środa, 20 stycznia 2016

Rozdział 22: Ostatni wdech

Nie ufałam "matce" Thomasa. Cała jej ckliwa historyjka którą opowiedziała nam w zaledwie 5 minut była zbyt szczegółowa i przemyślana. Ani razu się nie zacięła, każdy jej najmniejszych ruch wydawał mi się sztuczny. Mimo to nie chciałam dzielić się swoimi przemyśleniami - bo niby kto by mi uwierzył? Po tym wszystkim co przeszliśmy, każdy miał prawo bredzić od rzeczy.
Co czułam gdy Thomas mnie zdradził? Potworny gniew. Przez jakiś czas liczyłam, że się pojawi, bo wtedy rzucę się na niego i rozszarpię mu gardło. 
Z czasem jednak gniew ustępował obojętności. Odpuściłam. Teraz jednak już nic dla mnie nie znaczył, był tylko cieniem przeszłości. Tak jak ze starym przyjacielem: kiedyś mógłbyś wskoczyć za nim w ogień, a teraz tylko lekko uśmiechasz się na wspomnienia starych przygód. 
Prześlizgnęliśmy się przez korytarze posiadłości, docierając do magazynu gdzie umówiłam się z Isabelle. Matka Thomasa włóczyła się za nami z nisko pochyloną głową. Wyglądała jak kupka nieszczęścia, jednak zbyt wiele razy zostałam zdradzona, by jej zaufać. Patrzyłam na nią krzywo. 
- Posłuchaj... muszę się nią zaopiekować. Wrócę do was jak tylko zabiorę ją w bezpieczne miejsce - wyszeptał Tom.
Zirytowałam się jeszcze bardziej. Chciał zaryzykować naszą misję, naszą ostatnią szansę DLA NIEJ? Zagotowało się we mnie i poczułam lekkie drżenie rąk. Moja moc działała coraz impulsywniej, a ja bałam się że w pewnym momencie przestanę ją kontrolować. 
- Nie możesz tak ryzykować! Zresztą, gdzie do cholery znajdziesz jakieś bezpieczne miejsce w posiadłości Pana?! - syknęłam.
Thomas przewrócił oczami, ale musiał mi przyznać rację. Nie mogliśmy teraz tak bardzo ryzykować. Na pewno nie dla jakiejś marnej oszustki...
- Dobra - mruknął wściekły, po czym odwrócił się w drugą stronę - mamo, zostaniesz tutaj, powinnaś być bezpieczna.
- N-nie, nie mogę... zabiją mnie, znajdą, rozszarpią na strzępy - brzmiała jak opętana, albo przynajmniej niezrównoważona psychicznie.
Wystarczył jeden rzut oka na Thomasa, by wiedzieć co postanowił. 
Powtórzyłam sobie, że to nie moja sprawa. To on będzie jej pilnował, a ja skupię się na zniszczeniu źródła mocy. Dzięki Bogu, że odnalazłam Isabelle...
Otworzyłam drzwi do magazynu. Rozejrzałam się w poszukiwaniu Isabelle, ale... nikogo nie było. Zamrugałam kilka razy, tak jakby to mogło pomóc. Odwróciłam się w stronę Thomasa, który stał z przepraszającą miną.
- Powinna zaraz wrócić, kazałem jej udać drugą Isabelle.
Na szczęście tym razem nie mogłam się na niego zdenerwować, bo o to samo chciałam ją prosić. Liczyłam, że załatwi wszystko szybko i nic jej się nie stanie. Nie mogłabym przeżyć kolejny raz jej straty...
Usiedliśmy na podłodze. Każde z nas oddało się swoim rozmyślaniom. Nawet matka Thomasa, chociaż na pewno nie martwiło ją powodzenie Isabelle. 
Co jakiś czas kobieta lekko się trzęsła i mruczała coś pod nosem. Cały czas rzucałam jej podejrzliwe spojrzenia. 
Po jakimś czasie Thomas zamknął oczy i zapadł w sen. Po pewnym czasie postanowiłam pójść w jego ślady. Nie bałam się, że jego matka mnie zaatakuje - nawet jeśli była wspólniczką Pana, nie miałaby szans w pojedynku.
Z niespokojnego snu wyrwało nas skrzypnięcie drzwi. Natychmiast poderwałam się do góry i przygotowałam na atak. Tom zrobił to samo co ja. Uśmiechnęłam się smutno, gdy zauważyłam jak osłania mamę. 
Na szczęście to była Isabelle. Nie przypominała jednak siebie sprzed kilku godzin. Wyglądała jak ta Izzy, która o mało co mnie nie zabiła. Idealny makijaż, gładkie lśniące włosy, ubrana w czarną skórzaną ramoneskę i wysokie szpilki. Uśmiechnęłam się z ulgą, gdy mrugnęła do mnie i obróciła się dookoła własnej osi.
- No i jak wyglądam? - zaśmiała się cicho.
- Jak druga Isabelle. Udało ci się wszystko załatwić? - spytałam niepewnie.
- Wszystko poszło tak dobrze, że nawet dowiedziałam się czegoś ciekawego - wyszczerzyła się do nas.
- Mów! - krzyknął Thomas.
Isabelle uśmiechnęła się tajemniczo. Podeszła do jakiejś drewnianej skrzynki, usiadła na niej i dopieo wtedy zaczęła opowiadać.
- Co prawda wiedziałam, gdzie znajduje się źródło mocy, ale na wszelki wypadek zrobili... coś w rodzaju kopii. Kopia znajduje się ciągle przy Panu - gdyby prawdziwe źródło zostało zniszczone, ona zdoła utrzymać go przy życiu na tyle, by znaleźć coś zastępczego. To oznacza, że musimy się rozdzielić. Niestety, nie wystarczy zniszczenie prawdziwego źródła, ale trzeba również własnoręcznie zabić Pana. 
Zerknęłam na Thomasa. Posłał mi zrezygnowane spojrzenie i wiedziałam o co mu chodzi: naszą ostatnią misję będziemy musieli wypełnić osobno. 
- Ja zabiję Pana - zawołaliśmy jednocześnie.
Spojrzałam na niego zdenerwowana. Nie ma mowy! To oczywiste, że osoba walcząca z Panem prawdopodobnie zginie, nawet jeśli jej się powiedzie! Po za tym, Tom nie mógł mieć dostępu do umysłu Pana, miał więc możliwość walki tylko mieczem... 
- Raven, wystarczająco wiele razy to ty się poświęcałaś. Teraz ja chcę zrobić coś... - zaczął Tom.
- Nie ma mowy! Nie mam zamiaru patrzeć jak umierasz! - podniosłam głos.
- Pozwól mi choć raz zdecydować!
- Decydować o czym? O swojej śmierci?
- To JA muszę to zrobić. To mój ojciec, który mnie oszukał. Sprawił, że prawie się do niego przyłączyłem. Nie mam innego wyjścia.
Westchnęłam cicho. Wszystko co mówił brzmiało sensownie, ale co z tego, skoro w myślach potrafiłam widzieć tylko jak upada bezwładnie na ziemię i już z niej nie wstaje? 
- Nie zgadzam się, Thomas - mruknęłam. 
Usłyszałam ciche kaszlnięcie za plecami.
- Jeśli mogę się wtrącić... - Isabelle mruknęła cicho - myślę, że Tom ma rację. To jego powinność. Ty bardziej przydasz się przy niszczeniu źródła. Do tego trzeba choć trochę umiejętności magicznych.
Zacisnęłam pięści. Więc to tak się skończy? Najwidoczniej to było nam pisane od początku. Ciekawe, czy Izyda i Horus również znali zakończenie. Śmierć na każdym kroku. W przepowiedni napisano: niosąc największą ofiarę w dziejach świata. Czy chodziło o nas? O nasze poświęcenie?
Musiałam skinąć głową. Zostałam przegłosowana i marzyłam tylko o tym, by jakimś cudem przewinąć czas do przodu i móc stanąć nad ciałem Pana. 
- Isabelle, pomóż Thomasowi. Ja... postaram się zająć źródłem sama - westchnęłam. 
Skinęli głowami. Gdyby był z nami Jake... lub ... Arya... Wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. Łatwiej. Ale nie mogłam zadręczać się przeszłością.
Matka Thomasa wycofała się do kąta. Przez chwilę przemknęło mi przez myśl, że może powinnam jej uwierzyć. Nie wyglądała na zdrajczynię. No, ale czy Arya na nią wyglądała? Albo Thomas? Zdrada przychodzi z niespodziewanych miejsc i to właśnie w niej najbardziej boli.
- Dobra. Musimy więc wszystko uzgodnić - zarządził Thomas. 

***

Skradając się pomiędzy celami w lochu i trzymając w dłoni wyszczerbiony miecz, powtarzałam w myślach punkty naszego planu. Jeden: powrócić do lochów. Dwa: odnaleźć zamaskowane drzwi prowadzące do piwnicy. Trzy: unieszkodliwić strażników. Cztery: odnaleźć źródło i je zniszczyć. 
W mojej głowie brzmiało to jak proste zadane domowe. Gdy jednak próbowałam wyobrazić sobie, jak jakimś cudem w pojedynkę wszystko to mi się udaje, drętwiałam z przerażenia. 
Odetchnęłam głęboko. Więźniowie przyglądali mi się uważnie i z zainteresowaniem, wszyscy jednak byli na tyle inteligentni i pałali taką nienawiścią do Pana, że nie ośmielili się nawet bliżej podejść. 
Dotarłam do końca lochów, a przynajmniej tak się zdawało. Przede mną znajdowała się bowiem tylko brudna, obskurna ściana. Jeżeli drzwi miały znajdować się w lochach, to raczej tutaj. Westchnęłam i zaczęłam szukać wyżłobień w ścianie. Nic. Pewnie są w jakiś sposób zaczarowane... Pytanie: w jaki?!
Rozejrzałam się. W najbliższej celi widziałam czyjeś błyszczące, smutne oczy. Więźniowie musieli widzieć jak strażnicy wchodzą do pomieszczenia...
Podeszłam powoli do celi numer 156. Smutne oczy wpatrywały się we mnie. Nie widziałam w nich jednak strachu, tylko zaciekawienie. 
- Yyy... cześć. Potrzebuję twojej pomocy. Tutaj muszą być drzwi. Na pewno widziałeś, jak strażnicy przez nie przechodzą. Muszę się tam dostać, a tylko ty możesz mi powiedzieć, jak tam przejść - starałam się brzmieć jak najbardziej przekonująco.
Oczy zbliżyły się, a ja mogłam widzieć wreszcie z kim rozmawiałam. I aż się zachwiałam. Zza krat spoglądał na mnie chłopczyk. Blond włosy, z niebieskimi oczami, wyglądał jak mały aniołek. Oprócz tego, że od kącika oka aż do kącika ust jego twarz dzieliła czerwonokrwista blizna. Spojrzałam na niego ze smutkiem. Co takiego on zrobił Panu, że się tu znalazł? 
- Widziałem jak dotykali ściany rękami i z całej siły na nią naciskali. Spod ich rąk wydobywało się zielone światło, a później drzwi wysuwały się ze ściany - odpowiedział.
Zdziwiła mnie stanowczość jego głosu. Ani razu mu nie zadrżał, ani razu nie usłyszałam niepewności. 
- Czy.. wymawiali jakieś słowa? Coś w stylu magicznego zaklęcia? - spytałam.
Chociaż "magiczne zaklęcie" nie do końca dobrze to opisywało. W Akademii uczyliśmy się, że zaklęcia, a właściwie inkantacje są pomocniczymi środkami do wytworzenia wiązki magii. Początkujący zawsze używali inkantacji, w późniejszym etapie nauczania rezygnowaliśmy z nich na rzecz korzystania z "wewnętrznej mocy". Jeśli jednak strażnicy nie władali magią, to musieli korzystać z zaklęć, by ta najmniejsza cząstka magii która jest w każdym z nas, uciekła na zewnątrz. A skoro nie miałam bladego pojęcia jaki rodzaj zaklęć jest potrzebny do otwarcia drzwi, musiałam dowiedzieć się jaki brzmi zaklęcie.
- Tak mi się wydaje. Słyszałem to mnóstwo razy, często w śnie...  Właściwie znam to na pamięć. Aperta ostium dormitabis abyssi. 
Powtórzył to kilka razy, a ja powtarzałam inkantację, skupiając się jak nigdy. 
Obiecałam sobie, że gdy tylko to wszystko się skończy, wrócę po chłopca i pomogę mu uciec. Tylko w ten sposób mogłam mu wynagrodzić jego pomoc. 
Mój wzrok znowu spoczął na jego bliźnie. Przełknęłam odruchowo ślinę.
- Co... co ci się stało? 
Chłopiec westchnął cicho i spuścił wzrok. Odpowiedział z opuszczoną głową.
- Mój tata dostał list.. przyjęli mnie do jakiejś akademii. Odmówił władzom tej szkoły, powiedział, że nigdy nie dopuści bym tam trafił. Ja jednak... uciekłem, gdy rozpoczął się rok szkolny. Jakiś pan przekazywał mi informacje przez myśli. Nie trafiłem jednak do szkoły ale tutaj. Na początku było fajnie. Uczył mnie mocy. Chciałem wrócić do mamy i taty, a on mi nie pozwalał. Znowu uciekłem, ale mi się nie udało.. Trafiłem tu.
Zamrugałam, żeby powstrzymać łzy. Chciałam coś powiedzieć, ale uprzedził mnie chłopiec.
- Nie martw się. Jeśli go pokonacie, wszystko będzie dobrze. Załatw to szybko.
Pożegnaliśmy się szybkim uściskiem dłoni. Byłam mu wdzięczna, że nie zadawał żadnych pytań związanych z moją obecnością tutaj. Chyba sam domyślił się, że raczej nie pytałabym go o zaklęcie, gdybym była jednym ze strażników. Jego los był jednak taki niesprawiedliwy... W tamtej chwili musiałam jednak być na chwilę egoistką i najpierw zniszczyć źródlo.
Podeszłam ponownie do ściany. Zacisnęłam mocno oczy, przyłożyłam ręce i wypowiedziałam cicho:
- Aperta ostium dormitabis abyssi.
Cicho pisnęłam, gdy spod moich dłoni wydobyły się zielone promienie. Ściana zadrżała, a chwilę później poczułam, że zaczyna stawać się wypukła. Szybko odsunęłam się do tyłu, a kamienne drzwi pojawiły się przede mną w całej okazałości.
Obejrzałam się jeszcze przez ramię i uśmiechnęłam nieśmiało do chłopca. Nie zauważyłam odpowiedzi.
Znajdowałam się teraz w ogromnym, kamiennym pomieszczeniu. Wyglądało jak rodem przeniesione z średniowiecznej katedry: pełne dziwnych witraży, świec, ale mimo tego wszystko wydawało się tu niezwykle ponure. Rozejrzałam się dookoła i zdumiona zauważyłam braku jakiekolwiek straży. Nigdzie nie widziałam jednak czegoś, co może wyglądać na źródło mocy.
Nagle coś przykuło moją uwagę. W pewnym momencie widok pomieszczenia wydawał się dziwnie... rysunkowy? 
Zmarszczyłam brwi i zdałam sobie sprawę, że to iluzja. Dość dobra, ale nie na tyle dobra by nauka w Akademii nie mogła jej przejrzeć. Byłam wdzięczna, że przynajmniej tego zdążyłam się nauczyć.
Przypomniałam sobie, co w takiej sytuacji trzeba było zrobić: zostać niewidocznym, w razie gdyby za iluzją chował się wróg.
Wysiliłam się i przywołałam zaklęcie niewidzialności. Miałam nadzieję, że z moją nowo odkrytą mocą będzie trwało trochę dłużej niż miało w zwyczaju.
Z zadowoleniem stwierdziłam, że zaklęcie jakimś cudem wygląda na silniejsze. Szybko wycelowałam dłonią w stronę iluzji i skupiłam całe swoje siły na zniszczeniu bariery. Tak jak podejrzewałam, bariera rozsypała się w mak i odsłoniła mi prawdziwe oblicze "katedry".
Zamarłam, gdy zobaczyłam kilkunastu uzbrojonych strażników wpatrujących się we mnie z nienawiścią. A za nimi osłonięte grubym szkłem, błyszczące, zielone światło. Od razu wiedziałam, że to źródło mocy Pana. Jedyne czego nie rozumiałam, to to, że wszystko związane z magią jaśniało tym szmaragdowym blaskiem. Ale tego musiałam się dowiedzieć później.
Odetchnęłam głęboko i wyciągnęłam miecz. Musiałam wyciąć sobie drogę do źródła. Dosłownie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz