadzce. Oprócz obrzydliwych oparzeń i wypalonych włosów jest nietknięty. 
Dobywam miecza cudem znalezionego w mojej dłoni i podchodzę do niego wyczerpany.
Ogarniam go wzrokiem, a łzy same zaczęły spływać mi do oczu. Oto ten mężczyzna, o którego parę lat temu modliłem się do wszystkich bogów, jakich wyznają ludzie. Wprawdzie marzyłem o takim, który nie spróbuje mnie zabić...Ale kim ja jestem, że decyduje o śmierci człowieka? Przypomniałem sobie pierwszy raz jak zatopiłem miecz w klatce piersiowej jakiegoś dzikiego z Lasu Maratońskiego. Jego  uśmiech nikł w miarę jak uchodziło z niego życie. Obiecałem sobie, że nigdy nie pozbawię nikogo przywileju oddychania. A jednak zabiłem przyjaciela Raven. Z zamyślenia wyrywa mnie cichy jęk mojego ojca. Ten dźwięk... Wezbrała mnie wściekłość. On zabił i będzie zabijał aż umrą wszyscy, których kocham i szanuję, a ten jęk wydaje każdy z kogo uchodzi życie. Muszę go zabić, choćbym miał się nienawidzić do końca swojego życia.   
-Żegnaj, tato.- szepczę.
-Nie...Błagam...Jesteś moim synem...-jęczał.
-Wyświadczam ci przysługę-mówię to z taką pogardą na jaką mnie stać. Twarz mojego ojca rozświetla uśmiech. Zdenerwowany zaciskam miecz i już robię rozmach kiedy mój ojciec ostatkami sił wymawia nieznane mi zaklęcie.  Savada Vacadee... Czy mordercze?

Czuję dziwne mrowienie w ciele, ale wbijam miecz w pierś umierającego. Ułamek sekundy widzę czerwień na jego lekko falującej klatce piersiowej. To już koniec. Świat postanawia zacząć biegać w kółko i bić mnie młotkiem po głowie. 
***
Mam 3 lata. Babcia zganiła mnie za zniszczenie jej ulubionego wazonu. Kiedy kończy zdenerwowana siada na wytartej kanapie i zagaduje do mamy, która bierze mnie na kolana. 
-Gdzie mieszkacie z Eric'em? Chyba możesz mi powiedzieć!
-Aktualnie w Japonii. Ale kto wie gdzie nas poniesie- kłamie.
 Mama czasem odwiedza babcie, ale nie może jej zabrać do nieba, gdzie tatuś zajmuje się ważnymi sprawami.
Mam 7 lat. Tata uczy mnie walczyć zabawkowym mieczem. Mama patrzy na nas śmiejąc się, kiedy wbijam mój mieczyk w brzuch taty, a on udaje, że pada martwy. Nagle przyjeżdża jakiś brodaty mężczyzna, burząc całą scenę. Nie lubię go. Tata wstaje i rusza z nim porozmawiać, mama zabiera mnie do domu z zatroskaną miną.
 Jestem świadkiem pierwszej kłótni rodziców, kiedy mam 8 lat. Tatuś strasznie się denerwuje i uderza mamę w policzek, a ona upada jak szmaciana lalka. Instynktownie podbiegam do niej, ale on odpycha mnie magią i uderzam mocno o ścianę. Płaczę z bólu. 
Mam 15 lat. Jestem na pogrzebie mojej babci. Ani jedna łza nie płynie po moim policzku. Nie znałem jej tak dobrze, ale mama... Ona płacze oceanem łez. Winię się o to, że musieliśmy uciekać z domu i zamieszkać u Horusa.
Mam 17 lat. Do domu Horusa przybywają czarownice. Mają poznać dom władcy niebios. Jedną z nich jest piękna brunetka, która oznaczała się niebywałą magią. Ma na imię Sara.  
Mam 23 lata. Oświadczam się Sarze i liczymy na wspólną przyszłość w własnym domu. 
Mam 24 lata. Dowiadujemy się, że Sara jest w ciąży, ale mój potomek nie jest bezpiecznie póki żyje ojciec. Grozi, że zabije nasze nienarodzone dziecko. Postanawiam go zabić, ale wiem, że więź łącząca mnie z ojcem powoduje, że jeśli on umiera, ja staje się śmiertelny.
 Scena nie miała obrazu, a słychać było jedynie przeraźliwe krzyki młodej kobiety i śmiech mężczyzny. Już wiem, że Pan znalazł Sarę i zaczął ją torturować. Poddam się. Dla niej i mojego dziecka.
Jestem w jasnym pokoju. Tak dobrze mi zresztą znanym. To moja jadalnia z czasów jak byliśmy wszyscy razem. Sara leży ledwo żywa w kącie, a ja wymawiam słowa, które nie są moje.
-Usuń mi pamięć. Oszczędź ją, błagam.
 Mój ojciec spogląda na mnie z góry oczyma pełnymi pogardy i rozkoszy. Skierował palec na Sarę i... usunął jej wspomnienia. Cudem powstrzymuje się od wrzasku bólu.
-Zmodyfikowałem jej wspomnienia w taki sposób, że gdy znajdzie się na ziemi będzie miała męża i dzieci. Zamieszka też niedaleko ciebie, ale nie będziecie o tym wiedzieli. Taka jest cena walki z Niepokonanym. A no i najważniejsze... Zabiłem wasze dziecko.
I zaśmiał się. Ten śmiech zawsze był w moich koszmarach, choć wtedy nie wiedziałem dlaczego się go boję. Łzy przysłoniły mi resztę sceny. 
 ***
-THOMAS BŁAGAM! NIE ZOSTAWIAJ MNIE! BŁAGAM!
Nie umarłem po raz drugi. Głos Raven utwierdził mnie w tym przekonaniu całkowicie. Raven! Nic jej nie jest. Otwieram oczy i widzę jej ciemne kosmyki włosów opadające na moją twarz. Była blada i zlękniona, ale kiedy tylko się uśmiechnąłem...
Pocałowała mnie. Chciałem wziąć ją w ramiona, ale nie czułem rąk. Dziewczyna wyczuła mój lęk jakby był jej własnym.
-Nie czuję rąk...- te 3 słowa ledwie przeszły mi przez opuchnięte gardło. Rozumiałem Paulę, moją przyjaciółkę, która przez mnie nie potrafi chodzić. Raven odsunęła się i zaczęła mi leczyć ręce. Już po chwili poczułem jej dotyk. Jest niesamowitą czarownicą, jak Sara.
-To tylko paraliż-zaśmiała się- To pewnie jego ostatnie zaklęcie. Żałosne, ale muszę przyznać jestem wyczerpana.
Nie podzielałem radości Raven. Odzyskawszy wspomnienia wiedziałem, że mój ojciec nigdy się nie mylił i wszystko co robił miało jakiś powód. A może nie?
-Gdzie mama i Isabelle?- zapytałem z radością w głosie. Czyli plan zostanie spełniony! Wszyscy wrócimy razem do domu!
-Isabelle wypuszcza więźniów- jej twarz spochmurniała. Poczułem ukłucie strachu- A twoja mama... Tak mi przykro. Oddała za mnie życie... A ja traktowałam ją jak śmiecia...
Łzy ciekły po jej policzkach. Po tak wielkiej rozłące... Teraz kiedy już wiedziałem wszystko. Nie ma jej. Chwytam Raven w ramiona i pozwoliłem, aby samotna łza spłynęła. Pozwoliłem sobie na ten luksus, licząc na to, że ta jedna łza zmieni się w kropelkę lawy i wypali swoją drogę. Jednego dnia zabiłem ojca i straciłem matkę. Ale mam kobietę, którą kocham.
-Chodźmy do domu-mówię.
Uśmiecha się przez łzy. Przez małą sekundę wygląda jak Sara. Czy teraz będę ją widział w każdej scenie swojego życia, aż umrę?
Wstaję i uświadamiam sobie, że nie wiem gdzie jest wyjście.
-Wyznawcy Pana wiedzą. Po jego śmierci są wolni i tylko podróbka Isabelle, która nazywa się Betanny zniknęła wraz z paroma innymi.
-A moja siostra?-pytam z nadzieją- wraca z nami?
W tym samym czasie do pokoju wchodzi wrak człowieka, który tylko trochę przypomina moją siostrę. Ocieka cała krwią, a po jej policzkach łzy spływają tak obficie jak mojej matce na pogrzebie babci. Od razu widzę, że wie o jej śmierci. Cała nienawiść do niej, do tego co zrobiła... wyparowała. Rozwieram ramiona, a ona bez zastanowienia w nie wskakuje. Śmieję się, ale to nie jest śmiech radości.
-To wszystko przez mnie- jęczy.
-To musiało się stać- uciąłem. Była tylko pionkiem w grze, która dla niej była małą zemstą. Nie planowała tego i nie wiedziała w co się pakuje.
Puszczam siostrę i pomagam jej iść.
-Gdzie się ukryjemy? I gdzie jest wyjście?
-W Akademii. Naszym domu-stwierdza Raven. Oboje teraz jesteśmy sierotami.
-Ja nas zaprowadzę do wyjścia.-zobowiązuje się Victoria utykając.
***
Za moimi plecami znajduje się około 20 morderców, jeszcze parę godzin temu zdolnych do zabicia mnie jeśli Pan im rozkaże. Teraz, jak jeden mąż idą za mną, Raven, Isabelle i Victorią do wyjścia z pułapki. Większość więźniów Pana idealnie wie gdzie jest wyjście, więc zostało w zamku by nabrać sił i wyruszyć następnego dnia. Na horyzoncie lśni mały punkt, który z każdą chwilą się zbliża. Raven dziwnie utyka. 
-Coś się dzieje?- pytam z troską obejmując ją ramieniem. Zaprzecza skinieniem głową i przestaje utykać raz po raz posykując z bólu. 
Wyjście było na wyciągnięcie ręki i z rozkoszą przekroczyłem próg wdychając świeże powietrze. Spoglądam na słońce i delektuje się nim dogłębnie. Jednak poczułem promienie słońca.
Słyszę krzyk Raven i automatycznie wyciągam miecz, ale ona leży na jakiejś dziewczynie parę metrów po drugiej stronie. 
-Raven!- znowu muszę wrócić do zamku,podbiegam do niej i podnoszę z bruku. 
-Na drzwiach jest pole siłowe...
Spoglądam na nie.Widzę wielki napis: Przejdzie, kiedy umrzesz i nikt więcej.
 Najwidoczniej inni go nie widzą, a ja czuję strach. Zaklęcie paraliżu aktywowało tą pułapkę. Pan wzorował się na moim pomyśle z cieniem. Wszyscy są po drugiej stronie tylko nie my.
-Ku#!@, Ku#!@!! -biję mieczem o ścianę.
-Nic mi nie jest. Znajdziemy inne wyjście...Spokojnie- nie wie nawet jak bardzo się myli.
-To nie jest takie...
-To za Pan!-Głos Betanny rozbrzmiał w moich uszach niczym miód. 
Napina cięciwę łuku i... trafiła prosto w moje podbrzusze. Ból rozniósł się po całym ciele i nie potrafię normalnie myśleć. Wyrywam strzałę i wrzeszczę z bólu. Raven używa magii i już po chwili Betanny leży martwa, a ja wkrótce do niej dołączę. 
-Nie, nie, nie! Tylko nie ta trucizna, błagam. Uleczę cię...Błagam...Nie...Tommy...Nie...Dopiero cię odzyskałam...
Krew ciekła mi między palcami, a ja poczułem błogi spokój. Wyciągam jedną dłoń i zaczynam palcem znaczyć drogę wokół jej warg. Następnie ocieram łzę i unoszę nieznacznie głowę. Nasze wargi się spotykają, a ja daje się ponieść namiętności. Z trudem odrywam się od jej ust, czując kolejną falę bólu. Nie mam dużo czasu, a ona nawet na mnie nie patrzy...
-Raven. Reven popatrz na mnie!-spogląda na mnie załzawionymi oczyma, ściskając kurczowo palce na mojej bluzce- Zabiłem Jake'a, kłamałem, nie zasłużyłem na ciebie,  ale obiecaj, że zapamiętasz dawnego mnie. Raven obiecaj, że zapamiętasz Thomasa, obrzydliwego podrywacza..
Skinęła głową, gładzę jej włosy.

Nie wiem czym jestem, ale widzę jak moja dłoń opada na ziemie z głuchym łoskotem. Raven płacząca nad moimi nieruchomymi zwłokami. Obok mnie stoi moja matka. Taka jaką ją zapamiętałem w niebie. Piękna, pewna siebie, ciepła.
-To koniec, prawda?
Spogląda na mnie oczyma anioła.
-Ona sobie poradzi. Chodźmy do Ozyrysa. Czeka niecierpliwie na ciebie.-szepcze i zmuszam się do odwrócenia ostatni raz w stronę Raven, ale kiedy dostrzegam Victorie zaciskam powieki. 

sobota, 6 lutego 2016

Rozdział 21: Zdrajca czy bohater

-I to ja jestem naiwny, tak? Druga Isabelle. No taaaak... No i pewnie powiedziała ci, że wie gdzie jest źródło, pomoże nam go zniszczyć i w ogóle.
-Zgadza się- głos Raven, szorstki i pozbawiony żartu nie pasował to tej sytuacji. A może o 2 w nocy nie odróżniam jej odczuć.
-Dobranoc- odparłem sennie. Skrycie bałem się gniewu Pana i utraty wygody, a Isabelle? Wiem co potrafi. Granie na emocjach Raven to nie jest u niej nic nowego. Mogłaby się wysilić.
Usłyszałem tylko ciężkie kroki po posadzce i odczekałem aż umilkły. Nie chciałem jej mówić o propozycji jaką złożył mi Pan, kiedy teleportowała się gdzieś. Zabiłaby mnie jakby dowiedziała się, że od razu jej nie odrzuciłem.
Mogliśmy nadrobić stracony czas, zachować się jak syn i ojciec. Nauczyłby mnie jak posługiwać się tymi dziwnymi mocami półboga, które dręczyły mnie podczas wyprawy, a ja je po cichu próbowałem ogarnąć, dał by mi nieśmiertelność w zamian za... Małą przysięgę wierności. Nie byłbym jego sługą! Tylko synem...
-Ty coś ukrywasz!- podskoczyłem w miejscu, kiedy uświadomiłem sobie, że nie poszła. Że patrzyła na mnie w cieniu- Zawsze robisz taką minę kiedy coś cię dręczy.
-Wydaje ci się- kłamstwo cienko mi poszło. Tak na prawdę to chyba zrobiłem to specjalnie, chciałem z nią pogadać jak za czasów Akademii, kiedy wszystko było takie proste, a ja się w niej kochałem i myślałem sobie "Jestem idealny, wszystkie laski będą moje", a teraz mam za sobą parę morderstw, moja dziewczyna jest za Panem, a ta w której się kochałem od zawsze oddala się od mnie z każdym dniem, z każdą decyzją.
Usiadła na łóżku. Z zdenerwowanej stała się łagodna. Spojrzała na mnie z dawnym blaskiem w oczach. Zaufaniem. A ja to zepsuję...
-No, bo... Pan zaproponował mi układ...
-Odmówiłeś, prawda?-wpadła mi w zdanie. Nie musiałem kończyć, bo wiedziała co robić.
-Nie odmówiłem, ale też nie przyjąłem...
-Chyba żartujesz, że się zastanawiasz- czarna sylwetka ruszyła w stronę Raven. Była odwrócona, więc nic nie widziała- Thomas! Przecież wiesz jakie miałam wizje! To pewnie są skutki, ostrzeżenia! Musimy uciekać, zniszczyć źróóó....
Czarno postać przytknęła do jej nosa chusteczkę nasączoną czymś na usypianie. Czułem się okropnie. Zdradziłem własną przyjaciółkę.
-Brawo! Pan będzie dumny... Ja bym nie wydał takiej laski- mężczyzna najzwyczajniej chciał wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia. Ale i bez tego je miałem.
-Zamknij ryja, Edwardo, bo ty będziesz następny.
-Jak sobie pan życzy...- pokłonił się teatralnie wziął delikatnie nieprzytomną Raven na ręce i wyniósł za drzwi.
-Musiałem, musiałem- szeptałem do siebie, próbując się przekonać.
***
-Brawo, Don! Od dziś moi, a raczej NASI słudzy będą cie nazywać Syn Ciemności- Pan powitał mnie z rozwartymi ramionami. Duma odbijała się od jego twarzy, a cały pokój w którym byliśmy jakby się od niego udzielał. Wszystko złote: szafki, fotele, kominek, framugi okien, dywany, nawet książki na półce. Tylko farba na ścianie i suficie była kremowa.  
-Wolę Thomas- odparłem bez zastanowienia, sięgając po księgi. Jakaś niewidzialna ręka odsunęła mnie od nich.
-Nie dzisiaj! Księgi po przysiędze. 
Spojrzałem na Pana z zainteresowaniem. Odetchnąłem, ale czując jakiś przypływ nieznanej mi odwagi wyparowałem:
-Wydałem swoją przyjaciółkę, dziewczynę którą kochałem. Czy to nie wystarczy, ojcze? Teraz twoja kolej.. Możesz mnie przecież okłamać jak Victorię. Jesteś bogiem zła, kłamstwo nie jest dla ciebie czymś nowym.
Pan długo milczał spoglądając na mnie swoimi ciemnym oczami silnie się nad czymś zastanawiając. Jego mina przypominała jakby zjadł cytrynę. Ja też tak robię? 
-Dobrze. Poznałeś oto swoją pierwszą moc, którą posiadasz od małego chłopca: spryt. Wydaje się to proste. "Ha! Każdy może być sprytny" Przykro mi, ale nie. Nie każdy. Tylko kiedy w twojej rodzinie był bóg wojny, jesteś sprytny. Potomkowie Horusa także posiadają spryt. Ale inny rodzaj- ty posiadasz na własną korzyść, oni na korzyść ogółu. Rozumiesz? 
Skinąłem głową. To było dość proste i użyteczne, ale wpaść na to mogłem sam. 
-Masz tych mocy miliony m.in. posiadanie walki z mieczem, jazda konno, rzut czymkolwiek, instynkt, wola walki, wytrwałość, chęć zemsty. Można byłoby to uznać niekiedy za cech charakteru. Ale uwielbiam w półbogach jedną rzecz, a mianowicie moc. 
Spojrzałem na niego pytająco. Moc? Chodzi mu o ciemną magię? O zakazaną magię? Czyli sny Raven to nie pomyłka. Kolejna błędna decyzja. 
-Eric, chodzi ci o... czarną magię? 
-Bystry chłopak z ciebie Thomas! Podczas wyprawy miałeś wiele takich przejawów, prawda? 
-Taaak...
-Moim ulubionym jest kiedy nasłałeś cienia na Jake'a. Zazdrosny byłeś co? Wiedziałeś o tym, że Arya się z nim całowała? Widziałeś to? 
-Tak...
-Ale tu nie chodziło tylko o Arye. A skądże znowu! Raven. Nie chciałeś, żeby ją skrzywdził, sam chciałeś być jej chłopakiem. Wiesz jak mówią na to ludzie? Pies ogrodnika: sam nie bierze, nikomu nie da. Jak to zrobiłeś? Wiesz... Stworzyłeś cienia. 
-Pomyślałem jak powinien wyglądać i co powinien zrobić i jakoś to się stało...
Było mi wstyd. Nie dość, że zabiłem Jake'a to jeszcze planowałem to od początku.
-Jesteśmy tacy sami.
Te słowa zadziałały na mnie jak zimny prysznic, przeszedł po mnie dreszcz obrzydzenia. Podobni? Akurat. Tacy sami? W życiu! Zrozumiałem wtedy, że stoję po złej stronie, zastanowiłem się jak mogę naprawić błąd. Raven coś mówiła o magazynie. Gdzie on był? Koło lochów... Muszę się tam dostać. Ponoć ukrywa się tam Isabelle póki ona nie wróci. 
-Ojcze, chce wrócić do siebie. 
Pan uśmiechnął się wesoło i gestem ręki pokazał mi drzwi.
-Rozumiem, że dla ciebie to za wiele. Do jutra skończysz podstawy, a wtedy omówimy kwestię twojej obietnicy.
Skinąłem głową na zgodę po czym szybkim krokiem ruszyłem do drzwi. Isabelle była moim celem i deską ratunku. Musiałem odkupić swoje grzechy, a sporo ich było. Tak pochłonięty nie zauważyłem idącej w moją stronę Victorii. Czytała jakąś krwistą księgę ze złotym tytułem. Zderzyliśmy się czołami co było, nie powiem dość bolesne.
-Przepraszam, nie widziałam...-zaczęła niezdarnie szukając książki na podłodze. Nie patrzyła na mnie. Przykucnąłem i podniosłem czerwony przedmiot, podałem jej. Uniosła twarz, najwyraźniej myśląc, że jej wybaczyłem. Gwałtownie wstałem i ruszyłem korytarzem. ''Nie, teraz jeszcze ci nie wybaczę''.
***
Magazyn był brzydszy niż przepuszczałem. Miał około 7 stóp wysokości i trochę mniej szerokości. Pachniało jakby coś tam zdechło wieki temu i nadal leżało w kącie pomieszczenia. Wchodząc tam, niemal nie oberwałem kijem, który Isabelle we mnie wymierzyła. Wyglądała jak wrak już nawet nie człowieka. Jak wrak czegoś co było kiedyś piękne i pewne siebie, ale popełniło mnóstwo złych decyzji. Siedziała na drewnianym blacie zawalony jakimiś talizmanami, szarymi pudłami lub zardzewiałymi narzędziami. Spoglądała na mnie swoimi wielkimi oczami, miała niezwykle wychudzoną twarz, ale nie potrafiłem przestać spoglądać na tego "dziwoląga".
-Co ci się stało, Isabelle?- spytałem prawie szeptem zamykając drzwi. To oczywiste, że mnie nie znała, więc nie przeszkadzał mi patyk w jej wyciągniętej ręce. 
-Kim jesteś?- jej głos był baardzo słaby. Przez głowę przemknęła mi myśl, że mogłem zabrać jedzenie. Sięgnąłem do kieszeni i poczułem tam małą bułeczkę, którą wziąłem z jadalni po obiedzie. Podałem jej, a ona z nieufnością ją wzięła i obwąchała. 
-Jestem Thomas. Raven ci nie mówiła? 
-Niee wróciła, dlaczego?
Gula w gardle powstrzymała mnie od wypowiedzenia choćby słowa. Dziewczyna obwąchawszy bułeczkę, pożarła łapczywie. Żałowałem, że miałem tylko jedną. 
-Wpadła w pułapkę. Jest w lochach- po części prawda, ale nie powiedziałem jej kto do tego doprowadził modląc się, żeby o to nie pytała.
-Więc uratujmy ją- powiedziała odkładając patyk-mam dług do spłacenia.
-Nie. Nie mogą cię złapać. Ja ją uwolnię. Dla ciebie mam inne zadanie.
Spojrzała na mnie, jedna brew powędrowała w górę, mięśnie spięły.
-Co mam zrobić?
-Słyszałem, że byłaś dobra z magi. Musisz oszołomić tamtą Isabelle i zająć jej miejsce.
-Wiesz o co mnie prosisz?- spytała głosem wyrażającym głęboką niechęć, jednak po chwili skinęła głową.
-Dziękuję. Zdążysz w 2 godziny?
Roześmiała się wesoło i ukazały się jej niebywale równe i białe zęby.
-Będę nawet szybsza.
***
-JAKI NUMER!- trzymany przez mnie strażnik zmienił kolor z białego na czerwony. Poluzowałem trochę uchwyt na szyi, aby mężczyzna mógł mówić.
-27...-wykrztusił. 
Wiedziałem, że nie mogę go zostawić żywego, ale mogłem go zostawić nieprzytomnego. Uderzyłem go kijem w głowę i odrzuciłem na podłogę. Ruszyłem ciemnym ceglanym korytarzem oświetlanym co parę metrów pochodnią. Zza ścian wyłaniały się metalowe kraty, a ludzie za nimi będący głównie spali lub bili głowami o ściany. Ich twarze starannie skrywał mrok, a ubrania były poszarpane. Przysiągłem sobie, że wrócę tutaj po walce i ich uratuje. Chyba, że umrę. 
Nad celami niegdyś białe cyfry oznaczały numeracje lochów. Teraz były szare i wkrótce nie będzie się dało odróżnić ich od ścian. Przystanąłem przy celi 26 i odetchnąłem. Nie wiedziałem jak Raven zareaguje na mój widok. Za sobą słyszałem kroki strażników, ale nie bałem się ich. Jako "syn ciemności" mogłem chodzić gdzie chciałem i tylko idiota by mnie zatrzymał lub zapytał gdzie idę. 
Za długo stałem przy nieodpowiedniej celi i usłyszałem głos silny, kobiecy i niezwyciężony:
-Pora mojej śmierci?
-Nie, nie dzisiaj. 
Zaśmiała się, ale nawet nie poruszyła. Nie widziałem jej twarzy, a chciałem. Jedyne czego byłem pewny to to, że miała długie i kręcone, czarne włosy.
-Thomas...?
Serce mi stanęło kiedy usłyszałem cichy głos zza krat celi 27. Przełknąłem ślinę i podszedłem do małej twarzyczki spoglądającej na mnie świecącymi oczami. 
-Gdzie jest klucz?
-Nie ma klucza-odparła smutna-a raczej nie tutaj. Ma go Isabelle, wiesz ta druga. Ta nieprawdziwa.
Przegryzłem wargi. Nie wiedziałem dlaczego zachowuje się jakby to nie była moja wina. Jakby sama weszła za te kraty. Czyżby nie pamiętała? Albo nie chciała pamiętać. 
-Zdobędę go. 
-Wiem. Thomas... -Chciałem odejść, ale ona dodała zduszonym głosem-Czy ty mnie kochałeś? Kiedykolwiek?
Czułem, że to jest pytanie na które muszę odpowiedzieć zgodnie z prawdą.
-Tak. I dalej cię kocham, choć źle to okazuję. 
Lekko się uśmiechnęła. Spojrzała mi w oczy. Były jak wzburzony ocean, mimo słabego światła. Dzieliły nas kraty, ale nie tak bardzo, żebym nie mógł jej pocałować. Nasze twarze dzielił ogromny dystans paru milimetrów. Za duży, za mały. 
Nasze usta się zetknęły i kraty zniknęły. Spojrzałem na nią zaskoczony, ale nie chciałem się od niej odrywać. Gorąco które czułem stopniowo przygasło i przypomniałem sobie gdzie jestem- w ciemnym lochu na skraju śmierci.
-Musiałam. Nie mogłam ci powiedzieć, bo by nie zadziałało. 
Skinąłem głową i chciałem ją przytulić, ale wycofała się. Odwróciłem się na pięcie i już miałem biec z powrotem, gdy ten sam kobiecy głos, który pytał mnie o swoją śmierć powiedział:
-Kochanie? Czy to ty? 
Teraz kobieta o bujnych, kręconych włosach spoglądała na mnie zaskoczona zza krat. Nie była młoda. Miała liczne zmarszczki i... mój nos. Oczy głęboko zielone, usta wąskie niczym szparki jakby całe życie ściśnięte z bólu.
-Mama?

niedziela, 31 stycznia 2016

Rozdział 20: Trzynaście

Spojrzałam pytająco na Pana. Nie wierzyłam w ani jedno jego słowo, tak samo to, jak mnie traktował. Kiedy Thomas opływał w luksusy i "poznawał" swojego ojca, ja przez cały ten czas siedziałam w cuchnącej i ciemnej celi, zastanawiając się czy jeszcze żyje. Cudownie, prawda?
Jednak wzmianka o mojej matce sprawiła, że coś we mnie pękło i postanowiłam chociaż przez chwilę go wysłuchać...
- Moja matka? - zapytałam chłodno.
Pan rzucił mi rozbawione spojrzenie, które na chwilę spoczęło na moim dekolcie. Powstrzymałam odruch wymiotny.
- Poznałem ją, gdy to wszystko się zaczęło... Zapewne znacie legendę o Ran i Fortisie, prawda? Wasza przepowiednia nie do końca wyjaśniła pewną kwestię, zresztą należy do jednych z najbardziej pogmatwanych i zmieniających się wytworów jasnowidzów. Sprawdziły się w niej jednak najważniejsze rzeczy: zdrada jednego z waszych towarzyszów, śmierć jednego z nich, powiązana z ofiarą, a także to, że jesteście potomkami Ran i Fortisa... Nie byłem jednak do końca pewny, kim jesteście. Na początku wydawało się to oczywiste: Raven to Ran, Thomas to Fortis. W trakcie waszej wyprawy często się nad tym zastanawiałem i często zmieniałem zdanie... Do tego dojdziemy jednak później. Twoja matka, Raven, pochodziła ze starożytnego rodu, z którego wywodziła się również słynna Ran. Mój sługa przyniósł mi kilkanaście lat temu wiadomość o przepowiedni. Nie mogłem dopuścić do jej wypełnienia. Odnalazłem więc twoich rodziców, z zamiarem zakończenia ich marnego żywota, zanim pojawisz się ty. Niestety, było już za późno. Twoja matka przed swoją śmiercią rzuciła na ciebie zaklęcie ochronne, tak silne, że sama wyciągnęła z siebie wszystkie siły witalne. Nie mogłem nic więcej zrobić, zdołałem tylko pozbawić cię dwóch najważniejszych osób w twoim życiu.
Mówił to tak spokojnym i nonszalanckim tonem, że cała się gotowałam. Myślałam, że zaraz wybuchnę i nie zdołam się powstrzymać. W kącikach moich oczu zebrały się łzy, ale udało mi się powstrzymać je przed wypłynięciem. Nagle stół zaczął lekko drżeć, a ja zacisnęłam zęby żeby się powstrzymać. Thomas spojrzał na mnie zszokowany, natomiast Pan wciąż wpatrywał się we mnie z rozbawieniem. Dotarło do mnie, co przez ten cały czas próbował zrobić, od chwili gdy wyruszyliśmy na wyprawę, aż do teraz: chciał mnie sprowokować. Kiedyś odebrał mi najważniejsze dla mnie osoby, później Isabelle. Na mojej drodze postawił Thomasa, który w pewien sposób odtrącił moje uczucia. Podczas wyprawy wiele razy to podkreślał, a Pan w końcu dopuścił do śmierci Jake'a. A teraz? Chciał, żebym wybuchła.
Skoro tak bardzo tego chce...
"Raven" usłyszałam ostrzegawczy głos w głowie. Izyda, kto inny. Szkoda, że nie pomogła mi po stracie Jake'a, albo gdy siedziałam w celi i wariowałam. Nikt mi nie pomógł...
Wstałam i spojrzałam z całą nienawiścią, którą w sobie nosiłam, na Pana. W jego oczach przez chwilę błysnęło zaskoczenie. Nie zdążył zareagować, ponieważ sekundę później roztrzaskiwał się o ścianę.
- Raven, do cholery! - krzyknął Thomas.
Pan wstał zwinnie i posłał mi kolejne swoje rozbawione spojrzenie. Nie mógł mnie jednak zmylić, bo zauważyłam, jak lekko utyka.
- Tego się nie spodziewałem, moja droga - zaśmiał się - niestety, takie zachowania nie są jednak tutaj mile widziane.
Nagle poderwałam się do góry, a później z całej siły trzasnęło mną o podłogę. Przez chwilę zabrakło mi powietrza. Gdy wreszcie mogłam normalnie oddychać i zdałam sobie sprawę, że to Pan mnie podniósł, zauważyłam, że Thomas głośno się z nim kłóci.
Wstałam i spojrzałam niepewnie na Pana.
- Nasza kolacja jest chyba...
Nie dałam mu dokończyć, bo podniosłam całą zastawę ze stołu i rzuciłam w jego stronę. Szkło rozbiło się na wszystkie strony, jednak żaden kawałek nie ugodził mnie ani razu. Tym razem Pan otwarcie emanował nienawiścią. Uśmiechnęłam się z satysfakcją. Czułam, jak moja moc z każdym wybuchem złości rośnie. Tak jakby coś się we mnie obudziło. Nagle znieruchomiałam. Mój wzrok wyostrzył się, i zauważyłam jak Pan podnosi rękę. Powstrzymywał strażników, żeby mnie nie atakowali? To pułapka! Instynkt sprawił, że wszystko wydawało się zwolnić. Miałam czas na podjęcie decyzji: zniknąć. Przypomniałam sobie, jak teleportowałam się gdy szukałam Jake'a: wyobraziłam sobie apartament Thomasa i zacisnęłam mocno oczy.
Wszystko rozmazało się, a ja odetchnęłam z ulgą, gdy opadłam na miękki materac. Dopiero w tamtej chwili poczułam przerażenie: co ja najlepszego narobiłam?! Dałam się sprowokować. Dokładnie tego chciał Pan: mieć pretekst żeby szybciej mnie zabić! Teraz nie będziemy mieli w ogóle szansy, żeby go zniszczyć.
Wiedziałam jedno: dzisiejszy wieczór o wszystkim przesądzi.
Musiałam szybko się stąd wynosić.
Wstałam i szybkim pstryknięciem wysadziłam wszystkie kamery w pokoju. Czułam się niezwykle potężna, ale nie miałam pojęcia skąd to się bierze. Ktoś mi pomagał... ale nie była to ani Izyda, ani Horus.
Musiałam przebrać się w coś wygodniejszego, skoro musiałam uciekać. Zaczęłam nasłuchiwać kroków, jednak na razie było cicho... cisza przed burzą.
Podbiegłam do szafy z męskimi ciuchami. Na szczęście znalazłam zwyczajne dżinsy i t-shirt z napisem "Die". Uśmiechnęłam się ironicznie, ale szybko narzuciłam na siebie ciuchy. Problemem były buty, przecież nie będę walczyć w szpilkach! Wymieniłam je na pierwsze lepsze baleriny. Gotowe.
Wzięłam głęboki oddech i powoli wyszłam z pokoju Thomasa. Cała rezydencja, mimo że cicha i spokojna, wydawała się lada chwila wybuchnąć. Zamknęłam drzwi i wtedy usłyszałam krzyki dochodzące z oddali.
Szybkim krokiem pokonałam cały korytarz, a później schowałam się w cieniu kilku kolumn i wielkiej, rozłożystej rośliny. To nie mogło starczyć mi na długo, ale musiałam rozeznać się w sytuacji. Dobrze wiedziałam, że nie mogę tak po prostu wrócić do jadalni i przeprosić za swoje zachowanie. Jeśli tylko moja stopa tam postanie, zginę.
Usłyszałam trzask drzwi, a później szybkie kroki.
- Trzeba przyznać, że dziewczyna ma jaja - mruknął któryś z poddanych Pana.
- Tia, problem w tym, że to my wykonujemy brudną robotę - westchnął drugi.
- Myślisz, że Pan od razu ją zabije? Przynajmniej mieliśmy dzięki nim jakąś rozrywkę.
- Wątpię. Podobno przygotował coś specjalnego, cokolwiek to znaczy.
Przełknęłam ślinę i czekałam aż mnie wyminą i znikną zza kolejnymi drzwiami. Musiałam znaleźć Thomasa i razem z nim odnaleźć to źródło mocy. Przez cały czas, który spędziłam w lochach, starałam się podsłuchiwać rozmowy strażników. Z tego co mówili, wywnioskowałam, że źródło znajduje się na najniższym piętrze rezydencji.
Spróbowałam wyszukać połączenia z umysłem Toma, bez skutecznie.
Nagle poczułam potworny ból głowy. Zachwiałam się i musiałam oprzeć się o kolumnę, aby nie upaść.
"Nie mamy dużo czasu... Nie licz na Thomasa, Pan pilnuje by został ukarany za twoje zachowanie... Pospiesz się. Idź do lochów, szukaj celi numer 13. Postaram się ci wtedy bardziej pomóc" rozbrzmiało w mojej głowie.
Połączenie natychmiast wygasło, a ból ustał. Głos brzmiał niezwykle znajomo... Zaklęłam pod nosem: czy mam jakieś inne wyjście, niż iść co lochów? Nie...


***

Cała moja wyprawa do lochów polegała na skradaniu się przy ścianach, rzucaniu zaklęć dezorientujących na strażników gdy mnie zauważali, a raz nawet udało mi się na trzy sekundy stać niewidzialną. Wciąż czułam czyjąś opiekę: a wręcz ktoś dodawał mi sił. Przecież dobrze wiedziałam, że w normalnych warunkach nigdy nie zdołałabym przeciwstawić się Panu... Miałam tylko nadzieję, że nie jest to kolejna pułapka...
Gdy uśpiłam kilku strażników mocnym uderzeniem w głowę, weszłam wreszcie do lochów. Zauważyłam kilkanaście kamer, wiedziałam jednak, że gdy wszystkie naraz nagle przestaną działać, ludzie Pana zorientują się, że coś jest nie tak. Każdą z osobna więc przestawiałam, żeby "patrzyła" pod dziwnymi kątami. Miałam nadzieję, że to wystarczy by nie zostać zauważoną i nie wzbudzić niczyich podejrzeń. 
Szukałam celi numer 13. Z każdym kolejnym numerem coraz szybciej biło mi serce. Musiałam uśpić jeszcze dwóch strażników, a jeden prawie nie zawołał po posiłki. Czułam niezwykły przypływ adrenaliny.
Dotarłam do celi 13. Wpatrywałam się w kraty i ciemność za nimi... była nieprzenikniona. Dopiero gdy zauważyłam poruszenie za nimi, zdałam sobie sprawę, że wstrzymywałam oddech. Zmrużyłam oczy: znajoma sylwetka przybliżyła się do mnie.
Isabelle.
Zamrugałam i cofnęłam się odruchowo. Izzy patrzyła na mnie smutnym wzrokiem, pełnym cierpienia i wyczerpania. Miała potargane włosy, podkrążone oczy oraz rozciętą wargę. Jej ubranie wyglądało na nie prane od co najmniej kilku tygodni. Nie pasowało mi to do Isabelle którą widziałam przecież wcale nie tak dawno temu. To jakiś chory żart, który wymyślił Pan?
- Bogowie, Raven... tak dawno się nie widziałyśmy - powiedziała wzruszonym głosem.
Odsunęłam się jeszcze dalej. Patrzyłam na nią nie ufnie i nie potrafiłam w to wszystko uwierzyć. Jak może mieć czelność coś takiego robić?! 
- Udało wam się, macie mnie. Poddaję się, nie wyszło nam. Zadowolona? - warknęłam.
Isabelle zamrugała zaskoczona, a ja zdałam sobie sprawę, że jest to szczere zdziwienie...
- Nie, nie Raven, to naprawdę nie tak. Pewnie mi nie uwierzysz... ale to jestem prawdziwa ja. Tamta Isabelle... to wytwór Pana. Nie mam pojęcia JAK to zrobił, ale pewnego dnia przyszedł tu z nią i opowiadał, co zrobi żebyś mnie znienawidziła. To wszystko zaczęło się gdy wyrzucili mnie z Akademii, czy może, sama stamtąd odeszłam  - westchnęła, a po jej policzku spłynęła samotna łza.
Wpatrywałam się w nią z szeroko otwartymi oczami. Teraz wszystko powoli zaczynało nabierać sensu: ta... "sztuczna" Isabelle mówiła w inny sposób, a jej mimika twarzy również była zupełnie inna... Jednak niczego nie mogłam być pewna. Nie potrafiłam teraz tak po prostu komuś zaufać, nie po tym wszystkim. 
- Nie mamy zbyt wiele czasu, ale wiem, że nie uwierzysz mi na tyle, by mnie stąd uwolnić. Posłuchaj, Raven, odeszłam bo odkryłam, że Akademia współpracuje z silami ciemności. Wiele uczniów zostało potajemnie w to zamieszanych: wszystko po to, by znaleźli nastolatków z przepowiedni i by Pan mógł ich zlikwidować. Odkryłam, że Cathlyn im pomaga - zaczęła.
- Cathlyn?! Cath?! - zaśmiałam się nerwowo - chyba sobie ze mnie żartujesz! Nie wierzę w ani jedno twoje słowo! Skończmy już tą szopkę...
- Nie rozumiesz mnie! - jęknęła błagalnie - proszę, posłuchaj chociaż przez chwilę. Uważasz, że to normalne, żeby nastolatka znalazła przepowiednię, która może zmienić losy świata? Że to normalne, by jakimś cudem "śledziła mnie" w odpowiednim momencie? By tak łatwo manipulowała w czyiś umysłach, mimo że jest dopiero na 3 roku? Raven, proszę cię... Nie dziwiło cię też nigdy, że pieprzyła o braku chęci zostania Bogiem, a jednocześnie zapieprzała na pełnych obrotach żeby mieć jak najlepsze oceny? Przecież tu nic się nie trzyma kupy.
Nie odpowiedziałam. Nie potrafiłam znaleźć sensownego argumentu, żeby obronić Cath. Isabelle kontynuowała dalej.
- Prowadziłam swoją sprawę żeby dowiedzieć się, co ona tak naprawdę ukrywa. Pokłóciłyśmy się. W nocy szłam do łazienki, kiedy zobaczyłam jak wymyka się po kryjomu ze swojego pokoju. Śledziłam ją, aż do dworca. Tam.. widziałam, jak siada na ziemi, przykłada ręce do ziemi i rozmawia z kimś niewidocznym... miała całe białe oczy. Wtedy nagle obróciła się w moją stronę i jakimś cudem przyciągnęła mocą do siebie. Chyba myślała, że mnie zabije, bo opowiadała o tym jak głupia jestem, że nie zauważyłam powiązań Akademii z siłami ciemności. Udało mi się uciec, zgubiła ją jej pewność siebie, nie doceniła moich mocy. Po powrocie do pokoju szybko się spakowałam i chciałam uciec, ale złapali mnie gdy przedzierałam się przez las w stronę zajezdni autobusowej w najbliższej wsi. Obudziłam się już tutaj, i od tamtego czasu wiodę swój nędzny żywot. Strażnicy mają jednak za długi język i byłam na bieżąco informowana o waszych postępach w misji. 
Patrzyłam na nią tępo. Gdy widziałam pojedyncze łzy spływające po jej policzkach, tworzące czyste smugi, krajało mi się serce. Chciałam w to uwierzyć, ale nie mogłam. Zbyt mocną nienawiścią pałałam do drugiej Isabelle. Zbyt mocno uwierzyłam Panu, w to, że moja przyjaciółka okazała się zdrajczynią. 
- Co mam zrobić? - zapytałam wypranym z emocji głosem.
Isabelle odprężyła się. 
- Dziękuję, Raven... Musisz przyłożyć rękę do mojej, przez kraty. Pan tak bardzo chciał mnie upokorzyć, że rzucił na kraty zaklęcie miłości: wiesz, dopóki nikt komu kiedykolwiek na mnie zależało mnie nie dotknie, nie uwolnię się. 
Westchnęłam i powoli podeszłam do Izzy. Przyłożyłam swoją rękę do jej, zaniedbanej i suchej. Zdumiona patrzyłam na znikające powoli kraty. Uśmiech na twarzy mojej przyjaciółki powiększył się znacznie. 
- Dobra... teraz musimy zniszczyć źródło mocy - westchnęła z ulgą. 
- Czyli wiesz, gdzie jest?
- Wiem bardzo dobrze... 

piątek, 29 stycznia 2016

Kampania: Timorebook wpiera artystów!

Aleksandra Szajkowska podjęła się wezwania i narysowała nam niesamowitego sokoła, który zniknął w tajemniczy sposób z naszej opowieści. Serdecznie zapraszamy was na jej fanpejdża: https://www.facebook.com/Aleksandra-Art-753131141474919/ gdzie znajdziecie więcej rewelacyjnych prac!


Liczymy na więcej rysunków postaci z naszego bloga. Puść wodzę fantazji i oddaj się sztuce! Prace można przysyłać na email: dovota41@wp.pl lub zamieszczać w komentarzu.

UWAGA! Zawsze można zażądać usunięcia własnej pracy. Jakiekolwiek pytania proszę zadawać w komentarzu lub emailu. Każda praca na temat jest dodawana.

Rozdział 19: Rozdzieleni

Czy coś czułem jak rzucałem mieczem?  Nic.
Zero poczucia winy, zero odrazy do samego siebie.
To wszystko się zmieniło kiedy zobaczyłem ten kolor, dobrze mi zresztą znany, bo miałem go pod nogami parę miesięcy. Wtedy uświadomiłem sobie, jak ta trawa zmieniła barwę. Tam gdzie upadł Jake ziemia stawała się taka jak wszędzie. Ostatnia zieleń zniknęła, a w jej ślad poszedł wodospad, który wyparował. Pamiętam śmiech cienia i jak się schylił nad umierającym Jake'em. Wrzask Raven i ciało czwartego towarzysza znikające wraz z czarną postacią. Mimo jej zniknięcia potworny rechot dalej dźwięczał w uszach. Podszedłem do miecza, który leżał wbity w ziemię i wyciągnąłem go sprawnym ruchem. Otarłem resztki krwi o podarte, brązowe spodnie i przebiegłem spojrzeniem po wielkim wgłębieniu, w którym teraz nie było wody. Nie przeniosło nas-nie było już saren, wody czy zieleni. Cichy szloch Raven poszerzył ranę w moim sercu. Spojrzałem na Arye. Jej twarz nic nie zdradzała. Spoglądała cały czas w stronę, po której jeszcze parę sekund temu leżał Jake.
-Jak Mogłeś To Zrobić- dźwięk wydany przez nią brzmiały bardziej jak warczenie- On Był Nam Potrzebny.
-A Raven, nie?- szukałem w jej oczach cienia zrozumienia. Przecież była zdolna zabić Raven, czemu nie Jake'a? Chwilę milczała po czym dodała przez zaciśnięte zęby:
-Ty Nic Nie Rozumiesz? Jake był... on był...
-Kim? Oświeć mnie! Raven jest ze mną od początku. Odkryła tą przepowiednię! Ratowała nas! Musiałem, rozumiesz?!
-A co?! Izydka ci kazała się o nią troszczyć? Jest rozpieszczoną ulubienicą bogów, bo jej tatuś i mamusia zginęli. Och, och. Zaraz się popłaczę.
-Arya? Chyba żartujesz... Ja zabiłem Jake'a. I nie żałuje tego. To było jedyne dobre...
-ZAMKNIJCIE SIĘ W KOŃCU!
Jak na rozkaz zamknąłem usta, zostawiając zdanie bez odpowiedzi. Jaki ze mnie idiota. Kłócić się z Aryą pod nosem Raven. Ta wstała jak trafiona piorunem i ruszyła przed siebie.
Spuściłem wzrok, nie potrafiąc spojrzeć na cokolwiek innego niż czerwona trawa, zalana krwią ofiar Pana i jego sług. "No i od teraz też twoich"-głos wyrzutów sumienia odezwał się za wyraźnie, ale zastąpił go nagle inny. Kobiecy, delikatny i pełen miłości.
,,Dziękuję...Moja mała Raven..." nawet głos Izydy nie spowodował, że czułem się lepiej. Byłem naznaczony piętnem zabójcy. Lepszy ja niż Arya...
***
Parę kilometrów od miejsca, gdzie miał być zamek pana usłyszałem okropną pieśń. Lament, ale nie ludzi zabitych przez Pana... Usłyszałem lament Jake'a, małego dziecka i chóru silnych mężczyzn.
-Zabiłeś nas, Thomas...
-Panie Thomasie, pamięta mnie pan? Jestem tym dzieckiem z przedszkola, któremu wrzuciłem sproszkowane mleko do soku... Miałem alergię...
-Ach, pamiętasz te bitwę w Maratońskim Lesie? Tak zabiłeś nas, ale z jaką nienawiścią jak ojciec...
Potem już głosy były piskliwe, jakby jęczały z bólu... Każde zwierze, które zginęło przez mnie wydawało z siebie ciche dźwięki. Słyszałem co drugie słowo, a moje oczy wypełniły się łzami. Zanim rzuciłem się na ziemie tarmosząc za włosy zauważyłem, że to samo robi Arya. Tylko Raven stała wyprostowana, nie widziałem jej wyrazu twarzy, ale wiedziałem czemu nie zwija się z bólu: Nikt przez nią nie zginął, nawet zwierze.
-Jęki...
Wydusiłem tylko tyle i to z ogromnym trudem, ale najwidoczniej to jej wystarczyło. Już po chwili, która dla mnie była godzinami wkładała mi coś do uszu. Jęki zmieniły się w szmery i dopiero wtedy zrozumiałem, że jestem cały czerwony, mokry od łez i mam potargane włosy. 
Chwyciłem się za rozpalone czoło, próbując przegonić czarne mroczki przed oczami. Nie mdlej, nie mdlej, nie mdlej. Dopiero jak całkowicie odzyskałem świadomość podniosłem się z ziemi. Zobaczyłem 15 metrów od mnie Arye i Raven idące nadal, mimo że nie szedłem z nimi. Arya lekko utykała i trzymała się za głowę. Kiedy się podniosłem poczułem fale bólu w mojej czaszce. Jakby ogromna bomba wybuchła w jej środku. Odruchowo chwyciłem się w miejscu gdzie ból był największy i ruszyłem wolnym krokiem za dziewczynami. W żołądku mi się przewracało i czułem, że zaraz zwymiotuje. I zrobiłem to wbrew sobie, co zmusiło moje towarzyszki do zatrzymania się. 
Kiedy uniosłem wzrok zauważyłem zmartwioną minę Aryi. Była na mnie wściekła, ale chyba zrozumiała, że musiałem to zrobić. Pogładziła mnie po policzku, szybko jednak cofnęła rękę, jakby dotknęła rozżarzonego węgla. Tak to teraz będzie wyglądać? Spytał zirytowany głos w mojej głowie. 
-Musimy...-głos Raven był nieźle zachrypiały, pewnie dlatego, że użyła go po raz pierwszy od czasu mojej kłótni z Aryą- To uzgodnić... Wbijamy do zamku, o którym nic nie wiemy i dajemy się zabić czy mamy plan?
Szmery w mojej głowie przysłaniały każdy pomysł. Musiałem nieźle wysilić mózg żeby coś z tego wyszło.
-Może...
-Coś czuje, że Pan nie chce naszej śmierci-głos Aryi był zmęczony- gdyby tak było: a) już byśmy tu nie stali, b) nie byłyby to lamenty naszych ofiar tylko jego, co by nas zabiło, bo jego jest miliony, a naszych parę, no i c) Potrzebuje któregoś z nas jak mówi przepowiednia.
-Gdzie w przepowiedni...
-"Czwórka datusów zniszczyć ją podoła, niosąc największą ofiarę w dziejach świata." Chyba oczywiste? "Datus" to "pomocnik" w języku czarnomagicznym. Jak wy się uczyliście? Jake już złożył swoją ofiarę, rozpoczęło się święto żniw... Zbiera swoje plony, a my musimy temu zapobiec. On był pół czarodziejem. Wydaje mi się, że jeśli umrze Raven to zakończy się wielka dynastia magii, bo jest ostatnią żyjącą czarodziejką o pełnej mocy, a co za tym idzie...-przełknęła ślinę- Pan wyjdzie z swojej kryjówki, bo już nikt nie osłabi jego siły, oprócz bogów i... ciebie.
Jej wzrok padł na mnie. Poczułem ciepło od szyi po stopy. Strach.
-Źle zrozumieliśmy przepowiednie. Ten starzec mówił coś o zdradzie...
-Nie jest wszystkowiedzący.
Spoglądałem na dziewczyny w milczeniu. Wszelkie próby włączenia się do rozmowy były ignorowane, więc tylko słuchałem.
 Głosy w mojej głowie doprowadzały mnie do szaleństwa, ale nagle usłyszałem dziwny syk zupełnie nie podobne do lamentu czy skowytu, jakby ktoś wypuszczał gaz. Odruchowo zasłoniłem nos końcem rękawa i już otwierałem usta by ostrzec dziewczyny kiedy te padły na ziemie jak martwe.
Schyliłem się, żeby sprawdzić ich tętna. Żyją.
 Coś twardego uderzyło mnie w tył głowy, a głosy tak jakby wyczuły okazje i zaczęły wrzeszczeć głośniej niż na początku.

***

Poczułem, że leżę na czymś twardym i zimnym. Głowa pulsowała mi z bólu, ale o dziwo głosy nie informowały o swoim istnieniu. Bałem się otworzyć oczy. Sekundy mijały niemiłosiernie, ale ciekawość dała górę. Rozwarłem powoli powieki choć czułem, że ważą tonę. Znalazłem się w ciemnym kwadratowym pomieszczeniu o nierównych ścianach. Ziemia była kamienna, co wyjaśniało dlaczego byłem taki obolały. Obok mnie leżały 2 miski z jedzeniem i tyle samo szklanek wody.
Ale po co? Czyżby oczekiwano kogoś jeszcze? Wtedy przypomniałem sobie, że na wyprawie nie byłem sam. Podniosłem się i zajrzałem do kąta, w którym było za ciemno bym dojrzał czy ktoś tam jest.
-Arya?
-Muszę cię rozczarować. Arya nie żyje, a w sumie gorzej. Teraz to chyba jesteśmy kwita.
Nie wiem co się działo. Straciłem grunt pod nogami, czułem się tak jak wtedy kiedy zobaczyłem swoją siostrę po stronie Pana. Rozpoznanie głosu Raven tylko wzmocniło mój ból.
-Co... co znaczy gorzej?
-To, że jest jedną z nich. Jest sprzymierzeńcem Pana. Czyż to nie gorsze niż śmierć? Twoja własna dziewczyna... Zdrajczynią. No i jej próby retuszu słowa "zdrada" w przepowiedni, dobre. Mówiła mi, że chodzi w niej o to, że zabijesz Jake'a. Wiesz, zdrada nietykalności sojuszników.
Podniosła się i wyszła z ciemności. Teraz widziałem jej oczy. Były puste.
-Miała za zadanie być blisko ciebie. Tyle wiem, potem pieprznęli mi w głowę tak jak tobie.
-Ale...
Śmiech Raven uniósł się echem po ścianach. Nie był jednak taki jaki znałem. Przepełniła go drwiną i nienawiścią. Miała prawo się wściekać, ale czy teraz to ma sens? Kiedy Arya i Jake nie są z nami?
-Myślałeś, że cię kocha?
Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w kierunku jedzenia- byłem potwornie głodny. Kiedy Raven ucichła ruszając w tym samym kierunku co ja przyspieszyłem kroku wziąłem swoją porcję i usiadłem w tym kącie, w którym się obudziłem. Przez resztę dnia (Przynajmniej tak mi się wydaje nie miałem zegarka, a okien nie było) nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem.
Dziewczyna obeszła chyba z 10 razy cele mamrocząc coś pod nosem o przejściach i jakimś wyjściu.
Jesteśmy w zamku Pana. Nie ma wyjścia z jego celi, ale nawet nie myślałem, żeby podzielić się z nią tą informacją. Chciałbym się mylić.
***
Codziennie dostajemy 3 posiłki. W różnych odcinkach czasu, pewnie dlatego żebyśmy nie wiedzieli, która jest godzina. To była jedna z największych katuszy, nie znać godziny. Po siedmiu dniach (domysł) chciałem się zabić pustą miską po rosole. Raven znosiła to nieco gorzej. Przesypiała cały dzień (znowu domysły) wstając tylko po to żeby zjeść. Niewiele ze sobą rozmawialiśmy, bo niby o czym? 
Jak wydostać się z boskiej celi? 
Jednak ósmego dnia wszystko się zmieniło. Ręka która podawała nam jedzenie zza dziury w ścianie tym razem wyszeptała coś do niej i szpara w sam raz na miskę i szklankę była idealna do mojej postury. Odskoczyłem kiedy ujrzałem śliczną dziewczynę o ciemnych włosach. Pamiętałem ją, to Isabelle. Była przyjaciółka Raven i sojuszniczka Pana. 
- Chodź sztywniaku, Pan chce cię poznać. 
Wstałem bez sprzeciwu, bo czułem, że nie jest skora do negocjacji. 
-Grzeczny chłopaczek. Rusz się. 
Odwróciła się do mnie plecami i ruszyła wgłąb ciemnego korytarza. Spojrzałem na Raven, spała. Włożyłem do kieszeni gwóźdź, który znalazłem w posadzce. Zawsze jakaś broń. Nabrałem powietrza jakby miał to być mój ostatni oddech. I bez wątpienia mógł być. Ruszyłem za Isabelle nie spiesząc się nadto na swoją egzekucję. Dziura za mną znowu obrała ten sam kształt co wcześniej. Ciekawe czy Raven się domyśli.
Już po chwili na końcu korytarza zobaczyłem złote schody i ściany, które za pomocą jakiś niesamowitych mocy świeciły światłem jasnym, ale nie oślepiającym. Gdybym nie szedł na egzekucję na pewno zachwycałbym się przepychem pokoju znajdującego się na końcu schodów. Płomyki w ciemnym kominku tańczyły wesoło ogrzewając pokój. Przy nim stawiono 2 jasne fotele. Bez wątpienia wygodne, a między nimi mały stolik z jakąś książką i lampką. Ściany ozdobione były smutnymi obrazami zjaw i bitew. W kącie stała mała półka zawalona książkami. Uznałbym, że żyje tu mądry starzec, przyjaźnie nastawiony dla wszystkich. Czułem się zdezorientowany, wyobrażałem sobie zamek jako ciemną i zimną przestrzeń, przepełnioną nienawiścią.
-Siadaj. Pan zaraz będzie. 
I wyszła jakimiś ciemnymi drzwiami, których wcześniej nie zauważyłem. Zająłem miejsce na skaju fotela gotowy w każdej chwili wstać i walczyć. Drzwi otwarły się powoli nie wydając żadnego głosu. Poczułem lawendowy zapach i od razu zacisnąłem dłoń na gwoździu, który teraz spoczywał w kieszeni gotowy do walki. 
-Odłóż ten gwóźdź. Zrobisz sobie krzywdę- głos potężniejszy niż Horusa, więcej w nim było jednak miłości niż w głosie Izydy. Jak na rozkaz puściłem moją broń, ale  ręki nie wyciągnąłem.  
Przed mną pojawiła się postać czterdziestoletniego, przystojnego mężczyzny. Miał na sobie zwykły, biały podkoszulek, podkreślający jego wysportowaną sylwetkę i niebieskie jeansy. Zamarłem na widok zwyczajnego ziemskiego człowieka, którego pewnie nie wyróżniłbym z tłumu. Przyglądał mi się z zainteresowaniem. 
-Tak bardzo chciałem cię poznać, Thomas. Tak się teraz nazywasz prawda?
-Tak.
-Wolałem imię Don. Dlaczego zmieniłeś? 
Czułem, że ze mnie szydzi. Miałem samolubną myśl, żeby utrzymywać rozmowę, chciałem dłużej żyć.
-Ja... Chciałem zapomnieć o ojcu, który mnie zostawił jak byłem mały.
-Ale wychowywał cię inny mężczyzna, prawda?
-Taak. To jego nazwisko noszę.
-Ale on nie żyje?
-Tak...
Pan pytał o wszystko jednak znał odpowiedzi. Bawił się mną?
-Masz siostrę, prawda? Jest u mnie na służbie, prawda?
-MIAŁEM siostrę.
-Jesteś dla niej za surowy. Nie wiesz z czym się zmagała.
-Z czym?
Nie zdążyłem ugryźć się w język, Pan poprawił się na fotelu i zawołał:
-Victorio!
Jedna część mnie chciała go prosić, że nie chce jej widzieć, że nienawidzę jej i dla mnie nie żyje. Druga błagała o sam widok jej małej twarzyczki. Spoglądałem w płomienie kominka, nie odwróciłem od nich oczu nawet wtedy, gdy usłyszałem kroki i dodatkowy cień w pokoju.
-Tak, Panie?
-Możesz mi mówić tato, nie wstydź się!
Szybko odwróciłem twarz od ognia. Ta informacja dotarła do mnie późno. Pan moim ojcem. Ojciec jest Panem. To głupi sen, głupi sen. A może tak nazywają go jego ludzie? Jeszcze raz spojrzałem na tego mężczyznę. Rzeczywiście miał te same rysy twarzy co ja. Oczy jak skopiowane, ale nos orli. Odruchowo chwyciłem swój. Nie, mój jest mały, lekko zadarty do góry. Ale to pewnie moja fantazja.
-Tak, Don. Jesteś moim synem. Don Smathy. Syn Erica Smath'ego. Boga, który posiadał tylko jedno dziecko przed wami.
Wszelkie złudzenia szybko prysły, jak za sprawą magicznej różdżki.
-Tato, mogę odejść?- głos Victorii był piskliwy, nie chciała być ze mną w jednym pomieszczeniu. Dziwne. Ostatnim razem bardzo się cieszyła z mojej obecności.
-Och, niestety nie, skarbie. Braciszek chce wiedzieć co przeszłaś żeby się tu zostać.
-Nie chce...
-Victorio- jego głos zmienił się nie do poznania. Słychać było, że jest gotów ją skrzywdzić- Nie bądź egoistyczna.
-Dobrze, tato... Kiedy dowiedziałam się o tacie, zupełnie przez przypadek! Mama mamrotała przez sen... Chciałam się do niego dostać. Ale mama mi nie pozwoliła. Mówiła, że jest zły. Ale tato nie jest zły!- dodała szybko jakby bała się konsekwencji- Jest wspaniały!
-Victorio opowiedz o swoim pierwszym morderstwie.
Serce mi stanęło na te słowa. MORDERSTWO?
-Już nie rób takiej miny, Tomi. Ty też potrafisz zabijać.
Pan skarcił mnie jak typowy ojciec, wypowiadając nietypowe słowa. Spojrzałem na Victorię, chciałem znaleźć w jej oczach coś co powie, że Pan kłamie.
-Ja...Ja... Zabiłam mamę.
-CO ZROBIŁAŚ?
Wstałem, podszedłem do mojej 15-letniej siostry i potrząsnąłem nią mocno.
-Powtórz!
-Przeeepraszam, Tom...Ja nie chciałam...- jej błagalny głos nie robił na mnie wrażenia. Miałem ochotę ją zabić.
-Możesz odejść. A ty Thomas, siadaj.
Puściłem ją z obrzydzeniem i ruszyłem z powrotem na fotel.
-Ona nie może być twoim dzieckiem. Jest 2 lata młodsza. Ty opuściłeś matkę od razu po porodzie. Rok później wzięła ślub z moim ojcem.
Dziewczyna stanęła jak posąg jedną nogą za drzwiami.
-Czy...czy to prawda?
-Kazałem ci wyjść!- Gniew malował się na jego łagodnej twarzy i poczułem niebywały lęk. Kiedy Victoria odeszła powiedział karcącym głosem- Nie musiałeś jej tego mówić. Myślała, że jest taka jak ty.
-Nie jest półbogiem.
-A ty wiesz kto to? Oczywiście... Półczłek-półbóg, ale wiesz co za tym idzie?- Było to pytanie retorycznie. Kontynuował jakby nigdy nie pytał- Otóż to oznacza, Tomi, że jesteś potężny, ba! Możesz nawet próbować się ze mną mierzyć, ale nie jesteś głupi. Więcej się uczyłem czarnej magi niż ty żyjesz. Nie masz szans. No, ale nie mamy za dużo czasu, powiem ci tylko jedno zdanie: Zakończenie święta żniw pieczętuje śmierć jednego z nas. A wiesz... Mi nie spieszno do zaświatów. 
-Bogowie mogą umierać?
-Wyłącznie z rąk swoich dzieci. Ale nie myśl sobie, że będziesz miał taką sposobność, bo inaczej...- pochylił się do mnie tak, że nasze twarze dzieliła paru centymetrowa przestrzeń- ona zginie. Jest nic niewarta, teraz kiedy mam cię tutaj. Ale jesteś moim synem, więc zanim cię zabiję, chciałbym cię poznać. Nadrobić stracony czas. Chodź, pokaże ci twój pokój.
***
Co się dzieje z Raven? Czy Victoria jest bezpieczna? Gdzie jest Arya? Czy mama naprawdę nie żyje? Pan, a raczej Eric nie jest sknerą- dał do mojej dyspozycji niebywały apartament. Nie da się go opisać, ponieważ znajduje się w nim wszystko to czego pragnę. Niestety nie pojawiają się zmarli, ani nawet żywi. Serce urosło mi w klatce piersiowej kiedy na ścianie zobaczyłem zegar, wprawdzie nie byłem pewien czy ustawiona na nim godzina jest prawidłowa, ale jednak poczułem coś w rodzaju ulgi. 
Całymi dniami czytałem książki, spałem lub najzwyczajniej siedziałem rozmyślając. Wieczorami (gdzieś koło 20) przychodził mój ojciec Pan, aby jak powiedział "nadrobić stracony czas". 
Wypytywał mnie o najmniejsze szczegóły mojego życia, a kiedy kłamałem, tylko uśmiechał się i wymawiał formułkę: "Nie chcesz, nie mów", tak jakby znał odpowiedzi i tylko mnie sprawdzał.
Pierw mnie to irytowało z czasem stałem się obojętny na jego gierki. Raz nawet powiedział:
-Wiesz, Thomas. Polubiłem cię, może dałoby się obejść to całe święto żniw. Może nie muszę cię zabijać? 
Siódmej nocy, kiedy zbliżaliśmy się do zakończenia mojej historii, poczułem strach i wiedziałem, że muszę przedłużyć to wszystko-w mojej głowie kształtował się plan, który nie był ukończony. 
-Tato -z trudem przeszło mi przez gardło to słowo- chciałbym zobaczyć się z Raven.
Nie byłem pewien czy tego chce, ale nie miałem innego sposobu na spowolnieniu przebiegu wydarzeń.
-Jak sobie życzysz. W końcu to twój dom. 
Droga była o wieeele krótsza niż poprzednio. Może dlatego, że nie ciążyła na mnie wizja śmierci? Tak, to pewnie to. 
Raven opierała się plecami o ścianę uderzając w nią rytmicznie głową. Kiedy wszedłem gwałtownie się podniosła i rzuciła mi na szyje.
-Żyjesz...-wyszeptała. 
Odwzajemniłem uścisk. Zamknąłem oczy, była spocona i nie pachniała przyjemnie, ale wybaczyła mi. To spowodowało, że ten zapach stał się najwspanialszym na świecie.
W drzwiach celi pojawiła się Isabelle i z pewnym obrzydzeniem powiedziała:
-Pan każe zaprosić ją na wspólny obiad, ale najpierw niech się umyje. 
Nie musiała mi tego powtarzać. Wziąłem ją za rękę i mimo jej licznym sprzeciwom ruszyłem złotymi schodami, tak dobrze mi znanymi w stronę apartamentu. Czułem, że denerwuje ją obecność Isabelle, która szła za nami, ale kiedy zamknęliśmy za sobą drzwi, spojrzała na mnie zszokowana:
-Co się do cholery dzieje?! 
-Usiądź-powiedziałem niepewnie, po czym dodałem-proszę. 
Długo zajęło zanim ruszyła się z miejsca i znalazła się na najbliższym krześle spoglądając na mnie wyczekująco. Podrapałem się za uchem przekrzywiając głowę. 
-Bo... Okazało się, że moim ojcem nie jest Horus, ani nic z tych rzeczy, tylko Pan... Jeden z nas musi zabić drugiego żeby rozpoczęło się święto żniw, ale on mnie polubił i nie chce mnie zabijać. Uważa, że będę przydatny czy coś...
-Wierzysz w to? -wydusiła tylko.
-Tak.
-Gdzie jest łazienka? 
Zaskoczyła mnie, ale wskazałem jej gestem dłoni srebrne drzwi, a następnie szafę z strojami, bo wiedziałem, że wypełniona jest już sukniami w różnych kolorach i wzorach. Nie wierzy w to.
20 minut siedziałem za stołem spoglądając w ścianę, co jakiś czas rzucając spojrzenie w kierunku drzwi łazienki. Kiedy Raven wyszła wyglądała zupełnie jak nie ona. Jej ciemne włosy spięte w zgrabny kok i ozdobione białym kwiatem. Na sobie miała jasną sukienkę z niskim dekoltem. Przyłapałem się na myśleniu o jej zgrabnej sylwetce. 
-Idziemy?- zapytała niecierpliwie. Skinąłem głową i przepuściłem ją przed drzwiami. Uniosła tylko brew, prychnęła i ruszyła korytarzem co jakiś czas pytając gdzie skręcić. W jadalni Erica byłem tylko raz i nadal nie przywykłem to przepychu w jakim została stworzona. Pan wstał zza stołu i podszedł do nas ciężkim krokiem. Spoglądał na Raven.
-Wyglądasz oszałamiająco. Jak twoja matka.

środa, 20 stycznia 2016

Rozdział 22: Ostatni wdech

Nie ufałam "matce" Thomasa. Cała jej ckliwa historyjka którą opowiedziała nam w zaledwie 5 minut była zbyt szczegółowa i przemyślana. Ani razu się nie zacięła, każdy jej najmniejszych ruch wydawał mi się sztuczny. Mimo to nie chciałam dzielić się swoimi przemyśleniami - bo niby kto by mi uwierzył? Po tym wszystkim co przeszliśmy, każdy miał prawo bredzić od rzeczy.
Co czułam gdy Thomas mnie zdradził? Potworny gniew. Przez jakiś czas liczyłam, że się pojawi, bo wtedy rzucę się na niego i rozszarpię mu gardło. 
Z czasem jednak gniew ustępował obojętności. Odpuściłam. Teraz jednak już nic dla mnie nie znaczył, był tylko cieniem przeszłości. Tak jak ze starym przyjacielem: kiedyś mógłbyś wskoczyć za nim w ogień, a teraz tylko lekko uśmiechasz się na wspomnienia starych przygód. 
Prześlizgnęliśmy się przez korytarze posiadłości, docierając do magazynu gdzie umówiłam się z Isabelle. Matka Thomasa włóczyła się za nami z nisko pochyloną głową. Wyglądała jak kupka nieszczęścia, jednak zbyt wiele razy zostałam zdradzona, by jej zaufać. Patrzyłam na nią krzywo. 
- Posłuchaj... muszę się nią zaopiekować. Wrócę do was jak tylko zabiorę ją w bezpieczne miejsce - wyszeptał Tom.
Zirytowałam się jeszcze bardziej. Chciał zaryzykować naszą misję, naszą ostatnią szansę DLA NIEJ? Zagotowało się we mnie i poczułam lekkie drżenie rąk. Moja moc działała coraz impulsywniej, a ja bałam się że w pewnym momencie przestanę ją kontrolować. 
- Nie możesz tak ryzykować! Zresztą, gdzie do cholery znajdziesz jakieś bezpieczne miejsce w posiadłości Pana?! - syknęłam.
Thomas przewrócił oczami, ale musiał mi przyznać rację. Nie mogliśmy teraz tak bardzo ryzykować. Na pewno nie dla jakiejś marnej oszustki...
- Dobra - mruknął wściekły, po czym odwrócił się w drugą stronę - mamo, zostaniesz tutaj, powinnaś być bezpieczna.
- N-nie, nie mogę... zabiją mnie, znajdą, rozszarpią na strzępy - brzmiała jak opętana, albo przynajmniej niezrównoważona psychicznie.
Wystarczył jeden rzut oka na Thomasa, by wiedzieć co postanowił. 
Powtórzyłam sobie, że to nie moja sprawa. To on będzie jej pilnował, a ja skupię się na zniszczeniu źródła mocy. Dzięki Bogu, że odnalazłam Isabelle...
Otworzyłam drzwi do magazynu. Rozejrzałam się w poszukiwaniu Isabelle, ale... nikogo nie było. Zamrugałam kilka razy, tak jakby to mogło pomóc. Odwróciłam się w stronę Thomasa, który stał z przepraszającą miną.
- Powinna zaraz wrócić, kazałem jej udać drugą Isabelle.
Na szczęście tym razem nie mogłam się na niego zdenerwować, bo o to samo chciałam ją prosić. Liczyłam, że załatwi wszystko szybko i nic jej się nie stanie. Nie mogłabym przeżyć kolejny raz jej straty...
Usiedliśmy na podłodze. Każde z nas oddało się swoim rozmyślaniom. Nawet matka Thomasa, chociaż na pewno nie martwiło ją powodzenie Isabelle. 
Co jakiś czas kobieta lekko się trzęsła i mruczała coś pod nosem. Cały czas rzucałam jej podejrzliwe spojrzenia. 
Po jakimś czasie Thomas zamknął oczy i zapadł w sen. Po pewnym czasie postanowiłam pójść w jego ślady. Nie bałam się, że jego matka mnie zaatakuje - nawet jeśli była wspólniczką Pana, nie miałaby szans w pojedynku.
Z niespokojnego snu wyrwało nas skrzypnięcie drzwi. Natychmiast poderwałam się do góry i przygotowałam na atak. Tom zrobił to samo co ja. Uśmiechnęłam się smutno, gdy zauważyłam jak osłania mamę. 
Na szczęście to była Isabelle. Nie przypominała jednak siebie sprzed kilku godzin. Wyglądała jak ta Izzy, która o mało co mnie nie zabiła. Idealny makijaż, gładkie lśniące włosy, ubrana w czarną skórzaną ramoneskę i wysokie szpilki. Uśmiechnęłam się z ulgą, gdy mrugnęła do mnie i obróciła się dookoła własnej osi.
- No i jak wyglądam? - zaśmiała się cicho.
- Jak druga Isabelle. Udało ci się wszystko załatwić? - spytałam niepewnie.
- Wszystko poszło tak dobrze, że nawet dowiedziałam się czegoś ciekawego - wyszczerzyła się do nas.
- Mów! - krzyknął Thomas.
Isabelle uśmiechnęła się tajemniczo. Podeszła do jakiejś drewnianej skrzynki, usiadła na niej i dopieo wtedy zaczęła opowiadać.
- Co prawda wiedziałam, gdzie znajduje się źródło mocy, ale na wszelki wypadek zrobili... coś w rodzaju kopii. Kopia znajduje się ciągle przy Panu - gdyby prawdziwe źródło zostało zniszczone, ona zdoła utrzymać go przy życiu na tyle, by znaleźć coś zastępczego. To oznacza, że musimy się rozdzielić. Niestety, nie wystarczy zniszczenie prawdziwego źródła, ale trzeba również własnoręcznie zabić Pana. 
Zerknęłam na Thomasa. Posłał mi zrezygnowane spojrzenie i wiedziałam o co mu chodzi: naszą ostatnią misję będziemy musieli wypełnić osobno. 
- Ja zabiję Pana - zawołaliśmy jednocześnie.
Spojrzałam na niego zdenerwowana. Nie ma mowy! To oczywiste, że osoba walcząca z Panem prawdopodobnie zginie, nawet jeśli jej się powiedzie! Po za tym, Tom nie mógł mieć dostępu do umysłu Pana, miał więc możliwość walki tylko mieczem... 
- Raven, wystarczająco wiele razy to ty się poświęcałaś. Teraz ja chcę zrobić coś... - zaczął Tom.
- Nie ma mowy! Nie mam zamiaru patrzeć jak umierasz! - podniosłam głos.
- Pozwól mi choć raz zdecydować!
- Decydować o czym? O swojej śmierci?
- To JA muszę to zrobić. To mój ojciec, który mnie oszukał. Sprawił, że prawie się do niego przyłączyłem. Nie mam innego wyjścia.
Westchnęłam cicho. Wszystko co mówił brzmiało sensownie, ale co z tego, skoro w myślach potrafiłam widzieć tylko jak upada bezwładnie na ziemię i już z niej nie wstaje? 
- Nie zgadzam się, Thomas - mruknęłam. 
Usłyszałam ciche kaszlnięcie za plecami.
- Jeśli mogę się wtrącić... - Isabelle mruknęła cicho - myślę, że Tom ma rację. To jego powinność. Ty bardziej przydasz się przy niszczeniu źródła. Do tego trzeba choć trochę umiejętności magicznych.
Zacisnęłam pięści. Więc to tak się skończy? Najwidoczniej to było nam pisane od początku. Ciekawe, czy Izyda i Horus również znali zakończenie. Śmierć na każdym kroku. W przepowiedni napisano: niosąc największą ofiarę w dziejach świata. Czy chodziło o nas? O nasze poświęcenie?
Musiałam skinąć głową. Zostałam przegłosowana i marzyłam tylko o tym, by jakimś cudem przewinąć czas do przodu i móc stanąć nad ciałem Pana. 
- Isabelle, pomóż Thomasowi. Ja... postaram się zająć źródłem sama - westchnęłam. 
Skinęli głowami. Gdyby był z nami Jake... lub ... Arya... Wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. Łatwiej. Ale nie mogłam zadręczać się przeszłością.
Matka Thomasa wycofała się do kąta. Przez chwilę przemknęło mi przez myśl, że może powinnam jej uwierzyć. Nie wyglądała na zdrajczynię. No, ale czy Arya na nią wyglądała? Albo Thomas? Zdrada przychodzi z niespodziewanych miejsc i to właśnie w niej najbardziej boli.
- Dobra. Musimy więc wszystko uzgodnić - zarządził Thomas. 

***

Skradając się pomiędzy celami w lochu i trzymając w dłoni wyszczerbiony miecz, powtarzałam w myślach punkty naszego planu. Jeden: powrócić do lochów. Dwa: odnaleźć zamaskowane drzwi prowadzące do piwnicy. Trzy: unieszkodliwić strażników. Cztery: odnaleźć źródło i je zniszczyć. 
W mojej głowie brzmiało to jak proste zadane domowe. Gdy jednak próbowałam wyobrazić sobie, jak jakimś cudem w pojedynkę wszystko to mi się udaje, drętwiałam z przerażenia. 
Odetchnęłam głęboko. Więźniowie przyglądali mi się uważnie i z zainteresowaniem, wszyscy jednak byli na tyle inteligentni i pałali taką nienawiścią do Pana, że nie ośmielili się nawet bliżej podejść. 
Dotarłam do końca lochów, a przynajmniej tak się zdawało. Przede mną znajdowała się bowiem tylko brudna, obskurna ściana. Jeżeli drzwi miały znajdować się w lochach, to raczej tutaj. Westchnęłam i zaczęłam szukać wyżłobień w ścianie. Nic. Pewnie są w jakiś sposób zaczarowane... Pytanie: w jaki?!
Rozejrzałam się. W najbliższej celi widziałam czyjeś błyszczące, smutne oczy. Więźniowie musieli widzieć jak strażnicy wchodzą do pomieszczenia...
Podeszłam powoli do celi numer 156. Smutne oczy wpatrywały się we mnie. Nie widziałam w nich jednak strachu, tylko zaciekawienie. 
- Yyy... cześć. Potrzebuję twojej pomocy. Tutaj muszą być drzwi. Na pewno widziałeś, jak strażnicy przez nie przechodzą. Muszę się tam dostać, a tylko ty możesz mi powiedzieć, jak tam przejść - starałam się brzmieć jak najbardziej przekonująco.
Oczy zbliżyły się, a ja mogłam widzieć wreszcie z kim rozmawiałam. I aż się zachwiałam. Zza krat spoglądał na mnie chłopczyk. Blond włosy, z niebieskimi oczami, wyglądał jak mały aniołek. Oprócz tego, że od kącika oka aż do kącika ust jego twarz dzieliła czerwonokrwista blizna. Spojrzałam na niego ze smutkiem. Co takiego on zrobił Panu, że się tu znalazł? 
- Widziałem jak dotykali ściany rękami i z całej siły na nią naciskali. Spod ich rąk wydobywało się zielone światło, a później drzwi wysuwały się ze ściany - odpowiedział.
Zdziwiła mnie stanowczość jego głosu. Ani razu mu nie zadrżał, ani razu nie usłyszałam niepewności. 
- Czy.. wymawiali jakieś słowa? Coś w stylu magicznego zaklęcia? - spytałam.
Chociaż "magiczne zaklęcie" nie do końca dobrze to opisywało. W Akademii uczyliśmy się, że zaklęcia, a właściwie inkantacje są pomocniczymi środkami do wytworzenia wiązki magii. Początkujący zawsze używali inkantacji, w późniejszym etapie nauczania rezygnowaliśmy z nich na rzecz korzystania z "wewnętrznej mocy". Jeśli jednak strażnicy nie władali magią, to musieli korzystać z zaklęć, by ta najmniejsza cząstka magii która jest w każdym z nas, uciekła na zewnątrz. A skoro nie miałam bladego pojęcia jaki rodzaj zaklęć jest potrzebny do otwarcia drzwi, musiałam dowiedzieć się jaki brzmi zaklęcie.
- Tak mi się wydaje. Słyszałem to mnóstwo razy, często w śnie...  Właściwie znam to na pamięć. Aperta ostium dormitabis abyssi. 
Powtórzył to kilka razy, a ja powtarzałam inkantację, skupiając się jak nigdy. 
Obiecałam sobie, że gdy tylko to wszystko się skończy, wrócę po chłopca i pomogę mu uciec. Tylko w ten sposób mogłam mu wynagrodzić jego pomoc. 
Mój wzrok znowu spoczął na jego bliźnie. Przełknęłam odruchowo ślinę.
- Co... co ci się stało? 
Chłopiec westchnął cicho i spuścił wzrok. Odpowiedział z opuszczoną głową.
- Mój tata dostał list.. przyjęli mnie do jakiejś akademii. Odmówił władzom tej szkoły, powiedział, że nigdy nie dopuści bym tam trafił. Ja jednak... uciekłem, gdy rozpoczął się rok szkolny. Jakiś pan przekazywał mi informacje przez myśli. Nie trafiłem jednak do szkoły ale tutaj. Na początku było fajnie. Uczył mnie mocy. Chciałem wrócić do mamy i taty, a on mi nie pozwalał. Znowu uciekłem, ale mi się nie udało.. Trafiłem tu.
Zamrugałam, żeby powstrzymać łzy. Chciałam coś powiedzieć, ale uprzedził mnie chłopiec.
- Nie martw się. Jeśli go pokonacie, wszystko będzie dobrze. Załatw to szybko.
Pożegnaliśmy się szybkim uściskiem dłoni. Byłam mu wdzięczna, że nie zadawał żadnych pytań związanych z moją obecnością tutaj. Chyba sam domyślił się, że raczej nie pytałabym go o zaklęcie, gdybym była jednym ze strażników. Jego los był jednak taki niesprawiedliwy... W tamtej chwili musiałam jednak być na chwilę egoistką i najpierw zniszczyć źródlo.
Podeszłam ponownie do ściany. Zacisnęłam mocno oczy, przyłożyłam ręce i wypowiedziałam cicho:
- Aperta ostium dormitabis abyssi.
Cicho pisnęłam, gdy spod moich dłoni wydobyły się zielone promienie. Ściana zadrżała, a chwilę później poczułam, że zaczyna stawać się wypukła. Szybko odsunęłam się do tyłu, a kamienne drzwi pojawiły się przede mną w całej okazałości.
Obejrzałam się jeszcze przez ramię i uśmiechnęłam nieśmiało do chłopca. Nie zauważyłam odpowiedzi.
Znajdowałam się teraz w ogromnym, kamiennym pomieszczeniu. Wyglądało jak rodem przeniesione z średniowiecznej katedry: pełne dziwnych witraży, świec, ale mimo tego wszystko wydawało się tu niezwykle ponure. Rozejrzałam się dookoła i zdumiona zauważyłam braku jakiekolwiek straży. Nigdzie nie widziałam jednak czegoś, co może wyglądać na źródło mocy.
Nagle coś przykuło moją uwagę. W pewnym momencie widok pomieszczenia wydawał się dziwnie... rysunkowy? 
Zmarszczyłam brwi i zdałam sobie sprawę, że to iluzja. Dość dobra, ale nie na tyle dobra by nauka w Akademii nie mogła jej przejrzeć. Byłam wdzięczna, że przynajmniej tego zdążyłam się nauczyć.
Przypomniałam sobie, co w takiej sytuacji trzeba było zrobić: zostać niewidocznym, w razie gdyby za iluzją chował się wróg.
Wysiliłam się i przywołałam zaklęcie niewidzialności. Miałam nadzieję, że z moją nowo odkrytą mocą będzie trwało trochę dłużej niż miało w zwyczaju.
Z zadowoleniem stwierdziłam, że zaklęcie jakimś cudem wygląda na silniejsze. Szybko wycelowałam dłonią w stronę iluzji i skupiłam całe swoje siły na zniszczeniu bariery. Tak jak podejrzewałam, bariera rozsypała się w mak i odsłoniła mi prawdziwe oblicze "katedry".
Zamarłam, gdy zobaczyłam kilkunastu uzbrojonych strażników wpatrujących się we mnie z nienawiścią. A za nimi osłonięte grubym szkłem, błyszczące, zielone światło. Od razu wiedziałam, że to źródło mocy Pana. Jedyne czego nie rozumiałam, to to, że wszystko związane z magią jaśniało tym szmaragdowym blaskiem. Ale tego musiałam się dowiedzieć później.
Odetchnęłam głęboko i wyciągnęłam miecz. Musiałam wyciąć sobie drogę do źródła. Dosłownie.

niedziela, 17 stycznia 2016

Rozdział 18: Cienie

Przeczesywaliśmy teren gdzie ostatnio zniknął Jake od trzech godzin. Wiadomość od mapy - jakkolwiek dziwnie to brzmi - dodała mi nadziei, że Jake wciąż może żyć. Porzuciłam ją wcześniej, gdy widziałam w oczach Aryi i Thomasa współczucie. Wiecie, takie, które pojawia się zawsze gdy kogoś bliski umiera. A żałobnik nie może się z tym pogodzić.
To wszystko było dla mnie niezwykle trudne. Nie pomagał mi w tym związek Thomasa i Aryi. Tom ewidentnie miał mnie gdzieś, a ja - choć oczywiście trochę tym przygnębiona - byłam wściekła. Nie obchodził ich Jake, zajmowali się tylko sobą.
Arya poprosiła o odpoczynek. Zaciągnęłam zęby, bo w ogóle się nie namęczyła. Postanowiłam ich zostawić i poszukać Jake'a na własną rękę. 
Powiedziałam im, że pójdę załatwić potrzebę. Zaczęli szybko kiwać głowami, a gdy tylko oddaliłam się parę metrów, usłyszałam chichoty. Bleh. Puszczę pawia. 
Wyciągnęłam z kieszeni mapę, którą po kryjomu wzięłam Thomasowi. Tak to jest - gdy jest się zakochanym, traci się czujność. Tak, to była ta sama mapa, która pokazała nam wiadomość od Pana. Po jej przeczytaniu znów rozproszyła się na kilkadziesiąt małych kawałeczków, by po chwili z powrotem stać się mapą.
Wyprostowałam ją i spróbowałam zorientować się, gdzie mniej więcej jesteśmy. Około pięciu kilometrów od miejsca gdzie zniknął Jake. Nasz stary obóz nie był bogaty we wskazówki, więc po prostu szukaliśmy na oślep. 
- Gdybym była porywaczem albo uciekinierem, gdzie szukałabym dla siebie miejsca? - spytałam samą siebie.
Przy wodospadzie. Cholera, jak mogliśmy być tacy głupi? Pewnie mieliśmy go pod samym nosem. Jak jednak dostać się do wodospadu, skoro znajduje się po drugiej stronie mapy? 
Jeżeli moje magiczne zdolności naprawdę istnieją, mogłyby się na coś wreszcie przydać! 
Wysilałam się. Wyobraziłam sobie wodospad, trzask wody o kamienie, szelest trawy pod naciskiem sarnich kopyt, śpiew ptaków myjących się w wodzie. 
Nic. Westchnęłam zrezygnowana. Nie wiem, co sobie wyobrażałam. Że teleportuję się jak w Harrym Potterze? Idiotka ze mnie. 
Nagle coś ścisnęło mój żołądek. Poczułam tysiące małych igieł wbijających mi się w klatkę piersiową. Musiałam wstrzymać oddech, a potem... Ogarnęła mnie nieprzenikniona ciemność. Na jej końcu znajdowało się małe, zielone światełko. Wszystkie moje siły skupiłam na dojściu tam. Krok za krokiem, mimo że moje nogi były jak z ołowiu. 
Gdy moja ręka dosięgnęła światła... poczułam jak plecami uderzam o wilgotną ziemię.
Na chwilę zabrakło mi tchu. Walczyłam z oddechem, a gdy odniosłam zwycięstwo zachwycona zdałam sobie sprawę, że leżę nad wodospadem. 
Pewnie w normalnych warunkach krzyknęłabym ze szczęścia, ale nie wiedziałam co mnie czeka. Za około godzinę wodospad miał zmienić miejsce, więc musiałam się pospieszyć. 
Nagle wielki huk spłoszył sarny.
Zdezorientowana rozejrzałam się dookoła, gdy zauważyłam wyłaniającego się ze skalnej ściany Jake'a. Dosłownie. Zmarszczyłam brwi, kiedy zauważyłam sunący się za nim cień. Tak czarny, że wyglądał prawie materialnie... 
Szybko schowałam się za skalną półką, na której zazwyczaj przesiadywały ptaki. Jake wraz z cieniem podeszli bliżej mnie. 
- Zrobiłem co kazałeś! - wymamrotał wyczerpanym głosem. 
Czekałam na jakąkolwiek odpowiedź, jednak niczego nie dosłyszałam. 
- Sam nie wiem gdzie oni są, a co dopiero Pan... - mruknął znowu. 
Rozmawia sam ze sobą? Niedobrze z nim.
- Posłuchaj, to nie mnie chciałeś. Odejdę, a ty wymyślisz nowy plan. 
Nagle Jake krzyknął. Postanowiłam wyjrzeć zza skalnej półki. Cień pochylał się nad Jake'iem i tak jakby zaciskał dłonie na jego szyi. Musiałam naprawdę mocno się powstrzymywać, żeby nie pomóc Jake'owi. Wiedziałam, że trzeba być ostrożnym. Cień wyglądał na coś czarnomagicznego, a ja nie mogłam ryzykować narażenia się na klątwę albo coś jeszcze gorszego...
W końcu cień gwałtownie odchylił się do tyłu, zwalniając uścisk szyi Jake'a. Chłopak zaczął kaszleć, a na jego dekolcie pojawiły się czarne siniaki. Poczułam się naprawdę nieswojo. 
Nagle cień odwrócił się w moją stronę. Szybko przywarłam plecami do mojej osłony, ale było już za późno... 
W jednej chwili zostałam szarpnięta do przodu tak  mocno, że przez chwilę bałam się o złamanie czegoś. Wylądowałam na ziemi, twarzą prawie przy butach Jake'a.
- Raven?! - wykrzyknął zszokowany.
Podniosłam się, a właściwie cień poderwał mnie do góry i wykręcił ręce. Czułam jego przerażająco zimny dotyk dłoni.
Popełniliście błąd wyruszając w tę podróż usłyszałam potężny i niski głos w mojej głowie.
Brzmiał przerażająco i sprawił, że przeszły mnie ciarki. Przynajmniej teraz miałam pewność, że Jake nie zwariował: cień potrafił porozumiewać się telepatycznie. Kim, a właściwie czym on był? Duchem? Widmem? Pomyślałam wściekła, że w Akademii uczyli nas wszystkiego tylko nie tego, jak walczyć z niematerialnym wrogiem.
- Czym ty w ogóle jesteś? - zapytałam zirytowana.
Widmem przeszłości, potwornych czynów i koszmarów. Stworzył mnie Pan, żebym strzegł tego przeklętego miejsca. Niestety zapomniał, że takich jak ja nie można kontrolować warknął.
Znów przeszły mnie ciarki, ale tym razem spróbowałam udać, że jego głos nie zrobił na mnie najmniejszego wrażenia. Zerknęłam na Jake'a. Wpatrywał się we mnie intensywnie, jakby gorąco nad czymś myślał. Pewnie szukał sposobu ucieczki... Czy wcześniej próbował uciec? Jeśli tak, to znaczy że musiało być to niezwykle trudne...
- Po co tu przyszłaś? - spytał oschle Jake.
Poczułam wyrzuty sumienia. W pewnym sensie go porzuciliśmy i wróciliśmy do poszukiwań dopiero gdy nie mieliśmy innego wyjścia. Powtarzałam jednak sobie, że przynajmniej wciąż o nim myślałam i bałam się, że naprawdę nie żyje.
- Możemy dojść do Pana tylko w komplecie... No i... brakowało mi ciebie - mruknęłam spuszczając wzrok.
Ciche mruknięcie Jake'a oznaczało, że wciąż się wściekał. Potrafiłam go jednak zrozumieć.
Za 20 minut wodospad zmieni swoje położenie. Na chwilę was zostawię, ale nie łudźcie się, że uciekniecie tym razem głos był znacznie głośniejszy i potężniejszy.
Nagle lodowaty dotyk dłoni cienia zniknął. Odetchnęłam z ulgą.
- Pośpieszmy się - zawołałam do Jake'a i zaczęłam iść na przód.
- Raven, zaczekaj, to nie ma sensu...
Nagle uderzyłam w cienką barierę i odrzuciło mnie do tyłu, prawie wrzucając mnie do wody. Zszokowana wstałam i zobaczyłam rosnącą ilość czerwonych, piekących bąbli na moich dłoniach. Faktycznie, nie mieliśmy możliwości ucieczki.
Wściekła kopnęłam leżący nieopodal kamień, który jednak też odbił się od niewidzialnej bariery i wylądował u moich stóp. Uniosłam brwi. Cień władał naprawdę potężną mocą, skoro potrafił zrobić coś takiego w kilka sekund. Jakim cudem mieliśmy więc się stąd wydostać?!
- To normalne, już kilka razy próbowałem mu zwiać - wyjaśnił Jake, który stanął obok mnie.
- Czyli nie możemy nic zrobić? - spytałam zirytowana.
Pokręcił przecząco głową. Nienawidziłam uczucia bezsilności. Mamy tu siedzieć i czekać?
Wściekła zaczęłam chodzić w tę i we w tę, ale to ani trochę nie pomagało. Chyba musiałam wyglądać naprawdę żałośnie, bo w końcu Jake powiedział:
- Raven, to nie ma sensu. Fajnie, że po mnie przyszłaś, pewnie Srajra i Thomaś się teraz gdzieś obściskują... Miejmy nadzieję, że znajdą jakiś sposób żeby w dwójkę odnaleźć Pana. My musimy pogodzić się z porażką.
- Ale to nie ma sensu! Po to tyle szliśmy, po to walczyliśmy z potworami i dzikimi, żeby teraz...
- To znajdź coś co pomoże nam stąd wyjść! Zaraz wróci cień, a wtedy zrozumiesz, że trzeba się poddać - powiedział ponurym głosem.
Prychnęłam pod nosem, ale niestety miał rację. Chyba powinnam się z tym pogodzić.
Usiadłam na ziemi i zamknęłam oczy. Wyobraziłam sobie, że podczas gdy my powoli godzimy się z naszym końcem, Thomas i Arya przechodzą do namiotu, aby.. bleh... ygh. Stop.
Obok mnie usiadł Jake. Zanim się obejrzałam, objął mnie ramieniem. Westchnęłam cicho i położyłam mu głowę na ramieniu. Miałam nadzieję, że Tom zorientuje się, że coś złego się stało i postanowi spróbować jakoś dotrzeć do Pana.
- Raven... jeśli to się źle skończy, chcę żebyś wiedziała .... - zaczął niepewnie Jake.
- Wiem. Ja też - uśmiechnęłam się słabo.
Złapałam go za rękę i mocno ścisnęłam. Odwzajemnił uścisk dłoni.
Raven
Podskoczyłam, gdy usłyszałam cichy i słaby głos, wybrzmiewający w mojej głowie. Jake spojrzał na mnie pytająco. Nasłuchiwałam na kolejne słowo, ale gdy nic nie nastąpiłam, postanowiłam udawać, że tylko mi się zdawało.
Słyszysz mnie?! 
Teraz już miałam pewność, że był to głos Thomasa. Jakim cudem rozmawia ze mną telepatycznie?!
Thomas? Co ty do cholery robisz w mojej głowie?! 
Gdzie jesteś?! 
Nad wodospadem, jakieś dziwne... coś uwięziło nas tutaj.
Super... Dobra, zaraz tam będziemy.
Thomas, wodospad zaraz się przeniesie, więc macie mało czasu.
Wiem.
Poczułam, że nasze połączenie zostało zerwane. Teraz mogliśmy liczyć tylko na nich. Wątpiłam czy im się uda, ale przynajmniej rozbudzili we mnie trochę nadziei.
- Raven...? Twoje oczy przed chwilą były.. niebieskie - powiedział Jake.
Wyjaśniłam mu szybko co się stało. Przez cały czas patrzył na mnie podejrzliwie, ale chyba postanowił mi zaufać.
Siedzieliśmy bezczynnie i czekaliśmy. W sumie obojętne nam było, czy pojawi się cień, czy też Thomas i Arya. Chcieliśmy po prostu wiedzieć, na czym stoimy.
Nagle usłyszeliśmy wzburzony głos Aryi. Wyraźnie słyszałam słowa:
- ... moglibyśmy ich po prostu zostawić!
Wymieniłam porozumiewawcze spojrzenie z Jake'm ale ulżyło mi, że zdążyli na czas. Może nie wszystko jest jeszcze skończone?
Gdy pojawili się przy nas  i przy naszej barierze, poderwaliśmy się odruchowo z ziemi. Uśmiechnęłam się szeroko do Jake'a, ten jednak tego nie odwzajemnił. Po chwili zobaczyłam, dlaczego: za nami znów pojawił się cień.
Spojrzałam na twarze Thomasa i Aryi. Patrzyli zszokowani na tajemniczą postać cienia. Pewnie moja mina też taka była.
Witam was podróżnicy, więc jesteście wszyscy w komplecie zaśmiał się szyderczo.
Arya i Thomas lekko podskoczyli. Spojrzeli na nas przerażeni. Witajcie w raju!
Z racji tego, że za życia kochałem gry zespołowe, dziś zrobimy coś podobnego. Wypuszczę jednego z waszych przyjaciół 
Odetchnęłam z ulgą. Więc pół sukcesu już jest! Może jednak nie był takim potworem na jakiego... wyglądał. Coś podpowiadało mi jednak, że to się dobrze nie skończy.
Usłyszałam cichy dźwięk, taki, gdy uderzamy czymś o metal. Instynktownie poczułam, że niewidzialna bariera zniknęła. Spojrzałam zdziwiona na Jake'a.
Jednak druga osoba będzie musiała się poświęcić... dodając mi trochę sił witalnych, dzięki którym uda mi się uciec spod władzy Pana... A dzięki temu nie będziecie musieli dojść do niego w czwórkę, a w trójkę. Proste? Proste. To wy wybieracie, czy zginie młoda czarownica, czy młody wojownik zarechotał.
Cholera cholera cholera... Szybko jednak się uspokoiłam, moje tętno zmalało. Poczułam, że po to w ogóle żyję: to był mój cel. Złapałam za rękę Jake'a, przesyłając mu informację: to ty idziesz dalej. Dla mnie to już koniec drogi.
- Arya, proszę - wyszeptałam cicho.
Szybko zrozumiała i zaczęła wyciągać swój łuk.
- Nie, Raven, nie zgadzam się! - krzyknął Jake.
- To jedyne słuszne wyjście... czuję to - odpowiedziałam cicho.
Patrzył na mnie jak na wariatkę, a ja naprawdę czułam się bardzo odprężona i spokojna. Spojrzałam na Thomasa. Stał z lekko otwartą buzią i wpatrywał się we mnie z podobnym wyrazem twarzy jak Jake. Arya nałożyła strzałę na cięciwę.
- Chyba sobie robicie jaja! - wrzasnął Thomas.
Spojrzałam na niego z rozrzewnieniem. Będzie mi go brakowało, zresztą, tak jak wszystkich. Nawet Aryi...
Cień zamarł w oczekiwaniu. Chyba to wszystko sprawiało mu wielką przyjemność.
- Zwariowaliście?! Jesteście chorzy! - krzyczał dalej Thomas.
- Raven, proszę. To powinienem być ja. Jestem bezużyteczny - westchnął Jake.
- Wcale nie jesteś... Bez ciebie byłoby nam ciężko, błagam, musisz to dla mnie zrobić - prosiłam, wciąż tym samym, beznamiętnym tonem.
Arya napięła cięciwę i spojrzała na mnie: przez chwilę widziałam w jej oczach coś drapieżnego, tak jakbym była tarczą, albo zwierzęciem do upolowania. Szybko jednak zastąpiła to smutkiem i skupieniem.
- Żegnaj Raven.
- Nie, Arya, celuj we mnie, błagam...
- Ogarnijcie się wszyscy do cholery!
Zamknęłam oczy i uniosłam lekko głowę, wciąż trzymając Jake'a za rękę. Cień roztaczał paraliżujący chłód, ale już go nie czułam. Czułam jedynie opiekę Izydy. Była ze mnie dumna i to w tamtej chwili wydawało mi się najważniejsze.
Nagle świst powietrza minął moją twarz o kilka centymetrów. Otworzyłam zszokowana oczy i... zobaczyłam wbity miecz w klatkę piersiową Jake'a.
Mój wrzask spłoszył sarny.