Myśli kłębiły się w mojej głowie jak chmura burzowa. Nigdy nie sądziłem, że będę tak martwił się o każdą sekundę mojego życia. Obok mnie Arya krzyczała imię Jake'a, jakby to miało pomóc. Już po godzinie poszukiwań adrenalina opadła i serce przestało dudnić w piersi. Do głowy wpadła smutna prawda: On nie żyje. Musimy iść dalej.
Dziewczyny długo nie chciały dopuścić tej informacji do siebie. Brakowało nam wody, w Dolinie nie zapuszczało się żadne zwierze oprócz małych myszy, koloru (prawilnie) czerwonego.
Nie sądziłem, że mój ulubiony kolor stanie się tak szybko znienawidzony.
-Myślmy racjonalnie-odezwałem się, niszcząc w ten sposób 2 godzinne milczenie- Musimy znaleźć wodospad.
-Nie zostawię Jake'a!- burknęła jadowicie Raven, która ostatnimi czasy spoglądała na mnie wyłącznie z obrzydzeniem lub lękiem.
Arya jakby lepiej przyjęła tę informacje i odetchnęła głośno. Pokiwała głową na zgodę. W milczeniu zaczęliśmy składać koce i garnki. Wszyscy przygotowali się do zwijania obozu. Tylko Raven co jakiś czas zerkała po bokach jakby spodziewała się, że Jake zaraz wybiegnie zza jasnej trawy i krzyknie: Akuku!
Nagle coś uderzyło mnie w głowę. Rączka niebieskiego garnka, którego trzymała Arya ugodziwszy moje czoło spadła na trawę. Stres ubiegłych godzin spowodował, że zaczęliśmy się głośno śmiać i do końca nie potrafiliśmy wyjaśnić dlaczego. Myszy wyglądały zza kępy traw zaskoczone nowymi dźwiękami. Echo przekształcało nasze głosy, co skutkowało jeszcze większym napadem. Niestety Raven nie podzielała naszego szczęścia. Spoglądała na nas oburzona z uniesionymi wysoko brwiami. To właśnie jej mina ostudziła mnie nieco i przestałem zanosić się serdecznym śmiechem przypominając sobie gdzie jestem.
-To ta dolina- odparła Arya, ocierając łzy szczęścia koniuszkiem palca- na pewno.
-Tak- wszystkie zęby ukazały mi się w barwnym uśmiechu- wzięła i rzuciła we mnie rączką garnka!
-On sam z siebie...! Cha,cha,cha!
-On sam z siebie...! Cha,cha,cha!
Nasze głosy niegdyś poważne teraz rozbawione. Ktoś obserwujący nas z boku uznałby, że jesteśmy parą niepoczytalnych wariatów. Pewnie to właśnie myślałam Raven.
***
Napad dobrego samopoczucie wydawał się wyłącznie snem po 2 godzinach męczącej wędrówki suchą doliną. Temperatura zmieniła się do poznania i czułem się jak na Saharze. Mimo to musieliśmy nosić ubrania, aby woda z naszych ciał nie wyparowała, powodując cichą, bezbolesną śmierć. Była to baaardzo pociągająca oferta. Wodospad w ciągu naszej wędrówki zmienił miejsce tylko raz i odkryliśmy, że będzie je zmieniał co 4 godziny o 20 km na północ. Gdyby nie fakt, że mieliśmy wszyscy czerwone ręce przez przypadek nie oznaczyliśmy wcześniejszych położeń wodospadu nie wiedzielibyśmy tego.
-Ile jeszcze?-wydyszała moja dziewczyna.
Kiedy Raven była w śpiączce wydarzyło się bardzo wiele rzeczy, np. Jake i ja się pobiliśmy. Ale ciekawsze było coś innego! Arya wyznała mi, że się jej podobam, a ja nie ukrywam, że sam coś do niej czułem. Wprawdzie nie tak głębokiego jak do Raven, ale wiedziałem, że z czasem to się zmieni. Kiedy się pocałowaliśmy poczułem jak ulatnia się ze mnie wszelki stres i troska jak z balona pełnego tlenu. Z Raven było inaczej, wtedy wydarzyło się przez stres i ryzyko. Nie myśleliśmy logicznie i może dlatego pocałunek z Aryą zostawił po sobie przyjemniejsze odczucie.
-2-3 km-powiedziałem z uśmiechem chwytając ją przy tali i przyciągając do siebie- ale jestem zmęczony.
Odepchnęła mnie oburzona i śmiejąc się dodała, że strasznie śmierdzę, co przyjąłem z udawanym fochem, po czym otarłem pot z czoła.
Raven idąca przed nami przyspieszyła i lekko zakasłała. Przestaliśmy się użerać ze sobą i znowu skupiliśmy się na drodze co jakiś czas muskając się rękami. Gdyby nie okoliczności powiedziałbym, że jestem szczęśliwy. Słońce górowało na ciemnym niebie kiedy dostrzegliśmy na horyzoncie niebieski punkcik-niewątpliwie średniej wielkości wodospad.
-Stoi tu od jakiś 20 minut-wykalkulowała szybko Raven, ochrypłym i zmęczonym głosem.
Niewątpliwie ta sytuacja ją męczy. Zniknięcie Jake'a, brak wody, moja i Aryi radość. Mnie to by przytłoczyło, ale poradzi sobie sama. Spojrzałem kątem oka na moją dziewczynę. Ach, jak to świetnie brzmi!
Jej falowane włosy idealnie opadały na piersi. Twarz miała świecącą potem i czerwoną z wysiłku. Wyglądała inaczej niż w Akademii, jak dla mnie atrakcyjniej. Była perfekcjonistką i widać było, że cierpiała z powodu braku możliwości dbania o siebie. Ale wiedziała, że będzie musiała z tego zrezygnować podczas wyprawy, więc się nie uskarżała. I za to ją podziwiałem. Jedyne co się nie zmieniło to jej zielone oczy, niepodobne do jakichkolwiek innych. Oderwałem wzrok z jej twarzy, kiedy wydała dźwięk zachwytu spoglądając przed siebie i otwierając szeroko usta. Zwróciłem głowę w tym samych kierunku i odkryłem co ją tak zachwyciło.
Wodospad w tej odległości ukazał nam swoje atuty. Ale nie on wzbudził we mnie zachwyt. Zielona trawa wokół zbiornika wodnego i siedzące w niej spokojne sarny, nie przywykłe do widoku ludzi to nas zadziwiło. Zerkały na nas swoimi paciorkowatymi oczami z zaciekawieniem i niebywałą ufnością. Po głowie przebiegła mi myśl, że łatwo będzie je upolować. Jeszcze raz skupiłem się na małym akwenie. Nie wiedziałem czy był płytki, ale pewne było, że żyć w nim mogły wyłącznie małe ryby. Parę metrów od celu zebrałem się w sobie i wziąłem rozbieg. Arya zatrzymała mnie szybkich chwytem za rękę.
-Sprawdźmy czy to bezpieczne.
Skarciłem się w myśli, że chciałem wskoczyć do nieznanej mi wody nie znając jej głębokości i mieszkańców. Samotna sarna podeszła do mnie ufnie, a jej ciemne oczka spoglądały na mnie wesoło. Ledwo ją musnąłem kiedy do głowy wpadła mi okropna myśl, którą wcieliłem w życie. Zza spodni wyciągnąłem sztylet i zwinnym ruchem wbiłem go w szyję sarny, która z ogromnym łoskotem spadła na gęstą trawę.
"Tak, potrzebujemy jedzenia" pomyślałem. W tym czasie Arya dała nam sygnał, że woda jest czysta i zdrowa. Serce zabiło radośnie kiedy rzucałem wszystkie swoje rzeczy i ubrania wskakując do wody. Była przyjemnie zimna nabrałem parę łyków do ust i poczułem jaką pokonuje drogę.
Szybko się przemyłem po czym ruszyłem w stronę sarny, którą otaczały teraz inne, młodsze obwąchując i nie rozumiejąc dlaczego się nie rusza.
Arya przepływała chyba 3 raz zbiornik kiedy doszła do mnie Raven w mokrej, przyklejonej do ciała bluzce.
-Pomogę ci-powiedziała z trudem, ale na mnie nie spojrzała. Dlaczego?
Skinąłem głową, ale uświadomiłem sobie, że nie ma prawa tego widzieć, więc dodałem oschłym głosem:
-Dzięki.
Pracowaliśmy w milczeniu. Kiedy skończyliśmy i wszystko zostało po porcjowane i schowane do naszych plecaków ruszyłem z pustymi butelkami i napełniłem je. Arya oblała mnie wodą wesoło się przy tym śmiejąc. Nie spojrzałem na nią zajęty, ale uśmiechnąłem się rozbawiony. Nagle do głowy wpadła mi dziwna myśl, którą powtórzyłem głośno:
-Jeśli te sarny się przenoszą wraz z wodospadem to czy my też tego nie zrobimy?
Przebiegłem zaciekawionym wzrokiem po twarzach dziewczyn. Obie przestały się myć i spojrzały na mnie z uniesionymi brwiami. Raven przybrała nieobecny wyraz twarzy zdradzający, że usilnie nad tym myśli, Arya spojrzała na mnie z zainteresowaniem.
-To bardzo możliwe- odparły jednocześnie.
Spojrzały po sobie i prychnęły rozbawione. Nasze wesołe nastawienie musiało odbić się też od Raven, bo pierwszy raz tego dnia się uśmiechnęła.
-Warto spróbować- zawyrokowała nadal się uśmiechając.
Po głowie przepłynęły mi wątpliwości. A jeśli to tylko zwierzęta mogą się przenosić, a nas to zabije?
Ale lepsze to niż długa podróż przez pieprzoną czerwoną pustynie.
Godziny szybko mijały i teraz liczyliśmy każde minuty na teleportacje wodospadu. Nie dzieliłem się z dziewczynami swoimi zmartwieniami, bo wyglądało na to, że doszły do tego same, ale tak samo jak ja wolały zaryzykować.
-Może wyjdźmy z wody jak te sarny? W końcu one w niej nie siedzą, prawda?-spytała cicho Arya, głosem pełnym obaw.
Przytaknęliśmy szybko i bez słowa zajęliśmy miejsca na miękkiej trawie. Nagle ziemia zaczęła się trząść i sarny zbiegły się w jedną wielką grupę. Spojrzeliśmy po sobie i każde z nas szybko wstało i ruszyło w kierunku stada. Było za późno. Wodospad zaczął się obracać najpierw powoli, nabierając stale prędkości.
-Złap mnie za rękę!-próbowałem przekrzyczeć piski małych sarenek i dźwięki wydawane przez wylewającą się wodę do Raven, która jako jedyna nie dobiegła do saren i trzymała się kurczowo trawy z rozpaczliwym wyrazem twarzy.
-Daj mi rękę, Raven!- w moim głosie nie było nic z prośby.
Spojrzała na mnie nieufnym wzrokiem po czym z niechęcią i lękiem puściła się jedną ręką kępy trwa. Próbowałem udawać, że nie widziałem jej wahania. Nie ufała mi już.Walczyła z siłą wiatru próbując mnie złapać, ja także to robiłem. Wodospad obracał się coraz szybciej, a nas dzieliło parę centymetrów. Dziesięć, dziewięć... Wyzbierałem w sobie całą siłę woli, próbując ją uratować. Nie mogłem jej stracić jak Pauli. Nie mogłem.
Kiedy nasze koniuszki palców zetknęły się wszystko stało się łatwiejsze. Chwyciłem jej dłoń i pociągnąłem całą do siebie. Trzymałem ją w uścisku czując drżenie jej ciała i szybki puls, który nawet nie myślał zwolnić. Sam trzymałem się nadal Aryi, która wręcz tuliła najbliższą sarnę. Sekundy mijały niemiłosiernie, a ja zastanawiałem się ile tak wytrzymam. Straciłem czucie w rękach i nogach, a ciało Raven zaczęło mi ciążyć. Jednak lęk przed stratą był silniejszy.
Dziewczyna na mojej piersi spojrzała na mnie sennymi oczami, ruszając bezgłośnie ustami.
-Co?-spytałem cicho do jej ucha.
Wezbrała całą siłę w sobie i podniosła głowę szepcząc:
-On jest twoim ojcem.
Jej falowane włosy idealnie opadały na piersi. Twarz miała świecącą potem i czerwoną z wysiłku. Wyglądała inaczej niż w Akademii, jak dla mnie atrakcyjniej. Była perfekcjonistką i widać było, że cierpiała z powodu braku możliwości dbania o siebie. Ale wiedziała, że będzie musiała z tego zrezygnować podczas wyprawy, więc się nie uskarżała. I za to ją podziwiałem. Jedyne co się nie zmieniło to jej zielone oczy, niepodobne do jakichkolwiek innych. Oderwałem wzrok z jej twarzy, kiedy wydała dźwięk zachwytu spoglądając przed siebie i otwierając szeroko usta. Zwróciłem głowę w tym samych kierunku i odkryłem co ją tak zachwyciło.
Wodospad w tej odległości ukazał nam swoje atuty. Ale nie on wzbudził we mnie zachwyt. Zielona trawa wokół zbiornika wodnego i siedzące w niej spokojne sarny, nie przywykłe do widoku ludzi to nas zadziwiło. Zerkały na nas swoimi paciorkowatymi oczami z zaciekawieniem i niebywałą ufnością. Po głowie przebiegła mi myśl, że łatwo będzie je upolować. Jeszcze raz skupiłem się na małym akwenie. Nie wiedziałem czy był płytki, ale pewne było, że żyć w nim mogły wyłącznie małe ryby. Parę metrów od celu zebrałem się w sobie i wziąłem rozbieg. Arya zatrzymała mnie szybkich chwytem za rękę.
-Sprawdźmy czy to bezpieczne.
Skarciłem się w myśli, że chciałem wskoczyć do nieznanej mi wody nie znając jej głębokości i mieszkańców. Samotna sarna podeszła do mnie ufnie, a jej ciemne oczka spoglądały na mnie wesoło. Ledwo ją musnąłem kiedy do głowy wpadła mi okropna myśl, którą wcieliłem w życie. Zza spodni wyciągnąłem sztylet i zwinnym ruchem wbiłem go w szyję sarny, która z ogromnym łoskotem spadła na gęstą trawę.
"Tak, potrzebujemy jedzenia" pomyślałem. W tym czasie Arya dała nam sygnał, że woda jest czysta i zdrowa. Serce zabiło radośnie kiedy rzucałem wszystkie swoje rzeczy i ubrania wskakując do wody. Była przyjemnie zimna nabrałem parę łyków do ust i poczułem jaką pokonuje drogę.
Szybko się przemyłem po czym ruszyłem w stronę sarny, którą otaczały teraz inne, młodsze obwąchując i nie rozumiejąc dlaczego się nie rusza.
Arya przepływała chyba 3 raz zbiornik kiedy doszła do mnie Raven w mokrej, przyklejonej do ciała bluzce.
-Pomogę ci-powiedziała z trudem, ale na mnie nie spojrzała. Dlaczego?
Skinąłem głową, ale uświadomiłem sobie, że nie ma prawa tego widzieć, więc dodałem oschłym głosem:
-Dzięki.
Pracowaliśmy w milczeniu. Kiedy skończyliśmy i wszystko zostało po porcjowane i schowane do naszych plecaków ruszyłem z pustymi butelkami i napełniłem je. Arya oblała mnie wodą wesoło się przy tym śmiejąc. Nie spojrzałem na nią zajęty, ale uśmiechnąłem się rozbawiony. Nagle do głowy wpadła mi dziwna myśl, którą powtórzyłem głośno:
-Jeśli te sarny się przenoszą wraz z wodospadem to czy my też tego nie zrobimy?
Przebiegłem zaciekawionym wzrokiem po twarzach dziewczyn. Obie przestały się myć i spojrzały na mnie z uniesionymi brwiami. Raven przybrała nieobecny wyraz twarzy zdradzający, że usilnie nad tym myśli, Arya spojrzała na mnie z zainteresowaniem.
-To bardzo możliwe- odparły jednocześnie.
Spojrzały po sobie i prychnęły rozbawione. Nasze wesołe nastawienie musiało odbić się też od Raven, bo pierwszy raz tego dnia się uśmiechnęła.
-Warto spróbować- zawyrokowała nadal się uśmiechając.
Po głowie przepłynęły mi wątpliwości. A jeśli to tylko zwierzęta mogą się przenosić, a nas to zabije?
Ale lepsze to niż długa podróż przez pieprzoną czerwoną pustynie.
Godziny szybko mijały i teraz liczyliśmy każde minuty na teleportacje wodospadu. Nie dzieliłem się z dziewczynami swoimi zmartwieniami, bo wyglądało na to, że doszły do tego same, ale tak samo jak ja wolały zaryzykować.
-Może wyjdźmy z wody jak te sarny? W końcu one w niej nie siedzą, prawda?-spytała cicho Arya, głosem pełnym obaw.
Przytaknęliśmy szybko i bez słowa zajęliśmy miejsca na miękkiej trawie. Nagle ziemia zaczęła się trząść i sarny zbiegły się w jedną wielką grupę. Spojrzeliśmy po sobie i każde z nas szybko wstało i ruszyło w kierunku stada. Było za późno. Wodospad zaczął się obracać najpierw powoli, nabierając stale prędkości.
-Złap mnie za rękę!-próbowałem przekrzyczeć piski małych sarenek i dźwięki wydawane przez wylewającą się wodę do Raven, która jako jedyna nie dobiegła do saren i trzymała się kurczowo trawy z rozpaczliwym wyrazem twarzy.
-Daj mi rękę, Raven!- w moim głosie nie było nic z prośby.
Spojrzała na mnie nieufnym wzrokiem po czym z niechęcią i lękiem puściła się jedną ręką kępy trwa. Próbowałem udawać, że nie widziałem jej wahania. Nie ufała mi już.Walczyła z siłą wiatru próbując mnie złapać, ja także to robiłem. Wodospad obracał się coraz szybciej, a nas dzieliło parę centymetrów. Dziesięć, dziewięć... Wyzbierałem w sobie całą siłę woli, próbując ją uratować. Nie mogłem jej stracić jak Pauli. Nie mogłem.
Kiedy nasze koniuszki palców zetknęły się wszystko stało się łatwiejsze. Chwyciłem jej dłoń i pociągnąłem całą do siebie. Trzymałem ją w uścisku czując drżenie jej ciała i szybki puls, który nawet nie myślał zwolnić. Sam trzymałem się nadal Aryi, która wręcz tuliła najbliższą sarnę. Sekundy mijały niemiłosiernie, a ja zastanawiałem się ile tak wytrzymam. Straciłem czucie w rękach i nogach, a ciało Raven zaczęło mi ciążyć. Jednak lęk przed stratą był silniejszy.
Dziewczyna na mojej piersi spojrzała na mnie sennymi oczami, ruszając bezgłośnie ustami.
-Co?-spytałem cicho do jej ucha.
Wezbrała całą siłę w sobie i podniosła głowę szepcząc:
-On jest twoim ojcem.
***
8 dzień podróżowania metodą "wodospadową".
Zrozumieliśmy, że żadne z nas już tego nie wytrzyma i wszyscy jednogłośnie oświadczyli, że wolą podróż po czerwonym zadupiu. Pierwszy raz od dawna, Arya wspomniała o Akademii:
-Ciekawe czy już wybrali kandydatów, nie?
W sumie też się nad tym zastanawiałem. Bardzo poważnie traktowałem kandydaturę na Horusa. Ale to nieważne, zrezygnowałem z tego.
Poczułem w ustach coś kwaśnego i przekrzywiłem głowę. Wziąłem plecak zapełniony napojami i suszonym mięsem.
-Czas iść. Sądzę, że toksyczne jezioro to nie wszystko na co stać Pana.
Nigdy nie spodziewałem się, że mogę być tak stanowczy, a jednak- czas zmienia ludzi.
Kiedy ruszyliśmy w drogę nie odzywaliśmy się do siebie pogrążeni w myślach. Raven powiedziała to czego żadne z nas nie śmiało wypowiedzieć głośno:
-A jeśli Pan oczekuje nas, aby potem posłużyć się nami? Może ma w tym jakiś cel?
Nikt nie śmiał się odezwać ani na siebie spojrzeć. Tak była taka możliwość. Z każdym dniem realniejsza. Spojrzałem na jasny pergamin.
-Pokonaliśmy w ciągu 8 dni, 960 km. Mamy jeszcze przed sobą...
Przystanąłem nagle i Arya wpadła mi na plecy. Otworzyłem usta, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Żałosne próby zaciekawiły dziewczyny, które spoglądały mi przez ramie.
-Według mapy powinniśmy już być- powiedziała Arya, porywając mi mapę- ale nic tu nie ma! Chyba, że minęliśmy wielki czarny zamek!
-Niemożliwe...-teraz zabrała głos Raven, bo ja nie potrafiłem wykrztusić słowa- Słyszelibyśmy krzyki i jęki zabitych przez Pana ludzi. A trochę ich jest.
-Ta mapa jest do niczego!- krzyknęła Arya drąc ją na strzępki. Małe części opadały powoli, ale zatrzymywały się 2 cm od ziemi. Przykucnąłem spoglądając z rosnącym zainteresowaniem na ich manewry. Podarte strzępki powoli składały się w jedną całość tworząc zdania.
Krzyki oburzenia ucichły i obie dziewczyny przykucnęły przy mnie obserwując, po chwili dało się odczytać słowa:
,,Zadanie swe spełniłam, a podarta leżę.
Pan oczekuje czterech, a nie trzech przymierze.
Spełnijcie to żądanie i wróćcie na pustkowie,
a gdzie zamek, dwoje z was, wkrótce się dowie.''
Spojrzeliśmy po sobie, a ja próbowałem odczytać emocje z twarzy dziewczyn. Górowało przerażenie,
Zrozumieliśmy, że żadne z nas już tego nie wytrzyma i wszyscy jednogłośnie oświadczyli, że wolą podróż po czerwonym zadupiu. Pierwszy raz od dawna, Arya wspomniała o Akademii:
-Ciekawe czy już wybrali kandydatów, nie?
W sumie też się nad tym zastanawiałem. Bardzo poważnie traktowałem kandydaturę na Horusa. Ale to nieważne, zrezygnowałem z tego.
Poczułem w ustach coś kwaśnego i przekrzywiłem głowę. Wziąłem plecak zapełniony napojami i suszonym mięsem.
-Czas iść. Sądzę, że toksyczne jezioro to nie wszystko na co stać Pana.
Nigdy nie spodziewałem się, że mogę być tak stanowczy, a jednak- czas zmienia ludzi.
Kiedy ruszyliśmy w drogę nie odzywaliśmy się do siebie pogrążeni w myślach. Raven powiedziała to czego żadne z nas nie śmiało wypowiedzieć głośno:
-A jeśli Pan oczekuje nas, aby potem posłużyć się nami? Może ma w tym jakiś cel?
Nikt nie śmiał się odezwać ani na siebie spojrzeć. Tak była taka możliwość. Z każdym dniem realniejsza. Spojrzałem na jasny pergamin.
-Pokonaliśmy w ciągu 8 dni, 960 km. Mamy jeszcze przed sobą...
Przystanąłem nagle i Arya wpadła mi na plecy. Otworzyłem usta, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Żałosne próby zaciekawiły dziewczyny, które spoglądały mi przez ramie.
-Według mapy powinniśmy już być- powiedziała Arya, porywając mi mapę- ale nic tu nie ma! Chyba, że minęliśmy wielki czarny zamek!
-Niemożliwe...-teraz zabrała głos Raven, bo ja nie potrafiłem wykrztusić słowa- Słyszelibyśmy krzyki i jęki zabitych przez Pana ludzi. A trochę ich jest.
-Ta mapa jest do niczego!- krzyknęła Arya drąc ją na strzępki. Małe części opadały powoli, ale zatrzymywały się 2 cm od ziemi. Przykucnąłem spoglądając z rosnącym zainteresowaniem na ich manewry. Podarte strzępki powoli składały się w jedną całość tworząc zdania.
Krzyki oburzenia ucichły i obie dziewczyny przykucnęły przy mnie obserwując, po chwili dało się odczytać słowa:
,,Zadanie swe spełniłam, a podarta leżę.
Pan oczekuje czterech, a nie trzech przymierze.
Spełnijcie to żądanie i wróćcie na pustkowie,
a gdzie zamek, dwoje z was, wkrótce się dowie.''
Spojrzeliśmy po sobie, a ja próbowałem odczytać emocje z twarzy dziewczyn. Górowało przerażenie,
aczkolwiek ich oczy błyszczały niebezpiecznie-mieszanka wybuchowa. Takie coś lubię.
-Jake idziemy po ciebie.
-Jake idziemy po ciebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz