niedziela, 31 stycznia 2016

Rozdział 20: Trzynaście

Spojrzałam pytająco na Pana. Nie wierzyłam w ani jedno jego słowo, tak samo to, jak mnie traktował. Kiedy Thomas opływał w luksusy i "poznawał" swojego ojca, ja przez cały ten czas siedziałam w cuchnącej i ciemnej celi, zastanawiając się czy jeszcze żyje. Cudownie, prawda?
Jednak wzmianka o mojej matce sprawiła, że coś we mnie pękło i postanowiłam chociaż przez chwilę go wysłuchać...
- Moja matka? - zapytałam chłodno.
Pan rzucił mi rozbawione spojrzenie, które na chwilę spoczęło na moim dekolcie. Powstrzymałam odruch wymiotny.
- Poznałem ją, gdy to wszystko się zaczęło... Zapewne znacie legendę o Ran i Fortisie, prawda? Wasza przepowiednia nie do końca wyjaśniła pewną kwestię, zresztą należy do jednych z najbardziej pogmatwanych i zmieniających się wytworów jasnowidzów. Sprawdziły się w niej jednak najważniejsze rzeczy: zdrada jednego z waszych towarzyszów, śmierć jednego z nich, powiązana z ofiarą, a także to, że jesteście potomkami Ran i Fortisa... Nie byłem jednak do końca pewny, kim jesteście. Na początku wydawało się to oczywiste: Raven to Ran, Thomas to Fortis. W trakcie waszej wyprawy często się nad tym zastanawiałem i często zmieniałem zdanie... Do tego dojdziemy jednak później. Twoja matka, Raven, pochodziła ze starożytnego rodu, z którego wywodziła się również słynna Ran. Mój sługa przyniósł mi kilkanaście lat temu wiadomość o przepowiedni. Nie mogłem dopuścić do jej wypełnienia. Odnalazłem więc twoich rodziców, z zamiarem zakończenia ich marnego żywota, zanim pojawisz się ty. Niestety, było już za późno. Twoja matka przed swoją śmiercią rzuciła na ciebie zaklęcie ochronne, tak silne, że sama wyciągnęła z siebie wszystkie siły witalne. Nie mogłem nic więcej zrobić, zdołałem tylko pozbawić cię dwóch najważniejszych osób w twoim życiu.
Mówił to tak spokojnym i nonszalanckim tonem, że cała się gotowałam. Myślałam, że zaraz wybuchnę i nie zdołam się powstrzymać. W kącikach moich oczu zebrały się łzy, ale udało mi się powstrzymać je przed wypłynięciem. Nagle stół zaczął lekko drżeć, a ja zacisnęłam zęby żeby się powstrzymać. Thomas spojrzał na mnie zszokowany, natomiast Pan wciąż wpatrywał się we mnie z rozbawieniem. Dotarło do mnie, co przez ten cały czas próbował zrobić, od chwili gdy wyruszyliśmy na wyprawę, aż do teraz: chciał mnie sprowokować. Kiedyś odebrał mi najważniejsze dla mnie osoby, później Isabelle. Na mojej drodze postawił Thomasa, który w pewien sposób odtrącił moje uczucia. Podczas wyprawy wiele razy to podkreślał, a Pan w końcu dopuścił do śmierci Jake'a. A teraz? Chciał, żebym wybuchła.
Skoro tak bardzo tego chce...
"Raven" usłyszałam ostrzegawczy głos w głowie. Izyda, kto inny. Szkoda, że nie pomogła mi po stracie Jake'a, albo gdy siedziałam w celi i wariowałam. Nikt mi nie pomógł...
Wstałam i spojrzałam z całą nienawiścią, którą w sobie nosiłam, na Pana. W jego oczach przez chwilę błysnęło zaskoczenie. Nie zdążył zareagować, ponieważ sekundę później roztrzaskiwał się o ścianę.
- Raven, do cholery! - krzyknął Thomas.
Pan wstał zwinnie i posłał mi kolejne swoje rozbawione spojrzenie. Nie mógł mnie jednak zmylić, bo zauważyłam, jak lekko utyka.
- Tego się nie spodziewałem, moja droga - zaśmiał się - niestety, takie zachowania nie są jednak tutaj mile widziane.
Nagle poderwałam się do góry, a później z całej siły trzasnęło mną o podłogę. Przez chwilę zabrakło mi powietrza. Gdy wreszcie mogłam normalnie oddychać i zdałam sobie sprawę, że to Pan mnie podniósł, zauważyłam, że Thomas głośno się z nim kłóci.
Wstałam i spojrzałam niepewnie na Pana.
- Nasza kolacja jest chyba...
Nie dałam mu dokończyć, bo podniosłam całą zastawę ze stołu i rzuciłam w jego stronę. Szkło rozbiło się na wszystkie strony, jednak żaden kawałek nie ugodził mnie ani razu. Tym razem Pan otwarcie emanował nienawiścią. Uśmiechnęłam się z satysfakcją. Czułam, jak moja moc z każdym wybuchem złości rośnie. Tak jakby coś się we mnie obudziło. Nagle znieruchomiałam. Mój wzrok wyostrzył się, i zauważyłam jak Pan podnosi rękę. Powstrzymywał strażników, żeby mnie nie atakowali? To pułapka! Instynkt sprawił, że wszystko wydawało się zwolnić. Miałam czas na podjęcie decyzji: zniknąć. Przypomniałam sobie, jak teleportowałam się gdy szukałam Jake'a: wyobraziłam sobie apartament Thomasa i zacisnęłam mocno oczy.
Wszystko rozmazało się, a ja odetchnęłam z ulgą, gdy opadłam na miękki materac. Dopiero w tamtej chwili poczułam przerażenie: co ja najlepszego narobiłam?! Dałam się sprowokować. Dokładnie tego chciał Pan: mieć pretekst żeby szybciej mnie zabić! Teraz nie będziemy mieli w ogóle szansy, żeby go zniszczyć.
Wiedziałam jedno: dzisiejszy wieczór o wszystkim przesądzi.
Musiałam szybko się stąd wynosić.
Wstałam i szybkim pstryknięciem wysadziłam wszystkie kamery w pokoju. Czułam się niezwykle potężna, ale nie miałam pojęcia skąd to się bierze. Ktoś mi pomagał... ale nie była to ani Izyda, ani Horus.
Musiałam przebrać się w coś wygodniejszego, skoro musiałam uciekać. Zaczęłam nasłuchiwać kroków, jednak na razie było cicho... cisza przed burzą.
Podbiegłam do szafy z męskimi ciuchami. Na szczęście znalazłam zwyczajne dżinsy i t-shirt z napisem "Die". Uśmiechnęłam się ironicznie, ale szybko narzuciłam na siebie ciuchy. Problemem były buty, przecież nie będę walczyć w szpilkach! Wymieniłam je na pierwsze lepsze baleriny. Gotowe.
Wzięłam głęboki oddech i powoli wyszłam z pokoju Thomasa. Cała rezydencja, mimo że cicha i spokojna, wydawała się lada chwila wybuchnąć. Zamknęłam drzwi i wtedy usłyszałam krzyki dochodzące z oddali.
Szybkim krokiem pokonałam cały korytarz, a później schowałam się w cieniu kilku kolumn i wielkiej, rozłożystej rośliny. To nie mogło starczyć mi na długo, ale musiałam rozeznać się w sytuacji. Dobrze wiedziałam, że nie mogę tak po prostu wrócić do jadalni i przeprosić za swoje zachowanie. Jeśli tylko moja stopa tam postanie, zginę.
Usłyszałam trzask drzwi, a później szybkie kroki.
- Trzeba przyznać, że dziewczyna ma jaja - mruknął któryś z poddanych Pana.
- Tia, problem w tym, że to my wykonujemy brudną robotę - westchnął drugi.
- Myślisz, że Pan od razu ją zabije? Przynajmniej mieliśmy dzięki nim jakąś rozrywkę.
- Wątpię. Podobno przygotował coś specjalnego, cokolwiek to znaczy.
Przełknęłam ślinę i czekałam aż mnie wyminą i znikną zza kolejnymi drzwiami. Musiałam znaleźć Thomasa i razem z nim odnaleźć to źródło mocy. Przez cały czas, który spędziłam w lochach, starałam się podsłuchiwać rozmowy strażników. Z tego co mówili, wywnioskowałam, że źródło znajduje się na najniższym piętrze rezydencji.
Spróbowałam wyszukać połączenia z umysłem Toma, bez skutecznie.
Nagle poczułam potworny ból głowy. Zachwiałam się i musiałam oprzeć się o kolumnę, aby nie upaść.
"Nie mamy dużo czasu... Nie licz na Thomasa, Pan pilnuje by został ukarany za twoje zachowanie... Pospiesz się. Idź do lochów, szukaj celi numer 13. Postaram się ci wtedy bardziej pomóc" rozbrzmiało w mojej głowie.
Połączenie natychmiast wygasło, a ból ustał. Głos brzmiał niezwykle znajomo... Zaklęłam pod nosem: czy mam jakieś inne wyjście, niż iść co lochów? Nie...


***

Cała moja wyprawa do lochów polegała na skradaniu się przy ścianach, rzucaniu zaklęć dezorientujących na strażników gdy mnie zauważali, a raz nawet udało mi się na trzy sekundy stać niewidzialną. Wciąż czułam czyjąś opiekę: a wręcz ktoś dodawał mi sił. Przecież dobrze wiedziałam, że w normalnych warunkach nigdy nie zdołałabym przeciwstawić się Panu... Miałam tylko nadzieję, że nie jest to kolejna pułapka...
Gdy uśpiłam kilku strażników mocnym uderzeniem w głowę, weszłam wreszcie do lochów. Zauważyłam kilkanaście kamer, wiedziałam jednak, że gdy wszystkie naraz nagle przestaną działać, ludzie Pana zorientują się, że coś jest nie tak. Każdą z osobna więc przestawiałam, żeby "patrzyła" pod dziwnymi kątami. Miałam nadzieję, że to wystarczy by nie zostać zauważoną i nie wzbudzić niczyich podejrzeń. 
Szukałam celi numer 13. Z każdym kolejnym numerem coraz szybciej biło mi serce. Musiałam uśpić jeszcze dwóch strażników, a jeden prawie nie zawołał po posiłki. Czułam niezwykły przypływ adrenaliny.
Dotarłam do celi 13. Wpatrywałam się w kraty i ciemność za nimi... była nieprzenikniona. Dopiero gdy zauważyłam poruszenie za nimi, zdałam sobie sprawę, że wstrzymywałam oddech. Zmrużyłam oczy: znajoma sylwetka przybliżyła się do mnie.
Isabelle.
Zamrugałam i cofnęłam się odruchowo. Izzy patrzyła na mnie smutnym wzrokiem, pełnym cierpienia i wyczerpania. Miała potargane włosy, podkrążone oczy oraz rozciętą wargę. Jej ubranie wyglądało na nie prane od co najmniej kilku tygodni. Nie pasowało mi to do Isabelle którą widziałam przecież wcale nie tak dawno temu. To jakiś chory żart, który wymyślił Pan?
- Bogowie, Raven... tak dawno się nie widziałyśmy - powiedziała wzruszonym głosem.
Odsunęłam się jeszcze dalej. Patrzyłam na nią nie ufnie i nie potrafiłam w to wszystko uwierzyć. Jak może mieć czelność coś takiego robić?! 
- Udało wam się, macie mnie. Poddaję się, nie wyszło nam. Zadowolona? - warknęłam.
Isabelle zamrugała zaskoczona, a ja zdałam sobie sprawę, że jest to szczere zdziwienie...
- Nie, nie Raven, to naprawdę nie tak. Pewnie mi nie uwierzysz... ale to jestem prawdziwa ja. Tamta Isabelle... to wytwór Pana. Nie mam pojęcia JAK to zrobił, ale pewnego dnia przyszedł tu z nią i opowiadał, co zrobi żebyś mnie znienawidziła. To wszystko zaczęło się gdy wyrzucili mnie z Akademii, czy może, sama stamtąd odeszłam  - westchnęła, a po jej policzku spłynęła samotna łza.
Wpatrywałam się w nią z szeroko otwartymi oczami. Teraz wszystko powoli zaczynało nabierać sensu: ta... "sztuczna" Isabelle mówiła w inny sposób, a jej mimika twarzy również była zupełnie inna... Jednak niczego nie mogłam być pewna. Nie potrafiłam teraz tak po prostu komuś zaufać, nie po tym wszystkim. 
- Nie mamy zbyt wiele czasu, ale wiem, że nie uwierzysz mi na tyle, by mnie stąd uwolnić. Posłuchaj, Raven, odeszłam bo odkryłam, że Akademia współpracuje z silami ciemności. Wiele uczniów zostało potajemnie w to zamieszanych: wszystko po to, by znaleźli nastolatków z przepowiedni i by Pan mógł ich zlikwidować. Odkryłam, że Cathlyn im pomaga - zaczęła.
- Cathlyn?! Cath?! - zaśmiałam się nerwowo - chyba sobie ze mnie żartujesz! Nie wierzę w ani jedno twoje słowo! Skończmy już tą szopkę...
- Nie rozumiesz mnie! - jęknęła błagalnie - proszę, posłuchaj chociaż przez chwilę. Uważasz, że to normalne, żeby nastolatka znalazła przepowiednię, która może zmienić losy świata? Że to normalne, by jakimś cudem "śledziła mnie" w odpowiednim momencie? By tak łatwo manipulowała w czyiś umysłach, mimo że jest dopiero na 3 roku? Raven, proszę cię... Nie dziwiło cię też nigdy, że pieprzyła o braku chęci zostania Bogiem, a jednocześnie zapieprzała na pełnych obrotach żeby mieć jak najlepsze oceny? Przecież tu nic się nie trzyma kupy.
Nie odpowiedziałam. Nie potrafiłam znaleźć sensownego argumentu, żeby obronić Cath. Isabelle kontynuowała dalej.
- Prowadziłam swoją sprawę żeby dowiedzieć się, co ona tak naprawdę ukrywa. Pokłóciłyśmy się. W nocy szłam do łazienki, kiedy zobaczyłam jak wymyka się po kryjomu ze swojego pokoju. Śledziłam ją, aż do dworca. Tam.. widziałam, jak siada na ziemi, przykłada ręce do ziemi i rozmawia z kimś niewidocznym... miała całe białe oczy. Wtedy nagle obróciła się w moją stronę i jakimś cudem przyciągnęła mocą do siebie. Chyba myślała, że mnie zabije, bo opowiadała o tym jak głupia jestem, że nie zauważyłam powiązań Akademii z siłami ciemności. Udało mi się uciec, zgubiła ją jej pewność siebie, nie doceniła moich mocy. Po powrocie do pokoju szybko się spakowałam i chciałam uciec, ale złapali mnie gdy przedzierałam się przez las w stronę zajezdni autobusowej w najbliższej wsi. Obudziłam się już tutaj, i od tamtego czasu wiodę swój nędzny żywot. Strażnicy mają jednak za długi język i byłam na bieżąco informowana o waszych postępach w misji. 
Patrzyłam na nią tępo. Gdy widziałam pojedyncze łzy spływające po jej policzkach, tworzące czyste smugi, krajało mi się serce. Chciałam w to uwierzyć, ale nie mogłam. Zbyt mocną nienawiścią pałałam do drugiej Isabelle. Zbyt mocno uwierzyłam Panu, w to, że moja przyjaciółka okazała się zdrajczynią. 
- Co mam zrobić? - zapytałam wypranym z emocji głosem.
Isabelle odprężyła się. 
- Dziękuję, Raven... Musisz przyłożyć rękę do mojej, przez kraty. Pan tak bardzo chciał mnie upokorzyć, że rzucił na kraty zaklęcie miłości: wiesz, dopóki nikt komu kiedykolwiek na mnie zależało mnie nie dotknie, nie uwolnię się. 
Westchnęłam i powoli podeszłam do Izzy. Przyłożyłam swoją rękę do jej, zaniedbanej i suchej. Zdumiona patrzyłam na znikające powoli kraty. Uśmiech na twarzy mojej przyjaciółki powiększył się znacznie. 
- Dobra... teraz musimy zniszczyć źródło mocy - westchnęła z ulgą. 
- Czyli wiesz, gdzie jest?
- Wiem bardzo dobrze... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz