-Zgadza się- głos Raven, szorstki i pozbawiony żartu nie pasował to tej sytuacji. A może o 2 w nocy nie odróżniam jej odczuć.
-Dobranoc- odparłem sennie. Skrycie bałem się gniewu Pana i utraty wygody, a Isabelle? Wiem co potrafi. Granie na emocjach Raven to nie jest u niej nic nowego. Mogłaby się wysilić.
Usłyszałem tylko ciężkie kroki po posadzce i odczekałem aż umilkły. Nie chciałem jej mówić o propozycji jaką złożył mi Pan, kiedy teleportowała się gdzieś. Zabiłaby mnie jakby dowiedziała się, że od razu jej nie odrzuciłem.
Mogliśmy nadrobić stracony czas, zachować się jak syn i ojciec. Nauczyłby mnie jak posługiwać się tymi dziwnymi mocami półboga, które dręczyły mnie podczas wyprawy, a ja je po cichu próbowałem ogarnąć, dał by mi nieśmiertelność w zamian za... Małą przysięgę wierności. Nie byłbym jego sługą! Tylko synem...
-Ty coś ukrywasz!- podskoczyłem w miejscu, kiedy uświadomiłem sobie, że nie poszła. Że patrzyła na mnie w cieniu- Zawsze robisz taką minę kiedy coś cię dręczy.
-Wydaje ci się- kłamstwo cienko mi poszło. Tak na prawdę to chyba zrobiłem to specjalnie, chciałem z nią pogadać jak za czasów Akademii, kiedy wszystko było takie proste, a ja się w niej kochałem i myślałem sobie "Jestem idealny, wszystkie laski będą moje", a teraz mam za sobą parę morderstw, moja dziewczyna jest za Panem, a ta w której się kochałem od zawsze oddala się od mnie z każdym dniem, z każdą decyzją.
Usiadła na łóżku. Z zdenerwowanej stała się łagodna. Spojrzała na mnie z dawnym blaskiem w oczach. Zaufaniem. A ja to zepsuję...
-No, bo... Pan zaproponował mi układ...
-Odmówiłeś, prawda?-wpadła mi w zdanie. Nie musiałem kończyć, bo wiedziała co robić.
-Nie odmówiłem, ale też nie przyjąłem...
-Chyba żartujesz, że się zastanawiasz- czarna sylwetka ruszyła w stronę Raven. Była odwrócona, więc nic nie widziała- Thomas! Przecież wiesz jakie miałam wizje! To pewnie są skutki, ostrzeżenia! Musimy uciekać, zniszczyć źróóó....
Czarno postać przytknęła do jej nosa chusteczkę nasączoną czymś na usypianie. Czułem się okropnie. Zdradziłem własną przyjaciółkę.
-Brawo! Pan będzie dumny... Ja bym nie wydał takiej laski- mężczyzna najzwyczajniej chciał wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia. Ale i bez tego je miałem.
-Zamknij ryja, Edwardo, bo ty będziesz następny.
-Jak sobie pan życzy...- pokłonił się teatralnie wziął delikatnie nieprzytomną Raven na ręce i wyniósł za drzwi.
-Musiałem, musiałem- szeptałem do siebie, próbując się przekonać.
***
-Brawo, Don! Od dziś moi, a raczej NASI słudzy będą cie nazywać Syn Ciemności- Pan powitał mnie z rozwartymi ramionami. Duma odbijała się od jego twarzy, a cały pokój w którym byliśmy jakby się od niego udzielał. Wszystko złote: szafki, fotele, kominek, framugi okien, dywany, nawet książki na półce. Tylko farba na ścianie i suficie była kremowa.
-Wolę Thomas- odparłem bez zastanowienia, sięgając po księgi. Jakaś niewidzialna ręka odsunęła mnie od nich.
-Nie dzisiaj! Księgi po przysiędze.
Spojrzałem na Pana z zainteresowaniem. Odetchnąłem, ale czując jakiś przypływ nieznanej mi odwagi wyparowałem:
-Wydałem swoją przyjaciółkę, dziewczynę którą kochałem. Czy to nie wystarczy, ojcze? Teraz twoja kolej.. Możesz mnie przecież okłamać jak Victorię. Jesteś bogiem zła, kłamstwo nie jest dla ciebie czymś nowym.
Pan długo milczał spoglądając na mnie swoimi ciemnym oczami silnie się nad czymś zastanawiając. Jego mina przypominała jakby zjadł cytrynę. Ja też tak robię?
-Dobrze. Poznałeś oto swoją pierwszą moc, którą posiadasz od małego chłopca: spryt. Wydaje się to proste. "Ha! Każdy może być sprytny" Przykro mi, ale nie. Nie każdy. Tylko kiedy w twojej rodzinie był bóg wojny, jesteś sprytny. Potomkowie Horusa także posiadają spryt. Ale inny rodzaj- ty posiadasz na własną korzyść, oni na korzyść ogółu. Rozumiesz?
Skinąłem głową. To było dość proste i użyteczne, ale wpaść na to mogłem sam.
-Masz tych mocy miliony m.in. posiadanie walki z mieczem, jazda konno, rzut czymkolwiek, instynkt, wola walki, wytrwałość, chęć zemsty. Można byłoby to uznać niekiedy za cech charakteru. Ale uwielbiam w półbogach jedną rzecz, a mianowicie moc.
Spojrzałem na niego pytająco. Moc? Chodzi mu o ciemną magię? O zakazaną magię? Czyli sny Raven to nie pomyłka. Kolejna błędna decyzja.
-Eric, chodzi ci o... czarną magię?
-Bystry chłopak z ciebie Thomas! Podczas wyprawy miałeś wiele takich przejawów, prawda?
-Taaak...
-Moim ulubionym jest kiedy nasłałeś cienia na Jake'a. Zazdrosny byłeś co? Wiedziałeś o tym, że Arya się z nim całowała? Widziałeś to?
-Tak...
-Ale tu nie chodziło tylko o Arye. A skądże znowu! Raven. Nie chciałeś, żeby ją skrzywdził, sam chciałeś być jej chłopakiem. Wiesz jak mówią na to ludzie? Pies ogrodnika: sam nie bierze, nikomu nie da. Jak to zrobiłeś? Wiesz... Stworzyłeś cienia.
-Pomyślałem jak powinien wyglądać i co powinien zrobić i jakoś to się stało...
Było mi wstyd. Nie dość, że zabiłem Jake'a to jeszcze planowałem to od początku.
-Jesteśmy tacy sami.
Te słowa zadziałały na mnie jak zimny prysznic, przeszedł po mnie dreszcz obrzydzenia. Podobni? Akurat. Tacy sami? W życiu! Zrozumiałem wtedy, że stoję po złej stronie, zastanowiłem się jak mogę naprawić błąd. Raven coś mówiła o magazynie. Gdzie on był? Koło lochów... Muszę się tam dostać. Ponoć ukrywa się tam Isabelle póki ona nie wróci.
-Ojcze, chce wrócić do siebie.
Pan uśmiechnął się wesoło i gestem ręki pokazał mi drzwi.
-Rozumiem, że dla ciebie to za wiele. Do jutra skończysz podstawy, a wtedy omówimy kwestię twojej obietnicy.
Skinąłem głową na zgodę po czym szybkim krokiem ruszyłem do drzwi. Isabelle była moim celem i deską ratunku. Musiałem odkupić swoje grzechy, a sporo ich było. Tak pochłonięty nie zauważyłem idącej w moją stronę Victorii. Czytała jakąś krwistą księgę ze złotym tytułem. Zderzyliśmy się czołami co było, nie powiem dość bolesne.
-Przepraszam, nie widziałam...-zaczęła niezdarnie szukając książki na podłodze. Nie patrzyła na mnie. Przykucnąłem i podniosłem czerwony przedmiot, podałem jej. Uniosła twarz, najwyraźniej myśląc, że jej wybaczyłem. Gwałtownie wstałem i ruszyłem korytarzem. ''Nie, teraz jeszcze ci nie wybaczę''.
Skinąłem głową na zgodę po czym szybkim krokiem ruszyłem do drzwi. Isabelle była moim celem i deską ratunku. Musiałem odkupić swoje grzechy, a sporo ich było. Tak pochłonięty nie zauważyłem idącej w moją stronę Victorii. Czytała jakąś krwistą księgę ze złotym tytułem. Zderzyliśmy się czołami co było, nie powiem dość bolesne.
-Przepraszam, nie widziałam...-zaczęła niezdarnie szukając książki na podłodze. Nie patrzyła na mnie. Przykucnąłem i podniosłem czerwony przedmiot, podałem jej. Uniosła twarz, najwyraźniej myśląc, że jej wybaczyłem. Gwałtownie wstałem i ruszyłem korytarzem. ''Nie, teraz jeszcze ci nie wybaczę''.
***
Magazyn był brzydszy niż przepuszczałem. Miał około 7 stóp wysokości i trochę mniej szerokości. Pachniało jakby coś tam zdechło wieki temu i nadal leżało w kącie pomieszczenia. Wchodząc tam, niemal nie oberwałem kijem, który Isabelle we mnie wymierzyła. Wyglądała jak wrak już nawet nie człowieka. Jak wrak czegoś co było kiedyś piękne i pewne siebie, ale popełniło mnóstwo złych decyzji. Siedziała na drewnianym blacie zawalony jakimiś talizmanami, szarymi pudłami lub zardzewiałymi narzędziami. Spoglądała na mnie swoimi wielkimi oczami, miała niezwykle wychudzoną twarz, ale nie potrafiłem przestać spoglądać na tego "dziwoląga".
-Co ci się stało, Isabelle?- spytałem prawie szeptem zamykając drzwi. To oczywiste, że mnie nie znała, więc nie przeszkadzał mi patyk w jej wyciągniętej ręce.
-Kim jesteś?- jej głos był baardzo słaby. Przez głowę przemknęła mi myśl, że mogłem zabrać jedzenie. Sięgnąłem do kieszeni i poczułem tam małą bułeczkę, którą wziąłem z jadalni po obiedzie. Podałem jej, a ona z nieufnością ją wzięła i obwąchała.
-Jestem Thomas. Raven ci nie mówiła?
-Niee wróciła, dlaczego?
Gula w gardle powstrzymała mnie od wypowiedzenia choćby słowa. Dziewczyna obwąchawszy bułeczkę, pożarła łapczywie. Żałowałem, że miałem tylko jedną.
-Wpadła w pułapkę. Jest w lochach- po części prawda, ale nie powiedziałem jej kto do tego doprowadził modląc się, żeby o to nie pytała.
-Więc uratujmy ją- powiedziała odkładając patyk-mam dług do spłacenia.
-Nie. Nie mogą cię złapać. Ja ją uwolnię. Dla ciebie mam inne zadanie.
Spojrzała na mnie, jedna brew powędrowała w górę, mięśnie spięły.
-Co mam zrobić?
-Słyszałem, że byłaś dobra z magi. Musisz oszołomić tamtą Isabelle i zająć jej miejsce.
-Wiesz o co mnie prosisz?- spytała głosem wyrażającym głęboką niechęć, jednak po chwili skinęła głową.
-Dziękuję. Zdążysz w 2 godziny?
Roześmiała się wesoło i ukazały się jej niebywale równe i białe zęby.
-Będę nawet szybsza.
-Więc uratujmy ją- powiedziała odkładając patyk-mam dług do spłacenia.
-Nie. Nie mogą cię złapać. Ja ją uwolnię. Dla ciebie mam inne zadanie.
Spojrzała na mnie, jedna brew powędrowała w górę, mięśnie spięły.
-Co mam zrobić?
-Słyszałem, że byłaś dobra z magi. Musisz oszołomić tamtą Isabelle i zająć jej miejsce.
-Wiesz o co mnie prosisz?- spytała głosem wyrażającym głęboką niechęć, jednak po chwili skinęła głową.
-Dziękuję. Zdążysz w 2 godziny?
Roześmiała się wesoło i ukazały się jej niebywale równe i białe zęby.
-Będę nawet szybsza.
***
-JAKI NUMER!- trzymany przez mnie strażnik zmienił kolor z białego na czerwony. Poluzowałem trochę uchwyt na szyi, aby mężczyzna mógł mówić.
-27...-wykrztusił.
Wiedziałem, że nie mogę go zostawić żywego, ale mogłem go zostawić nieprzytomnego. Uderzyłem go kijem w głowę i odrzuciłem na podłogę. Ruszyłem ciemnym ceglanym korytarzem oświetlanym co parę metrów pochodnią. Zza ścian wyłaniały się metalowe kraty, a ludzie za nimi będący głównie spali lub bili głowami o ściany. Ich twarze starannie skrywał mrok, a ubrania były poszarpane. Przysiągłem sobie, że wrócę tutaj po walce i ich uratuje. Chyba, że umrę.
Nad celami niegdyś białe cyfry oznaczały numeracje lochów. Teraz były szare i wkrótce nie będzie się dało odróżnić ich od ścian. Przystanąłem przy celi 26 i odetchnąłem. Nie wiedziałem jak Raven zareaguje na mój widok. Za sobą słyszałem kroki strażników, ale nie bałem się ich. Jako "syn ciemności" mogłem chodzić gdzie chciałem i tylko idiota by mnie zatrzymał lub zapytał gdzie idę.
Za długo stałem przy nieodpowiedniej celi i usłyszałem głos silny, kobiecy i niezwyciężony:
-Pora mojej śmierci?
-Nie, nie dzisiaj.
Zaśmiała się, ale nawet nie poruszyła. Nie widziałem jej twarzy, a chciałem. Jedyne czego byłem pewny to to, że miała długie i kręcone, czarne włosy.
-Thomas...?
Serce mi stanęło kiedy usłyszałem cichy głos zza krat celi 27. Przełknąłem ślinę i podszedłem do małej twarzyczki spoglądającej na mnie świecącymi oczami.
-Gdzie jest klucz?
-Nie ma klucza-odparła smutna-a raczej nie tutaj. Ma go Isabelle, wiesz ta druga. Ta nieprawdziwa.
Przegryzłem wargi. Nie wiedziałem dlaczego zachowuje się jakby to nie była moja wina. Jakby sama weszła za te kraty. Czyżby nie pamiętała? Albo nie chciała pamiętać.
-Zdobędę go.
-Wiem. Thomas... -Chciałem odejść, ale ona dodała zduszonym głosem-Czy ty mnie kochałeś? Kiedykolwiek?
Czułem, że to jest pytanie na które muszę odpowiedzieć zgodnie z prawdą.
-Tak. I dalej cię kocham, choć źle to okazuję.
Lekko się uśmiechnęła. Spojrzała mi w oczy. Były jak wzburzony ocean, mimo słabego światła. Dzieliły nas kraty, ale nie tak bardzo, żebym nie mógł jej pocałować. Nasze twarze dzielił ogromny dystans paru milimetrów. Za duży, za mały.
Nasze usta się zetknęły i kraty zniknęły. Spojrzałem na nią zaskoczony, ale nie chciałem się od niej odrywać. Gorąco które czułem stopniowo przygasło i przypomniałem sobie gdzie jestem- w ciemnym lochu na skraju śmierci.
-Musiałam. Nie mogłam ci powiedzieć, bo by nie zadziałało.
Skinąłem głową i chciałem ją przytulić, ale wycofała się. Odwróciłem się na pięcie i już miałem biec z powrotem, gdy ten sam kobiecy głos, który pytał mnie o swoją śmierć powiedział:
-Kochanie? Czy to ty?
Teraz kobieta o bujnych, kręconych włosach spoglądała na mnie zaskoczona zza krat. Nie była młoda. Miała liczne zmarszczki i... mój nos. Oczy głęboko zielone, usta wąskie niczym szparki jakby całe życie ściśnięte z bólu.
-Mama?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz