Może to tylko stres albo niechęć zrodzona tym, że teraz wygląda jak ta bezduszna dziewczyna, nie tylko napawająca się krzywdą i bólem. Co parę metrów na ścianach lśniły złote światła lamp. Nie potrafiłem się pozbyć wrażenia, że już więcej nie zobaczę słońca. Nie odetchnę świeżym, leśnym powietrzem. Radość z odnalezienia matki opadła pozostawiając jedynie lęk o jej życie. Niby obiecała zostać w bezpiecznym schronieniu, ale jeśli jest choć trochę dawną sobą to wiedziałem, że nie usiedzi w miejscu i spróbuje coś zrobić na naszą korzyść. Potknąłem się o wysoki kamień wysunięty z podłogi. Isabelle chwyciła mnie i pociągnęła za bluzkę żebym utrzymał równowagę. Zdobyłem się tylko na lekkie skinienie głową w podzięce.
-Jeśli chcesz pogadać...- zaczęła typowym psychologicznym tonem sugerującym, że jej mogę wszystko powiedzieć. Poczułem irytacje.
-Nie. Wolę przeżywać ostatnie chwile życia w milczeniu- powiedziałem do z taką ironią w głosie, że dziewczyna odsunęła się urażona.
-Nikt tu nie umrze. Oprócz Pana.
Jej głos informował, że to fakt, którym kończy dyskusję. Zdobyłem się na ciche "akurat" i ruszyłem dalej w głąb korytarza.
Minęło dobre pół godziny zanim dotarliśmy do pokoju, który upatrzyła wcześniej Isabelle. Był niewiele większy od poprzedniego pomieszczenia, ale już nie zawalony skrzynkami i dziwnymi przedmiotami. Wręcz przeciwnie. Całkowicie pusty nie licząc krzesła i małej pozytywki w kącie co zdziwiło tylko mnie.
Mimo to usiadłem wpatrzony w nią jak oczarowany. Wyglądała znajomo, a zarazem obco. To nie pierwsze takie odczucie. Od kiedy tutaj jestem cały czas widzę przedmioty, które wydają się mi bliskie. Kiedy powiedziałem to Panu, tylko się uśmiechnął.
-Poznajesz ją?-Isabelle wydała z siebie cichy głos, cichszy od szeptu.
Pokręciłem głową. W jej oczach zniknął promień nadziei tak szybko jak się pojawił.
-No trudno. Już chyba pora...Więc zaczniemy od powtórzenia planu...I tych takich nudnych...
Doceniałem to, że siliła się na normalny ton. Jakby to była zwykła gra w berka. Ale to nie zmieniło faktu, że jej usta uśmiechały się żałośnie, a ręce wędrowały od kolan do pasa rozpaczliwe próbując coś ze sobą zrobić.
Następne kilka albo parę minut spędziliśmy na powtarzaniu tego co już dawno ustaliliśmy i rozpatrywaniu czy są jakieś błędy lub luki w planie, które wykorzysta Pan. Kiedy skończyliśmy poczułem przypływ odwagi i wiedziałem, co trzeba zrobić.
-Dobrze. Ja odciągnę uwagę sług. Zostaniesz sam na sam z twoim ojcem. Jeśli poradzę sobie z nimi szybciej wrócę i ci pomogę.
-Pomożesz Raven- spiorunowałem ją wzrokiem.
-Ma bezpieczniejszą część od ciebie, ale dobrze. Pomogę jej, a nie tobie.
Posłałem jej ostatni uśmiech i rzuciliśmy się do wykonania planu. Wtedy w moich uszach rozniósł się JEGO głos:
-Jeśli tak bardzo chcesz mnie zabić... Możemy walczyć i bez tych szopek, Don.
Obejrzałem się w stronę Isabelle. Miała normalny wyraz twarzy, na pewno nie słyszała tego co ja. Pan rozmawia ze mną telepatycznie. Całą siłą woli zmusiłem się do zachowania spokoju zgodnego z okolicznościami i ruszyłem pierwszy przez drzwi do zguby.
***
-No chodź. Chodź- głos syczał w mojej głowie. Miałem ochotę targać włosy, wyrwać swoje uszy. I jak na złość czułem, że za mijanymi korytarzami wyglądał wielki cień. Jeśli tak czuje się schizofrenik to nie wiem gdzie jego nagroda Nobla.
(zmiana czasu z przeszłego na teraźniejszy)
Milczę. A to jest najgorsze. Nie potrafię powstrzymać się od szybkich spojrzeń na cień, który zaraz znika i pojawia się gdzie indziej. Jesteśmy już blisko. Czuję to. Widzę światło i wychodzimy do niesamowitego zamku, którym napawałem się przez dobre tygodnie. Tęsknię za nimi. Ale bardziej za Raven. Wiem, że powinienem myśleć o walce. Ale myślę o niej. O tym, że możemy nigdy nie być razem. Że ona mnie nie chce. Isabelle jakby wyczytała to z moich myśli. Albo mimiki twarzy?
-Ona cię kocha.- powiedziała to spokojnie jakby nic nie znaczyło, jakby było to stwierdzenie faktu, ot "trawa jest zielona", "po niebie latają ptaki", "na śniadanie jem płatki z mlekiem". Ale dla mnie to było coś więcej. To co jej zrobiłem nie pozostawia nadziei. A jednak jej najlepsza przyjaciółka mówi co innego. Chcę jej wierzyć- Naprawdę, Tommy. Wiem to.
Przystaje. Spogląda mi w oczy bacznie na coś spoglądając. Nie czuję skrępowania, nic nie czuję.
Mam ochotę debatować, ale nie mogę. Zdobywam się tylko na krótki, nieszczery uśmiech i zwykłe "dziękuję".
Trzymam się tego, choć wiem, że to nieprawda. Raven mnie kocha. Po głowie przebiegła mi wizja jak siedzimy razem na kanapie wraz z naszą małą córeczką całkowicie do niej podobną. Uśmiechamy się. Wmawiam sobie, że tak będzie. Przed oczami mam kolejną wizję. Twarz Raven. Idealna, gładka, jedwabista. Wyciągam dłoń i głaszczę ją po policzku. Spoglądam na jej cudowne usta. Zbliżam się do nich milimetr po milimetrze, delektując się w międzyczasie jej ciemnymi oczyma. Kiedy nasze wargi się spotykają, wizja się rozpływa w nicości.
Zanim się obejrzeliśmy stoję obok drzwi w ogóle nie zwracam uwagi na otoczenie. Tylko na te jedyne drzwi, których mogę nie zamknąć.
-Wejdź- teraz tatuś jest rozbawiony. Bawi się moim lękiem. Słyszy moje myśli? Oby nie. Mimo że jestem w obliczu śmierci to zaczynam płonąć rumieńcem.
-Słyszę-krótko, rzeczowo. Powiedziałbym "tak jak lubię", ale w tym przypadku to nie do końca prawda.
Isabelle idzie dalej korytarzem, jak w planie. Teraz ja mam otworzyć drzwi, rozegrać walkę życia, wyjść i ruszyć po matkę. Potem wszyscy wracamy do domu z uśmiechami na twarzy, głośno się przy tym śmiejąc. Łatwizna jak odebranie młodszej siostrze komputera.
Otwieram drzwi.
(zmiana czasu z przeszłego na teraźniejszy)
Milczę. A to jest najgorsze. Nie potrafię powstrzymać się od szybkich spojrzeń na cień, który zaraz znika i pojawia się gdzie indziej. Jesteśmy już blisko. Czuję to. Widzę światło i wychodzimy do niesamowitego zamku, którym napawałem się przez dobre tygodnie. Tęsknię za nimi. Ale bardziej za Raven. Wiem, że powinienem myśleć o walce. Ale myślę o niej. O tym, że możemy nigdy nie być razem. Że ona mnie nie chce. Isabelle jakby wyczytała to z moich myśli. Albo mimiki twarzy?
-Ona cię kocha.- powiedziała to spokojnie jakby nic nie znaczyło, jakby było to stwierdzenie faktu, ot "trawa jest zielona", "po niebie latają ptaki", "na śniadanie jem płatki z mlekiem". Ale dla mnie to było coś więcej. To co jej zrobiłem nie pozostawia nadziei. A jednak jej najlepsza przyjaciółka mówi co innego. Chcę jej wierzyć- Naprawdę, Tommy. Wiem to.
Przystaje. Spogląda mi w oczy bacznie na coś spoglądając. Nie czuję skrępowania, nic nie czuję.
Mam ochotę debatować, ale nie mogę. Zdobywam się tylko na krótki, nieszczery uśmiech i zwykłe "dziękuję".
Trzymam się tego, choć wiem, że to nieprawda. Raven mnie kocha. Po głowie przebiegła mi wizja jak siedzimy razem na kanapie wraz z naszą małą córeczką całkowicie do niej podobną. Uśmiechamy się. Wmawiam sobie, że tak będzie. Przed oczami mam kolejną wizję. Twarz Raven. Idealna, gładka, jedwabista. Wyciągam dłoń i głaszczę ją po policzku. Spoglądam na jej cudowne usta. Zbliżam się do nich milimetr po milimetrze, delektując się w międzyczasie jej ciemnymi oczyma. Kiedy nasze wargi się spotykają, wizja się rozpływa w nicości.
Zanim się obejrzeliśmy stoję obok drzwi w ogóle nie zwracam uwagi na otoczenie. Tylko na te jedyne drzwi, których mogę nie zamknąć.
-Wejdź- teraz tatuś jest rozbawiony. Bawi się moim lękiem. Słyszy moje myśli? Oby nie. Mimo że jestem w obliczu śmierci to zaczynam płonąć rumieńcem.
-Słyszę-krótko, rzeczowo. Powiedziałbym "tak jak lubię", ale w tym przypadku to nie do końca prawda.
Isabelle idzie dalej korytarzem, jak w planie. Teraz ja mam otworzyć drzwi, rozegrać walkę życia, wyjść i ruszyć po matkę. Potem wszyscy wracamy do domu z uśmiechami na twarzy, głośno się przy tym śmiejąc. Łatwizna jak odebranie młodszej siostrze komputera.
Otwieram drzwi.
***
Nie umarłem. Mimo to ludzie celują we mnie pistoletami i nożami. Pan śmieje się z krzesła. Isabelle leży na podłodze nieprzytomna. Nie dopuszczam do siebie myśli, że jest martwa. Jednak odebranie siostrze komputera to nie taka prosta sprawa. Szczególnie jak jest na facebooku.
Pan podnosi rękę. Ludzie się rozchodzą dalej mierząc we mnie bronią. Wychodzą z pokoju wlokąc biedną dziewczynę po podłodze.
-Więc, Don Smathy postanawia obalić złego ojca i założyć rodzinę z Raven. Romantycznie, ale jest jedno, ale...
Chcę zyskać na czasie, obmyślić nowy plan, więc nawiązuję rozmowę.
-Oświeć mnie, tatusiu.
-Zacząć od początku? Hmmm...- bawił się moim kosztem, ale siłą powstrzymywałem się od ataku. Byłoby to bynajmniej głupie- Jakbym ci powiedział, że są półbogowie tak potężni i nieśmiertelni, że mogą się równać z Horusem? Tak, Tommy jesteś nieśmiertelny. Masz już dobre tysiąc lat.
Nie powstrzymuję parsknięcia.
-Sądzisz, że nie pamiętam tysiąca lat swojego życia?
Pan wstaje z tronu zdenerwowany, wbrew sobie robię krok do tyłu.
-Sądzisz, że nie pamiętam tysiąca lat swojego życia?
Pan wstaje z tronu zdenerwowany, wbrew sobie robię krok do tyłu.
-Jestem okrutny, bezlitosny, wiarołomny, ale nie jestem kłamcą- w jego głosie brzmiała taka stanowczość, że byłem gotów uwierzyć nawet w to, że jestem ślimakiem- Miałeś niebywale śliczną narzeczoną i planowałeś wziąć ślub, ale uznałeś, że bardziej chcesz władzy. Obalić MNIE! To przez ciebie musiałem ją porwać i torturować! Wiesz jak mnie to bolało?
-Nie bardziej niż ją-drwię z niego otwarcie, chociaż do głowy wpadają mi mgliste wizje. Próbuję złapać choć jedną, ale gdy tylko ją schwytam...wyślizguje się dłoni.
Przed oczyma na ułamek sekundy ukazała się śliczna i drobna brunetka niebywale podobna do Raven. Tylko oczy miała błękitne, niewinne.
-Nie bardziej niż ją-drwię z niego otwarcie, chociaż do głowy wpadają mi mgliste wizje. Próbuję złapać choć jedną, ale gdy tylko ją schwytam...wyślizguje się dłoni.
Przed oczyma na ułamek sekundy ukazała się śliczna i drobna brunetka niebywale podobna do Raven. Tylko oczy miała błękitne, niewinne.
-Miałeś wybór: pozbyć się wspomnień i żyć jak zwykły człowiek albo patrzeć na jej śmierć. Zgadnij co wybrałeś-na chwilę przestał mówić napawając się moją miną, a ja w myślach błagałem, aby kontynuował. Chciałem się dowiedzieć cokolwiek o swoim życiu-Ale ona nie była tak wierna. Co to, to nie. Wyszła za mąż i urodziła śliczne dzieciaczki. Tak się składa, że... Jest praprababcią Raven. Nie masz szczęścia do kobiet...A ta legenda o półbogu i jego matce, czarownicy? Bajeczka, dla dzieciaczków. To byłeś ty i ona.
-Sara...-wyszeptałem, zaraz jednak tego pożałowałem, widząc minę triumfu na twarzy mego ojca.
-Kiedy tylko mnie zabijesz, odzyskasz to co utraciłeś, prawdę.
-A mama? Jakim cudem ona żyje?
-Kiedyś byłem bogiem Światłości. Głupcem pomagającym ludziom. Jak to się stało, że teraz jestem tym kim jestem? Nawet największy ignorant, musi pogodzić się z prawdą, ale twojej matce się to nie spodobała i uciekła z tobą z naszego domu. Odebrała mi wszystko co kochałem. Zanim to zrobiła była człowiekiem. Mogłem sprawić by była nieśmiertelna i zamieszkała ze mną i to sprawiłem. To była nauka. Miłość jest słabością i mimo że ten błąd jest powtarzany w każdej opowieści ludzi, to ja głupi nie wierzyłem.
-Zabiłeś mojego ojczyma?
-Wyświadczyłem ci przysługę.
-Chyba sobie. Byłeś zazdrosny- wypowiedziałem to z największym wyrzutem w głosie na jaki odwaga mi pozwalała.
-Wyświadczyłem ci przysługę.
-Chyba sobie. Byłeś zazdrosny- wypowiedziałem to z największym wyrzutem w głosie na jaki odwaga mi pozwalała.
Kiedyś miałem kochającą rodzinę. Mój ojciec był dobry, a matka zdrowa na umyśle. Ale to działo się tysiąc lat temu. I nigdy nie powróci.
Wtedy uświadomiłem sobie dlaczego podczas bezsennych nocy, kiedy próbowałem użyć czarnej magii z moich rąk wystrzeliwały promyki słońca. To takie proste. Moim atutem jest słońce, gwiazda. Re, Horus. Pan nie odczytywał już moich myśli. Wzmianka o zazdrości wybiła go z rytmu. Chyba. Teraz albo nigdy.
Fiat lux. (łać. niech się stanie światłość) Zaklęcie zadziałało. W całym pokoju niczym lawa rozniosły
się jaskrawożółte promienie pożerające wilgoć z otoczenia. Z wszystkiego tylko nie mnie. Farba zaczęła pękać i odpadać ze ścian, drewniane półki żarzyły się jak węgiel w ognisku. Dywan pod moimi stopami parzył nieprzyjemnie. Po paru chwilach, które dla mnie były niemiłosiernymi godzinami światło zaczęło powoli niknąć, a ja odważyłem się spojrzeć na mężczyznę leżącego bez życia na posadzce. Oprócz obrzydliwych oparzeń i wypalonych włosów jest nietknięty.
Dobywam miecza cudem znalezionego w mojej dłoni i podchodzę do niego wyczerpany.
Ogarniam go wzrokiem, a łzy same zaczęły spływać mi do oczu. Oto ten mężczyzna, o którego parę lat temu modliłem się do wszystkich bogów, jakich wyznają ludzie. Wprawdzie marzyłem o takim, który nie spróbuje mnie zabić...Ale kim ja jestem, że decyduje o śmierci człowieka? Przypomniałem sobie pierwszy raz jak zatopiłem miecz w klatce piersiowej jakiegoś dzikiego z Lasu Maratońskiego. Jego uśmiech nikł w miarę jak uchodziło z niego życie. Obiecałem sobie, że nigdy nie pozbawię nikogo przywileju oddychania. A jednak zabiłem przyjaciela Raven. Z zamyślenia wyrywa mnie cichy jęk mojego ojca. Ten dźwięk... Wezbrała mnie wściekłość. On zabił i będzie zabijał aż umrą wszyscy, których kocham i szanuję, a ten jęk wydaje każdy z kogo uchodzi życie. Muszę go zabić, choćbym miał się nienawidzić do końca swojego życia.
Ogarniam go wzrokiem, a łzy same zaczęły spływać mi do oczu. Oto ten mężczyzna, o którego parę lat temu modliłem się do wszystkich bogów, jakich wyznają ludzie. Wprawdzie marzyłem o takim, który nie spróbuje mnie zabić...Ale kim ja jestem, że decyduje o śmierci człowieka? Przypomniałem sobie pierwszy raz jak zatopiłem miecz w klatce piersiowej jakiegoś dzikiego z Lasu Maratońskiego. Jego uśmiech nikł w miarę jak uchodziło z niego życie. Obiecałem sobie, że nigdy nie pozbawię nikogo przywileju oddychania. A jednak zabiłem przyjaciela Raven. Z zamyślenia wyrywa mnie cichy jęk mojego ojca. Ten dźwięk... Wezbrała mnie wściekłość. On zabił i będzie zabijał aż umrą wszyscy, których kocham i szanuję, a ten jęk wydaje każdy z kogo uchodzi życie. Muszę go zabić, choćbym miał się nienawidzić do końca swojego życia.
-Żegnaj, tato.- szepczę.
-Nie...Błagam...Jesteś moim synem...-jęczał.
-Wyświadczam ci przysługę-mówię to z taką pogardą na jaką mnie stać. Twarz mojego ojca rozświetla uśmiech. Zdenerwowany zaciskam miecz i już robię rozmach kiedy mój ojciec ostatkami sił wymawia nieznane mi zaklęcie. Savada Vacadee... Czy mordercze?
-Nie...Błagam...Jesteś moim synem...-jęczał.
-Wyświadczam ci przysługę-mówię to z taką pogardą na jaką mnie stać. Twarz mojego ojca rozświetla uśmiech. Zdenerwowany zaciskam miecz i już robię rozmach kiedy mój ojciec ostatkami sił wymawia nieznane mi zaklęcie. Savada Vacadee... Czy mordercze?
Czuję dziwne mrowienie w ciele, ale wbijam miecz w pierś umierającego. Ułamek sekundy widzę czerwień na jego lekko falującej klatce piersiowej. To już koniec. Świat postanawia zacząć biegać w kółko i bić mnie młotkiem po głowie.
***
Mam 3 lata. Babcia zganiła mnie za zniszczenie jej ulubionego wazonu. Kiedy kończy zdenerwowana siada na wytartej kanapie i zagaduje do mamy, która bierze mnie na kolana.
-Gdzie mieszkacie z Eric'em? Chyba możesz mi powiedzieć!
-Aktualnie w Japonii. Ale kto wie gdzie nas poniesie- kłamie.
Mama czasem odwiedza babcie, ale nie może jej zabrać do nieba, gdzie tatuś zajmuje się ważnymi sprawami.
Mama czasem odwiedza babcie, ale nie może jej zabrać do nieba, gdzie tatuś zajmuje się ważnymi sprawami.
Mam 7 lat. Tata uczy mnie walczyć zabawkowym mieczem. Mama patrzy na nas śmiejąc się, kiedy wbijam mój mieczyk w brzuch taty, a on udaje, że pada martwy. Nagle przyjeżdża jakiś brodaty mężczyzna, burząc całą scenę. Nie lubię go. Tata wstaje i rusza z nim porozmawiać, mama zabiera mnie do domu z zatroskaną miną.
Jestem świadkiem pierwszej kłótni rodziców, kiedy mam 8 lat. Tatuś strasznie się denerwuje i uderza mamę w policzek, a ona upada jak szmaciana lalka. Instynktownie podbiegam do niej, ale on odpycha mnie magią i uderzam mocno o ścianę. Płaczę z bólu.
Jestem świadkiem pierwszej kłótni rodziców, kiedy mam 8 lat. Tatuś strasznie się denerwuje i uderza mamę w policzek, a ona upada jak szmaciana lalka. Instynktownie podbiegam do niej, ale on odpycha mnie magią i uderzam mocno o ścianę. Płaczę z bólu.
Mam 15 lat. Jestem na pogrzebie mojej babci. Ani jedna łza nie płynie po moim policzku. Nie znałem jej tak dobrze, ale mama... Ona płacze oceanem łez. Winię się o to, że musieliśmy uciekać z domu i zamieszkać u Horusa.
Mam 17 lat. Do domu Horusa przybywają czarownice. Mają poznać dom władcy niebios. Jedną z nich jest piękna brunetka, która oznaczała się niebywałą magią. Ma na imię Sara.
Mam 17 lat. Do domu Horusa przybywają czarownice. Mają poznać dom władcy niebios. Jedną z nich jest piękna brunetka, która oznaczała się niebywałą magią. Ma na imię Sara.
Mam 23 lata. Oświadczam się Sarze i liczymy na wspólną przyszłość w własnym domu.
Mam 24 lata. Dowiadujemy się, że Sara jest w ciąży, ale mój potomek nie jest bezpiecznie póki żyje ojciec. Grozi, że zabije nasze nienarodzone dziecko. Postanawiam go zabić, ale wiem, że więź łącząca mnie z ojcem powoduje, że jeśli on umiera, ja staje się śmiertelny.
Scena nie miała obrazu, a słychać było jedynie przeraźliwe krzyki młodej kobiety i śmiech mężczyzny. Już wiem, że Pan znalazł Sarę i zaczął ją torturować. Poddam się. Dla niej i mojego dziecka.
Jestem w jasnym pokoju. Tak dobrze mi zresztą znanym. To moja jadalnia z czasów jak byliśmy wszyscy razem. Sara leży ledwo żywa w kącie, a ja wymawiam słowa, które nie są moje.
-Usuń mi pamięć. Oszczędź ją, błagam.
Mój ojciec spogląda na mnie z góry oczyma pełnymi pogardy i rozkoszy. Skierował palec na Sarę i... usunął jej wspomnienia. Cudem powstrzymuje się od wrzasku bólu.
-Zmodyfikowałem jej wspomnienia w taki sposób, że gdy znajdzie się na ziemi będzie miała męża i dzieci. Zamieszka też niedaleko ciebie, ale nie będziecie o tym wiedzieli. Taka jest cena walki z Niepokonanym. A no i najważniejsze... Zabiłem wasze dziecko.
I zaśmiał się. Ten śmiech zawsze był w moich koszmarach, choć wtedy nie wiedziałem dlaczego się go boję. Łzy przysłoniły mi resztę sceny.
Scena nie miała obrazu, a słychać było jedynie przeraźliwe krzyki młodej kobiety i śmiech mężczyzny. Już wiem, że Pan znalazł Sarę i zaczął ją torturować. Poddam się. Dla niej i mojego dziecka.
Jestem w jasnym pokoju. Tak dobrze mi zresztą znanym. To moja jadalnia z czasów jak byliśmy wszyscy razem. Sara leży ledwo żywa w kącie, a ja wymawiam słowa, które nie są moje.
-Usuń mi pamięć. Oszczędź ją, błagam.
Mój ojciec spogląda na mnie z góry oczyma pełnymi pogardy i rozkoszy. Skierował palec na Sarę i... usunął jej wspomnienia. Cudem powstrzymuje się od wrzasku bólu.
-Zmodyfikowałem jej wspomnienia w taki sposób, że gdy znajdzie się na ziemi będzie miała męża i dzieci. Zamieszka też niedaleko ciebie, ale nie będziecie o tym wiedzieli. Taka jest cena walki z Niepokonanym. A no i najważniejsze... Zabiłem wasze dziecko.
I zaśmiał się. Ten śmiech zawsze był w moich koszmarach, choć wtedy nie wiedziałem dlaczego się go boję. Łzy przysłoniły mi resztę sceny.
***
-THOMAS BŁAGAM! NIE ZOSTAWIAJ MNIE! BŁAGAM!
Nie umarłem po raz drugi. Głos Raven utwierdził mnie w tym przekonaniu całkowicie. Raven! Nic jej nie jest. Otwieram oczy i widzę jej ciemne kosmyki włosów opadające na moją twarz. Była blada i zlękniona, ale kiedy tylko się uśmiechnąłem...
Pocałowała mnie. Chciałem wziąć ją w ramiona, ale nie czułem rąk. Dziewczyna wyczuła mój lęk jakby był jej własnym.
-Nie czuję rąk...- te 3 słowa ledwie przeszły mi przez opuchnięte gardło. Rozumiałem Paulę, moją przyjaciółkę, która przez mnie nie potrafi chodzić. Raven odsunęła się i zaczęła mi leczyć ręce. Już po chwili poczułem jej dotyk. Jest niesamowitą czarownicą, jak Sara.
-To tylko paraliż-zaśmiała się- To pewnie jego ostatnie zaklęcie. Żałosne, ale muszę przyznać jestem wyczerpana.
Nie podzielałem radości Raven. Odzyskawszy wspomnienia wiedziałem, że mój ojciec nigdy się nie mylił i wszystko co robił miało jakiś powód. A może nie?
-Gdzie mama i Isabelle?- zapytałem z radością w głosie. Czyli plan zostanie spełniony! Wszyscy wrócimy razem do domu!
Pocałowała mnie. Chciałem wziąć ją w ramiona, ale nie czułem rąk. Dziewczyna wyczuła mój lęk jakby był jej własnym.
-Nie czuję rąk...- te 3 słowa ledwie przeszły mi przez opuchnięte gardło. Rozumiałem Paulę, moją przyjaciółkę, która przez mnie nie potrafi chodzić. Raven odsunęła się i zaczęła mi leczyć ręce. Już po chwili poczułem jej dotyk. Jest niesamowitą czarownicą, jak Sara.
-To tylko paraliż-zaśmiała się- To pewnie jego ostatnie zaklęcie. Żałosne, ale muszę przyznać jestem wyczerpana.
Nie podzielałem radości Raven. Odzyskawszy wspomnienia wiedziałem, że mój ojciec nigdy się nie mylił i wszystko co robił miało jakiś powód. A może nie?
-Gdzie mama i Isabelle?- zapytałem z radością w głosie. Czyli plan zostanie spełniony! Wszyscy wrócimy razem do domu!
-Isabelle wypuszcza więźniów- jej twarz spochmurniała. Poczułem ukłucie strachu- A twoja mama... Tak mi przykro. Oddała za mnie życie... A ja traktowałam ją jak śmiecia...
Łzy ciekły po jej policzkach. Po tak wielkiej rozłące... Teraz kiedy już wiedziałem wszystko. Nie ma jej. Chwytam Raven w ramiona i pozwoliłem, aby samotna łza spłynęła. Pozwoliłem sobie na ten luksus, licząc na to, że ta jedna łza zmieni się w kropelkę lawy i wypali swoją drogę. Jednego dnia zabiłem ojca i straciłem matkę. Ale mam kobietę, którą kocham.
-Chodźmy do domu-mówię.
Uśmiecha się przez łzy. Przez małą sekundę wygląda jak Sara. Czy teraz będę ją widział w każdej scenie swojego życia, aż umrę?
Wstaję i uświadamiam sobie, że nie wiem gdzie jest wyjście.
-Wyznawcy Pana wiedzą. Po jego śmierci są wolni i tylko podróbka Isabelle, która nazywa się Betanny zniknęła wraz z paroma innymi.
-A moja siostra?-pytam z nadzieją- wraca z nami?
W tym samym czasie do pokoju wchodzi wrak człowieka, który tylko trochę przypomina moją siostrę. Ocieka cała krwią, a po jej policzkach łzy spływają tak obficie jak mojej matce na pogrzebie babci. Od razu widzę, że wie o jej śmierci. Cała nienawiść do niej, do tego co zrobiła... wyparowała. Rozwieram ramiona, a ona bez zastanowienia w nie wskakuje. Śmieję się, ale to nie jest śmiech radości.
-To wszystko przez mnie- jęczy.
-To musiało się stać- uciąłem. Była tylko pionkiem w grze, która dla niej była małą zemstą. Nie planowała tego i nie wiedziała w co się pakuje.
Puszczam siostrę i pomagam jej iść.
-Gdzie się ukryjemy? I gdzie jest wyjście?
-W Akademii. Naszym domu-stwierdza Raven. Oboje teraz jesteśmy sierotami.
-Ja nas zaprowadzę do wyjścia.-zobowiązuje się Victoria utykając.
Łzy ciekły po jej policzkach. Po tak wielkiej rozłące... Teraz kiedy już wiedziałem wszystko. Nie ma jej. Chwytam Raven w ramiona i pozwoliłem, aby samotna łza spłynęła. Pozwoliłem sobie na ten luksus, licząc na to, że ta jedna łza zmieni się w kropelkę lawy i wypali swoją drogę. Jednego dnia zabiłem ojca i straciłem matkę. Ale mam kobietę, którą kocham.
-Chodźmy do domu-mówię.
Uśmiecha się przez łzy. Przez małą sekundę wygląda jak Sara. Czy teraz będę ją widział w każdej scenie swojego życia, aż umrę?
Wstaję i uświadamiam sobie, że nie wiem gdzie jest wyjście.
-Wyznawcy Pana wiedzą. Po jego śmierci są wolni i tylko podróbka Isabelle, która nazywa się Betanny zniknęła wraz z paroma innymi.
-A moja siostra?-pytam z nadzieją- wraca z nami?
W tym samym czasie do pokoju wchodzi wrak człowieka, który tylko trochę przypomina moją siostrę. Ocieka cała krwią, a po jej policzkach łzy spływają tak obficie jak mojej matce na pogrzebie babci. Od razu widzę, że wie o jej śmierci. Cała nienawiść do niej, do tego co zrobiła... wyparowała. Rozwieram ramiona, a ona bez zastanowienia w nie wskakuje. Śmieję się, ale to nie jest śmiech radości.
-To wszystko przez mnie- jęczy.
-To musiało się stać- uciąłem. Była tylko pionkiem w grze, która dla niej była małą zemstą. Nie planowała tego i nie wiedziała w co się pakuje.
Puszczam siostrę i pomagam jej iść.
-Gdzie się ukryjemy? I gdzie jest wyjście?
-W Akademii. Naszym domu-stwierdza Raven. Oboje teraz jesteśmy sierotami.
-Ja nas zaprowadzę do wyjścia.-zobowiązuje się Victoria utykając.
***
Za moimi plecami znajduje się około 20 morderców, jeszcze parę godzin temu zdolnych do zabicia mnie jeśli Pan im rozkaże. Teraz, jak jeden mąż idą za mną, Raven, Isabelle i Victorią do wyjścia z pułapki. Większość więźniów Pana idealnie wie gdzie jest wyjście, więc zostało w zamku by nabrać sił i wyruszyć następnego dnia. Na horyzoncie lśni mały punkt, który z każdą chwilą się zbliża. Raven dziwnie utyka.
-Coś się dzieje?- pytam z troską obejmując ją ramieniem. Zaprzecza skinieniem głową i przestaje utykać raz po raz posykując z bólu.
Wyjście było na wyciągnięcie ręki i z rozkoszą przekroczyłem próg wdychając świeże powietrze. Spoglądam na słońce i delektuje się nim dogłębnie. Jednak poczułem promienie słońca.
Słyszę krzyk Raven i automatycznie wyciągam miecz, ale ona leży na jakiejś dziewczynie parę metrów po drugiej stronie.
Słyszę krzyk Raven i automatycznie wyciągam miecz, ale ona leży na jakiejś dziewczynie parę metrów po drugiej stronie.
-Raven!- znowu muszę wrócić do zamku,podbiegam do niej i podnoszę z bruku.
-Na drzwiach jest pole siłowe...
Spoglądam na nie.Widzę wielki napis: Przejdzie, kiedy umrzesz i nikt więcej.
Najwidoczniej inni go nie widzą, a ja czuję strach. Zaklęcie paraliżu aktywowało tą pułapkę. Pan wzorował się na moim pomyśle z cieniem. Wszyscy są po drugiej stronie tylko nie my.
-Ku#!@, Ku#!@!! -biję mieczem o ścianę.
-Nic mi nie jest. Znajdziemy inne wyjście...Spokojnie- nie wie nawet jak bardzo się myli.
-To nie jest takie...
-To nie jest takie...
-To za Pan!-Głos Betanny rozbrzmiał w moich uszach niczym miód.
Napina cięciwę łuku i... trafiła prosto w moje podbrzusze. Ból rozniósł się po całym ciele i nie potrafię normalnie myśleć. Wyrywam strzałę i wrzeszczę z bólu. Raven używa magii i już po chwili Betanny leży martwa, a ja wkrótce do niej dołączę.
-Nie, nie, nie! Tylko nie ta trucizna, błagam. Uleczę cię...Błagam...Nie...Tommy...Nie...Dopiero cię odzyskałam...
Krew ciekła mi między palcami, a ja poczułem błogi spokój. Wyciągam jedną dłoń i zaczynam palcem znaczyć drogę wokół jej warg. Następnie ocieram łzę i unoszę nieznacznie głowę. Nasze wargi się spotykają, a ja daje się ponieść namiętności. Z trudem odrywam się od jej ust, czując kolejną falę bólu. Nie mam dużo czasu, a ona nawet na mnie nie patrzy...
-Raven. Reven popatrz na mnie!-spogląda na mnie załzawionymi oczyma, ściskając kurczowo palce na mojej bluzce- Zabiłem Jake'a, kłamałem, nie zasłużyłem na ciebie, ale obiecaj, że zapamiętasz dawnego mnie. Raven obiecaj, że zapamiętasz Thomasa, obrzydliwego podrywacza..
Skinęła głową, gładzę jej włosy.
Nie wiem czym jestem, ale widzę jak moja dłoń opada na ziemie z głuchym łoskotem. Raven płacząca nad moimi nieruchomymi zwłokami. Obok mnie stoi moja matka. Taka jaką ją zapamiętałem w niebie. Piękna, pewna siebie, ciepła.
-To koniec, prawda?
Spogląda na mnie oczyma anioła.
-Ona sobie poradzi. Chodźmy do Ozyrysa. Czeka niecierpliwie na ciebie.-szepcze i zmuszam się do odwrócenia ostatni raz w stronę Raven, ale kiedy dostrzegam Victorie zaciskam powieki.
Skinęła głową, gładzę jej włosy.
Nie wiem czym jestem, ale widzę jak moja dłoń opada na ziemie z głuchym łoskotem. Raven płacząca nad moimi nieruchomymi zwłokami. Obok mnie stoi moja matka. Taka jaką ją zapamiętałem w niebie. Piękna, pewna siebie, ciepła.
-To koniec, prawda?
Spogląda na mnie oczyma anioła.
-Ona sobie poradzi. Chodźmy do Ozyrysa. Czeka niecierpliwie na ciebie.-szepcze i zmuszam się do odwrócenia ostatni raz w stronę Raven, ale kiedy dostrzegam Victorie zaciskam powieki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz