piątek, 29 stycznia 2016

Rozdział 19: Rozdzieleni

Czy coś czułem jak rzucałem mieczem?  Nic.
Zero poczucia winy, zero odrazy do samego siebie.
To wszystko się zmieniło kiedy zobaczyłem ten kolor, dobrze mi zresztą znany, bo miałem go pod nogami parę miesięcy. Wtedy uświadomiłem sobie, jak ta trawa zmieniła barwę. Tam gdzie upadł Jake ziemia stawała się taka jak wszędzie. Ostatnia zieleń zniknęła, a w jej ślad poszedł wodospad, który wyparował. Pamiętam śmiech cienia i jak się schylił nad umierającym Jake'em. Wrzask Raven i ciało czwartego towarzysza znikające wraz z czarną postacią. Mimo jej zniknięcia potworny rechot dalej dźwięczał w uszach. Podszedłem do miecza, który leżał wbity w ziemię i wyciągnąłem go sprawnym ruchem. Otarłem resztki krwi o podarte, brązowe spodnie i przebiegłem spojrzeniem po wielkim wgłębieniu, w którym teraz nie było wody. Nie przeniosło nas-nie było już saren, wody czy zieleni. Cichy szloch Raven poszerzył ranę w moim sercu. Spojrzałem na Arye. Jej twarz nic nie zdradzała. Spoglądała cały czas w stronę, po której jeszcze parę sekund temu leżał Jake.
-Jak Mogłeś To Zrobić- dźwięk wydany przez nią brzmiały bardziej jak warczenie- On Był Nam Potrzebny.
-A Raven, nie?- szukałem w jej oczach cienia zrozumienia. Przecież była zdolna zabić Raven, czemu nie Jake'a? Chwilę milczała po czym dodała przez zaciśnięte zęby:
-Ty Nic Nie Rozumiesz? Jake był... on był...
-Kim? Oświeć mnie! Raven jest ze mną od początku. Odkryła tą przepowiednię! Ratowała nas! Musiałem, rozumiesz?!
-A co?! Izydka ci kazała się o nią troszczyć? Jest rozpieszczoną ulubienicą bogów, bo jej tatuś i mamusia zginęli. Och, och. Zaraz się popłaczę.
-Arya? Chyba żartujesz... Ja zabiłem Jake'a. I nie żałuje tego. To było jedyne dobre...
-ZAMKNIJCIE SIĘ W KOŃCU!
Jak na rozkaz zamknąłem usta, zostawiając zdanie bez odpowiedzi. Jaki ze mnie idiota. Kłócić się z Aryą pod nosem Raven. Ta wstała jak trafiona piorunem i ruszyła przed siebie.
Spuściłem wzrok, nie potrafiąc spojrzeć na cokolwiek innego niż czerwona trawa, zalana krwią ofiar Pana i jego sług. "No i od teraz też twoich"-głos wyrzutów sumienia odezwał się za wyraźnie, ale zastąpił go nagle inny. Kobiecy, delikatny i pełen miłości.
,,Dziękuję...Moja mała Raven..." nawet głos Izydy nie spowodował, że czułem się lepiej. Byłem naznaczony piętnem zabójcy. Lepszy ja niż Arya...
***
Parę kilometrów od miejsca, gdzie miał być zamek pana usłyszałem okropną pieśń. Lament, ale nie ludzi zabitych przez Pana... Usłyszałem lament Jake'a, małego dziecka i chóru silnych mężczyzn.
-Zabiłeś nas, Thomas...
-Panie Thomasie, pamięta mnie pan? Jestem tym dzieckiem z przedszkola, któremu wrzuciłem sproszkowane mleko do soku... Miałem alergię...
-Ach, pamiętasz te bitwę w Maratońskim Lesie? Tak zabiłeś nas, ale z jaką nienawiścią jak ojciec...
Potem już głosy były piskliwe, jakby jęczały z bólu... Każde zwierze, które zginęło przez mnie wydawało z siebie ciche dźwięki. Słyszałem co drugie słowo, a moje oczy wypełniły się łzami. Zanim rzuciłem się na ziemie tarmosząc za włosy zauważyłem, że to samo robi Arya. Tylko Raven stała wyprostowana, nie widziałem jej wyrazu twarzy, ale wiedziałem czemu nie zwija się z bólu: Nikt przez nią nie zginął, nawet zwierze.
-Jęki...
Wydusiłem tylko tyle i to z ogromnym trudem, ale najwidoczniej to jej wystarczyło. Już po chwili, która dla mnie była godzinami wkładała mi coś do uszu. Jęki zmieniły się w szmery i dopiero wtedy zrozumiałem, że jestem cały czerwony, mokry od łez i mam potargane włosy. 
Chwyciłem się za rozpalone czoło, próbując przegonić czarne mroczki przed oczami. Nie mdlej, nie mdlej, nie mdlej. Dopiero jak całkowicie odzyskałem świadomość podniosłem się z ziemi. Zobaczyłem 15 metrów od mnie Arye i Raven idące nadal, mimo że nie szedłem z nimi. Arya lekko utykała i trzymała się za głowę. Kiedy się podniosłem poczułem fale bólu w mojej czaszce. Jakby ogromna bomba wybuchła w jej środku. Odruchowo chwyciłem się w miejscu gdzie ból był największy i ruszyłem wolnym krokiem za dziewczynami. W żołądku mi się przewracało i czułem, że zaraz zwymiotuje. I zrobiłem to wbrew sobie, co zmusiło moje towarzyszki do zatrzymania się. 
Kiedy uniosłem wzrok zauważyłem zmartwioną minę Aryi. Była na mnie wściekła, ale chyba zrozumiała, że musiałem to zrobić. Pogładziła mnie po policzku, szybko jednak cofnęła rękę, jakby dotknęła rozżarzonego węgla. Tak to teraz będzie wyglądać? Spytał zirytowany głos w mojej głowie. 
-Musimy...-głos Raven był nieźle zachrypiały, pewnie dlatego, że użyła go po raz pierwszy od czasu mojej kłótni z Aryą- To uzgodnić... Wbijamy do zamku, o którym nic nie wiemy i dajemy się zabić czy mamy plan?
Szmery w mojej głowie przysłaniały każdy pomysł. Musiałem nieźle wysilić mózg żeby coś z tego wyszło.
-Może...
-Coś czuje, że Pan nie chce naszej śmierci-głos Aryi był zmęczony- gdyby tak było: a) już byśmy tu nie stali, b) nie byłyby to lamenty naszych ofiar tylko jego, co by nas zabiło, bo jego jest miliony, a naszych parę, no i c) Potrzebuje któregoś z nas jak mówi przepowiednia.
-Gdzie w przepowiedni...
-"Czwórka datusów zniszczyć ją podoła, niosąc największą ofiarę w dziejach świata." Chyba oczywiste? "Datus" to "pomocnik" w języku czarnomagicznym. Jak wy się uczyliście? Jake już złożył swoją ofiarę, rozpoczęło się święto żniw... Zbiera swoje plony, a my musimy temu zapobiec. On był pół czarodziejem. Wydaje mi się, że jeśli umrze Raven to zakończy się wielka dynastia magii, bo jest ostatnią żyjącą czarodziejką o pełnej mocy, a co za tym idzie...-przełknęła ślinę- Pan wyjdzie z swojej kryjówki, bo już nikt nie osłabi jego siły, oprócz bogów i... ciebie.
Jej wzrok padł na mnie. Poczułem ciepło od szyi po stopy. Strach.
-Źle zrozumieliśmy przepowiednie. Ten starzec mówił coś o zdradzie...
-Nie jest wszystkowiedzący.
Spoglądałem na dziewczyny w milczeniu. Wszelkie próby włączenia się do rozmowy były ignorowane, więc tylko słuchałem.
 Głosy w mojej głowie doprowadzały mnie do szaleństwa, ale nagle usłyszałem dziwny syk zupełnie nie podobne do lamentu czy skowytu, jakby ktoś wypuszczał gaz. Odruchowo zasłoniłem nos końcem rękawa i już otwierałem usta by ostrzec dziewczyny kiedy te padły na ziemie jak martwe.
Schyliłem się, żeby sprawdzić ich tętna. Żyją.
 Coś twardego uderzyło mnie w tył głowy, a głosy tak jakby wyczuły okazje i zaczęły wrzeszczeć głośniej niż na początku.

***

Poczułem, że leżę na czymś twardym i zimnym. Głowa pulsowała mi z bólu, ale o dziwo głosy nie informowały o swoim istnieniu. Bałem się otworzyć oczy. Sekundy mijały niemiłosiernie, ale ciekawość dała górę. Rozwarłem powoli powieki choć czułem, że ważą tonę. Znalazłem się w ciemnym kwadratowym pomieszczeniu o nierównych ścianach. Ziemia była kamienna, co wyjaśniało dlaczego byłem taki obolały. Obok mnie leżały 2 miski z jedzeniem i tyle samo szklanek wody.
Ale po co? Czyżby oczekiwano kogoś jeszcze? Wtedy przypomniałem sobie, że na wyprawie nie byłem sam. Podniosłem się i zajrzałem do kąta, w którym było za ciemno bym dojrzał czy ktoś tam jest.
-Arya?
-Muszę cię rozczarować. Arya nie żyje, a w sumie gorzej. Teraz to chyba jesteśmy kwita.
Nie wiem co się działo. Straciłem grunt pod nogami, czułem się tak jak wtedy kiedy zobaczyłem swoją siostrę po stronie Pana. Rozpoznanie głosu Raven tylko wzmocniło mój ból.
-Co... co znaczy gorzej?
-To, że jest jedną z nich. Jest sprzymierzeńcem Pana. Czyż to nie gorsze niż śmierć? Twoja własna dziewczyna... Zdrajczynią. No i jej próby retuszu słowa "zdrada" w przepowiedni, dobre. Mówiła mi, że chodzi w niej o to, że zabijesz Jake'a. Wiesz, zdrada nietykalności sojuszników.
Podniosła się i wyszła z ciemności. Teraz widziałem jej oczy. Były puste.
-Miała za zadanie być blisko ciebie. Tyle wiem, potem pieprznęli mi w głowę tak jak tobie.
-Ale...
Śmiech Raven uniósł się echem po ścianach. Nie był jednak taki jaki znałem. Przepełniła go drwiną i nienawiścią. Miała prawo się wściekać, ale czy teraz to ma sens? Kiedy Arya i Jake nie są z nami?
-Myślałeś, że cię kocha?
Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w kierunku jedzenia- byłem potwornie głodny. Kiedy Raven ucichła ruszając w tym samym kierunku co ja przyspieszyłem kroku wziąłem swoją porcję i usiadłem w tym kącie, w którym się obudziłem. Przez resztę dnia (Przynajmniej tak mi się wydaje nie miałem zegarka, a okien nie było) nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem.
Dziewczyna obeszła chyba z 10 razy cele mamrocząc coś pod nosem o przejściach i jakimś wyjściu.
Jesteśmy w zamku Pana. Nie ma wyjścia z jego celi, ale nawet nie myślałem, żeby podzielić się z nią tą informacją. Chciałbym się mylić.
***
Codziennie dostajemy 3 posiłki. W różnych odcinkach czasu, pewnie dlatego żebyśmy nie wiedzieli, która jest godzina. To była jedna z największych katuszy, nie znać godziny. Po siedmiu dniach (domysł) chciałem się zabić pustą miską po rosole. Raven znosiła to nieco gorzej. Przesypiała cały dzień (znowu domysły) wstając tylko po to żeby zjeść. Niewiele ze sobą rozmawialiśmy, bo niby o czym? 
Jak wydostać się z boskiej celi? 
Jednak ósmego dnia wszystko się zmieniło. Ręka która podawała nam jedzenie zza dziury w ścianie tym razem wyszeptała coś do niej i szpara w sam raz na miskę i szklankę była idealna do mojej postury. Odskoczyłem kiedy ujrzałem śliczną dziewczynę o ciemnych włosach. Pamiętałem ją, to Isabelle. Była przyjaciółka Raven i sojuszniczka Pana. 
- Chodź sztywniaku, Pan chce cię poznać. 
Wstałem bez sprzeciwu, bo czułem, że nie jest skora do negocjacji. 
-Grzeczny chłopaczek. Rusz się. 
Odwróciła się do mnie plecami i ruszyła wgłąb ciemnego korytarza. Spojrzałem na Raven, spała. Włożyłem do kieszeni gwóźdź, który znalazłem w posadzce. Zawsze jakaś broń. Nabrałem powietrza jakby miał to być mój ostatni oddech. I bez wątpienia mógł być. Ruszyłem za Isabelle nie spiesząc się nadto na swoją egzekucję. Dziura za mną znowu obrała ten sam kształt co wcześniej. Ciekawe czy Raven się domyśli.
Już po chwili na końcu korytarza zobaczyłem złote schody i ściany, które za pomocą jakiś niesamowitych mocy świeciły światłem jasnym, ale nie oślepiającym. Gdybym nie szedł na egzekucję na pewno zachwycałbym się przepychem pokoju znajdującego się na końcu schodów. Płomyki w ciemnym kominku tańczyły wesoło ogrzewając pokój. Przy nim stawiono 2 jasne fotele. Bez wątpienia wygodne, a między nimi mały stolik z jakąś książką i lampką. Ściany ozdobione były smutnymi obrazami zjaw i bitew. W kącie stała mała półka zawalona książkami. Uznałbym, że żyje tu mądry starzec, przyjaźnie nastawiony dla wszystkich. Czułem się zdezorientowany, wyobrażałem sobie zamek jako ciemną i zimną przestrzeń, przepełnioną nienawiścią.
-Siadaj. Pan zaraz będzie. 
I wyszła jakimiś ciemnymi drzwiami, których wcześniej nie zauważyłem. Zająłem miejsce na skaju fotela gotowy w każdej chwili wstać i walczyć. Drzwi otwarły się powoli nie wydając żadnego głosu. Poczułem lawendowy zapach i od razu zacisnąłem dłoń na gwoździu, który teraz spoczywał w kieszeni gotowy do walki. 
-Odłóż ten gwóźdź. Zrobisz sobie krzywdę- głos potężniejszy niż Horusa, więcej w nim było jednak miłości niż w głosie Izydy. Jak na rozkaz puściłem moją broń, ale  ręki nie wyciągnąłem.  
Przed mną pojawiła się postać czterdziestoletniego, przystojnego mężczyzny. Miał na sobie zwykły, biały podkoszulek, podkreślający jego wysportowaną sylwetkę i niebieskie jeansy. Zamarłem na widok zwyczajnego ziemskiego człowieka, którego pewnie nie wyróżniłbym z tłumu. Przyglądał mi się z zainteresowaniem. 
-Tak bardzo chciałem cię poznać, Thomas. Tak się teraz nazywasz prawda?
-Tak.
-Wolałem imię Don. Dlaczego zmieniłeś? 
Czułem, że ze mnie szydzi. Miałem samolubną myśl, żeby utrzymywać rozmowę, chciałem dłużej żyć.
-Ja... Chciałem zapomnieć o ojcu, który mnie zostawił jak byłem mały.
-Ale wychowywał cię inny mężczyzna, prawda?
-Taak. To jego nazwisko noszę.
-Ale on nie żyje?
-Tak...
Pan pytał o wszystko jednak znał odpowiedzi. Bawił się mną?
-Masz siostrę, prawda? Jest u mnie na służbie, prawda?
-MIAŁEM siostrę.
-Jesteś dla niej za surowy. Nie wiesz z czym się zmagała.
-Z czym?
Nie zdążyłem ugryźć się w język, Pan poprawił się na fotelu i zawołał:
-Victorio!
Jedna część mnie chciała go prosić, że nie chce jej widzieć, że nienawidzę jej i dla mnie nie żyje. Druga błagała o sam widok jej małej twarzyczki. Spoglądałem w płomienie kominka, nie odwróciłem od nich oczu nawet wtedy, gdy usłyszałem kroki i dodatkowy cień w pokoju.
-Tak, Panie?
-Możesz mi mówić tato, nie wstydź się!
Szybko odwróciłem twarz od ognia. Ta informacja dotarła do mnie późno. Pan moim ojcem. Ojciec jest Panem. To głupi sen, głupi sen. A może tak nazywają go jego ludzie? Jeszcze raz spojrzałem na tego mężczyznę. Rzeczywiście miał te same rysy twarzy co ja. Oczy jak skopiowane, ale nos orli. Odruchowo chwyciłem swój. Nie, mój jest mały, lekko zadarty do góry. Ale to pewnie moja fantazja.
-Tak, Don. Jesteś moim synem. Don Smathy. Syn Erica Smath'ego. Boga, który posiadał tylko jedno dziecko przed wami.
Wszelkie złudzenia szybko prysły, jak za sprawą magicznej różdżki.
-Tato, mogę odejść?- głos Victorii był piskliwy, nie chciała być ze mną w jednym pomieszczeniu. Dziwne. Ostatnim razem bardzo się cieszyła z mojej obecności.
-Och, niestety nie, skarbie. Braciszek chce wiedzieć co przeszłaś żeby się tu zostać.
-Nie chce...
-Victorio- jego głos zmienił się nie do poznania. Słychać było, że jest gotów ją skrzywdzić- Nie bądź egoistyczna.
-Dobrze, tato... Kiedy dowiedziałam się o tacie, zupełnie przez przypadek! Mama mamrotała przez sen... Chciałam się do niego dostać. Ale mama mi nie pozwoliła. Mówiła, że jest zły. Ale tato nie jest zły!- dodała szybko jakby bała się konsekwencji- Jest wspaniały!
-Victorio opowiedz o swoim pierwszym morderstwie.
Serce mi stanęło na te słowa. MORDERSTWO?
-Już nie rób takiej miny, Tomi. Ty też potrafisz zabijać.
Pan skarcił mnie jak typowy ojciec, wypowiadając nietypowe słowa. Spojrzałem na Victorię, chciałem znaleźć w jej oczach coś co powie, że Pan kłamie.
-Ja...Ja... Zabiłam mamę.
-CO ZROBIŁAŚ?
Wstałem, podszedłem do mojej 15-letniej siostry i potrząsnąłem nią mocno.
-Powtórz!
-Przeeepraszam, Tom...Ja nie chciałam...- jej błagalny głos nie robił na mnie wrażenia. Miałem ochotę ją zabić.
-Możesz odejść. A ty Thomas, siadaj.
Puściłem ją z obrzydzeniem i ruszyłem z powrotem na fotel.
-Ona nie może być twoim dzieckiem. Jest 2 lata młodsza. Ty opuściłeś matkę od razu po porodzie. Rok później wzięła ślub z moim ojcem.
Dziewczyna stanęła jak posąg jedną nogą za drzwiami.
-Czy...czy to prawda?
-Kazałem ci wyjść!- Gniew malował się na jego łagodnej twarzy i poczułem niebywały lęk. Kiedy Victoria odeszła powiedział karcącym głosem- Nie musiałeś jej tego mówić. Myślała, że jest taka jak ty.
-Nie jest półbogiem.
-A ty wiesz kto to? Oczywiście... Półczłek-półbóg, ale wiesz co za tym idzie?- Było to pytanie retorycznie. Kontynuował jakby nigdy nie pytał- Otóż to oznacza, Tomi, że jesteś potężny, ba! Możesz nawet próbować się ze mną mierzyć, ale nie jesteś głupi. Więcej się uczyłem czarnej magi niż ty żyjesz. Nie masz szans. No, ale nie mamy za dużo czasu, powiem ci tylko jedno zdanie: Zakończenie święta żniw pieczętuje śmierć jednego z nas. A wiesz... Mi nie spieszno do zaświatów. 
-Bogowie mogą umierać?
-Wyłącznie z rąk swoich dzieci. Ale nie myśl sobie, że będziesz miał taką sposobność, bo inaczej...- pochylił się do mnie tak, że nasze twarze dzieliła paru centymetrowa przestrzeń- ona zginie. Jest nic niewarta, teraz kiedy mam cię tutaj. Ale jesteś moim synem, więc zanim cię zabiję, chciałbym cię poznać. Nadrobić stracony czas. Chodź, pokaże ci twój pokój.
***
Co się dzieje z Raven? Czy Victoria jest bezpieczna? Gdzie jest Arya? Czy mama naprawdę nie żyje? Pan, a raczej Eric nie jest sknerą- dał do mojej dyspozycji niebywały apartament. Nie da się go opisać, ponieważ znajduje się w nim wszystko to czego pragnę. Niestety nie pojawiają się zmarli, ani nawet żywi. Serce urosło mi w klatce piersiowej kiedy na ścianie zobaczyłem zegar, wprawdzie nie byłem pewien czy ustawiona na nim godzina jest prawidłowa, ale jednak poczułem coś w rodzaju ulgi. 
Całymi dniami czytałem książki, spałem lub najzwyczajniej siedziałem rozmyślając. Wieczorami (gdzieś koło 20) przychodził mój ojciec Pan, aby jak powiedział "nadrobić stracony czas". 
Wypytywał mnie o najmniejsze szczegóły mojego życia, a kiedy kłamałem, tylko uśmiechał się i wymawiał formułkę: "Nie chcesz, nie mów", tak jakby znał odpowiedzi i tylko mnie sprawdzał.
Pierw mnie to irytowało z czasem stałem się obojętny na jego gierki. Raz nawet powiedział:
-Wiesz, Thomas. Polubiłem cię, może dałoby się obejść to całe święto żniw. Może nie muszę cię zabijać? 
Siódmej nocy, kiedy zbliżaliśmy się do zakończenia mojej historii, poczułem strach i wiedziałem, że muszę przedłużyć to wszystko-w mojej głowie kształtował się plan, który nie był ukończony. 
-Tato -z trudem przeszło mi przez gardło to słowo- chciałbym zobaczyć się z Raven.
Nie byłem pewien czy tego chce, ale nie miałem innego sposobu na spowolnieniu przebiegu wydarzeń.
-Jak sobie życzysz. W końcu to twój dom. 
Droga była o wieeele krótsza niż poprzednio. Może dlatego, że nie ciążyła na mnie wizja śmierci? Tak, to pewnie to. 
Raven opierała się plecami o ścianę uderzając w nią rytmicznie głową. Kiedy wszedłem gwałtownie się podniosła i rzuciła mi na szyje.
-Żyjesz...-wyszeptała. 
Odwzajemniłem uścisk. Zamknąłem oczy, była spocona i nie pachniała przyjemnie, ale wybaczyła mi. To spowodowało, że ten zapach stał się najwspanialszym na świecie.
W drzwiach celi pojawiła się Isabelle i z pewnym obrzydzeniem powiedziała:
-Pan każe zaprosić ją na wspólny obiad, ale najpierw niech się umyje. 
Nie musiała mi tego powtarzać. Wziąłem ją za rękę i mimo jej licznym sprzeciwom ruszyłem złotymi schodami, tak dobrze mi znanymi w stronę apartamentu. Czułem, że denerwuje ją obecność Isabelle, która szła za nami, ale kiedy zamknęliśmy za sobą drzwi, spojrzała na mnie zszokowana:
-Co się do cholery dzieje?! 
-Usiądź-powiedziałem niepewnie, po czym dodałem-proszę. 
Długo zajęło zanim ruszyła się z miejsca i znalazła się na najbliższym krześle spoglądając na mnie wyczekująco. Podrapałem się za uchem przekrzywiając głowę. 
-Bo... Okazało się, że moim ojcem nie jest Horus, ani nic z tych rzeczy, tylko Pan... Jeden z nas musi zabić drugiego żeby rozpoczęło się święto żniw, ale on mnie polubił i nie chce mnie zabijać. Uważa, że będę przydatny czy coś...
-Wierzysz w to? -wydusiła tylko.
-Tak.
-Gdzie jest łazienka? 
Zaskoczyła mnie, ale wskazałem jej gestem dłoni srebrne drzwi, a następnie szafę z strojami, bo wiedziałem, że wypełniona jest już sukniami w różnych kolorach i wzorach. Nie wierzy w to.
20 minut siedziałem za stołem spoglądając w ścianę, co jakiś czas rzucając spojrzenie w kierunku drzwi łazienki. Kiedy Raven wyszła wyglądała zupełnie jak nie ona. Jej ciemne włosy spięte w zgrabny kok i ozdobione białym kwiatem. Na sobie miała jasną sukienkę z niskim dekoltem. Przyłapałem się na myśleniu o jej zgrabnej sylwetce. 
-Idziemy?- zapytała niecierpliwie. Skinąłem głową i przepuściłem ją przed drzwiami. Uniosła tylko brew, prychnęła i ruszyła korytarzem co jakiś czas pytając gdzie skręcić. W jadalni Erica byłem tylko raz i nadal nie przywykłem to przepychu w jakim została stworzona. Pan wstał zza stołu i podszedł do nas ciężkim krokiem. Spoglądał na Raven.
-Wyglądasz oszałamiająco. Jak twoja matka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz