sobota, 19 grudnia 2015

Rozdział 14: Chaos i porządek

Odzyskałam przytomność i z niepokojem zauważyłam, że mam skrępowane ręce. Zauważyłam to może za dużo powiedziane, bo otaczały mnie egipskie ciemności. Siedziałam na... prawdopodobnie ziemi i było mi niezwykle zimno. Plecami opierałam się o coś strasznie niewygodnego, zupełnie jakby... o czyjeś plecy! Siedziałam i czekałam na jakieś wyjaśnienia, dopiero po chwili poczułam rozrywający ból w okolicach brzucha. Odruchowo spróbowałam dotknąć ewidentnie zranionego miejsca, ale nie miałam przecież na to najmniejszych szans. Przypomniałam sobie ostatnie chwile przed straceniem przytomności. Opieka Thomasa wywołała uśmiech na mojej twarzy, ale szamotanina z dzikimi... Ach, no tak. Jeden z nich dość mocno przejechał mi swoim "mieczem" po brzuchu, żebym przestała się rzucać. Mogłam zachować się odrobinę rozsądniej... Najgorsze jednak było to, że tajemniczą postać skądś znałam... Nie oznaczało to pewnie niczego dobrego.
Nagle postać, której plecy stykały się z moimi, poruszyła się. Usłyszałam ciche stęknięcie i przyspieszony oddech. A więc ten ktoś również został zraniony.
- Hej... - syknęłam.
- Raven?
- Thomas?
- Gdzie my do cholery jesteśmy?!
- Skąd mam wiedzieć?! Dopiero przed chwilą się obudziłam...
Syknęłam gdy się poruszył. Rana zabolała ze zdwojoną siłą. Zacisnęłam  zęby. Dzięki treningom nauczyłam się kontrolować ból, jednak nigdy nie miałam do czynienia z czymś takim. W dodatku zbyt wiele czytałam o ranach i bałam się, że wda mi się zakażenie...
Thomas znów się poruszył.
- Możesz przestać się wiercić? - podniosłam głos.
Powstrzymałam łzy zbierające się w kącikach oczu. Gdy uda nam się stąd wydostać, poproszę Thomasa o pomoc z raną. Na razie musieliśmy się skupić na ucieczce...
- Próbuję rozluźnić sznury! - warknął.
- Okej, ale dziabnęli mnie nożem i to boli - odpowiedziałam drżącym głosem.
Wymamrotał coś pod nosem i przestał się ruszać, na całe szczęście. Oddychałam ciężko, odpychając ból w jak najdalsze zakamarki umysłu, tak jak uczył nas tego trener. Nie bolało już tak cholernie, ale nadal przeszkadzało mi trzeźwo myśleć.
- Przede wszystkim musimy rozluźnić sznury - powiedziałam, raczej do siebie niż do Thomasa.
- Przecież przed chwilą to robiłem! - zirytował się.
- Źle - ucięłam.
Uradowana zdałam sobie sprawę, że ktoś nie związał nas zbyt umiejętnie i mogę sprawnie manewrować kciukami. Powoli i długo powoli rozluźniałam więzy. Zapomniałam o kontrolowaniu bólu i ten znów wypełnił mnie od pasa w dół. Łzy popłynęły po policzkach. Zacisnęłam zęby i mimowolnie zacisnęłam pięści. Cholera, cholera, cholera...
Nagle więzy opadły. Thomas poruszył się i znów ból odebrał mi oddech. Poczułam jednak jak pomaga mi wstać. Posłusznie podałam mu dłoń i nagle poczułam jego dłoń na mojej ranie. Krzyknęłam cicho i opadłam na kolana. To było potworne. Jakby ktoś włożył mi całą swoją dłoń do rany i powoli coraz bardziej ją rozszerzał...
- Sorry, sorry! Czekaj, spróbuję to naprawić... - wymamrotał.
Przyłożył dłoń do rany i poczułam dziwne mrowienie... Pulsowanie, a nagle jakbym słyszała zrastanie się mojej skóry. Pozostało tylko lekkie swędzenie. Zdumiona dotknęłam rany swoimi wolnymi od sznurów dłońmi, ale wyczułam tylko lekkie wypuklenie.
Zupełnie zapomniałam, że Thomas najwyraźniej również był ranny. Poczekałam cierpliwie aż skończy naprawiać swoją ranę. Z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że musiał zdecydowanie opaść z sił i w razie ataku ze strony dzikich może być w wielkim niebezpieczeństwie. Musiałam szybko zdobyć jakąkolwiek broń!
Pomogłam mu wstać i poklepałam po ramieniu, dodając otuchy. Musieliśmy na razie zapomnieć o wszystkim, liczyło się tylko przetrwanie w tej dziwnej sytuacji.
Poruszaliśmy się po omacku po pomieszczeniu. Próbowaliśmy znaleźć cokolwiek: okno, drzwi, klapę w podłodze? Gdy już kilka razy wydawało mi się, że udało mi się na coś trafić, okazywało się to tylko wyżłobieniem w ścianie. Ściany składały się z drewna, widać było, że budowali je dzicy. Zero jakiegokolwiek sensu, pokój krzywy, z mnóstwem nierówności. W dodatku ziemia pod nami trochę mnie dezorientowała. Jakim cudem zbudowali by szczelne pomieszczenie, bez ani jednej szpary przez którą mogłoby dochodzić światło? Czy to możliwe, żeby była wciąż noc? W takim razie nie mogliśmy znajdować się daleko naszego obozowiska... Całe szczęście. Chociaż wątpiłam, czy dzicy zostawiliby tam nasze rzeczy.
- Mam coś! - zawołał mnie Thomas.
Kierując się za jego głosem, podeszłam powoli do kąta pomieszczenia. Wyczułam dziwną wilgoć.
- Tu jest coś w rodzaju drzwi... Czujesz?
Faktycznie. Gdy dotknęłam dłońmi ściany, wyczułam wyżłobienia. Przykucnęłam i spróbowałam odszukać jakąś szparę pomiędzy podłogą a "drzwiami". Udało się. A więc to był nasz klucz do ucieczki!
- Oczywiście nie ma żadnej klamki..?
- Chyba musimy je wyważyć.
Policzyliśmy do trzech. Narobimy dużo hałasu, ale lepsze to, niż czekanie na... właśnie. Na co? Na śmierć? Dzicy raczej nie mieli dobrych zamiarów.
Naparliśmy całym ciężarem na drzwi, które pod naporem wyłamały się z trzaskiem. Upadliśmy głucho na ziemię. Całe szczęście, że Thomas zdołał nas uzdrowić, bo pewnie trochę byśmy na tym ucierpieli...
Wstałam i otrzepałam się z dziwnego pyłu. Dopiero teraz, dzięki świetle księżyca i gwiazd mogłam w miarę dobrze zobaczyć budynek. Dzicy jednak się postarali: wykonali go nawet starannie, mimo tego, że była to po prostu drewniana chatka, cała w kształcie prostokąta, jedynie dach miała lekko szpiczasty, starannie jednak pokryty liśćmi i.. blachą? Dookoła nas nie widzieliśmy żadnych innych budynków. Żadnego śladu dzikich, Aryi, Jake'a. Naszych bagaży, namiotów.
- To co teraz? - zapytałam Thomasa.
- Po prostu... chodźmy przed siebie. Kiedyś musimy w końcu coś znaleźć - westchnął.
Nagle zauważyłam w oddali.. promienie. Ogniska. Od razu pomyślałam, że dzicy mogą być kanibalami, ale to byłoby zbyt bezsensowne. Dzicy raczej nie należeli do tego rodzaju ludów, władali przecież magią, prymitywną, ale to zawsze coś. Wiedzieli również o bogach, którym nie spodobałoby się jedzenie swoich "krewnych".
- Tam musi być reszta dzikich, może również Arya i Jake - pokazałam mu promienie ogniska, przebijające się przez drzewa.
Thomas zamyślił się. Widziałam tak właściwie tylko zarys jego twarzy. No i oczy, w których odbijał się księżyc..
- Dobra, idziemy, ale nie możemy dać się im zauważyć. Musimy to wszystko przemyśleć.
Zgodziłam się i już po chwili szliśmy ostrożnie i cicho w stronę ogniska. Im byliśmy bliżej, słyszeliśmy coraz wyraźniej dziwne śpiewy. Brzmiały przerażająco i wywoływały ciarki, pełzające mi po plecach.
Gdy mogliśmy już obserwować całą scenę, Thomas złapał mnie za nadgarstek i pociągnął w lewo. Już chciałam warknąć, ale zauważyłam dwóch dzikich stojących zaledwie metr od nas... Skryłam się za drzewem, to samo zrobił Tom. Uspokajałam oddech, żeby dzicy nie usłyszeli niczego. Nawet mojego przyspieszonego pulsu, chociaż popadałam już w paranoję.
Nagle ludzie lasu zaczęli ze sobą rozmawiać. Co dziwne, rozróżniałam co trzecie słowo...
- Więźniowie... wreszcie... rytuał... Pan... wściekły... pozostali... zakończyć.
Spojrzałam na Thomasa. On... zdawał się rozumieć dosłownie wszystko. Jakim cudem potrafiliśmy ich zrozumieć, skoro nigdy w życiu nie mieliśmy okazji słyszeć tego języka? To wszystko robiło się coraz dziwniejsze.
Nagle usłyszeliśmy hałasy dochodzące od strony ogniska. Odruchowo obróciliśmy się, żeby móc dostrzec przyczynę chaosu. Dzicy nie tańczyli już w okół ogniska i nie śpiewali tych przerażających piosenek. Rozbiegli się po polanie, by utworzyć koło. Jedynie strażnicy pozostali na swoich miejscach i obserwowali sytuację.
Otaczali kogoś... wysiliłam wzrok. I wreszcie zobaczyłam: Arya i Jake. Stali jak idioci, z przerażonymi minami, cali roztrzęsieni. Arya upadła na kolana i zaczęła coś mówić. Może i miała wielką książkową wiedzę, ale ewidentnie nie rozumiała pewnej cholernie ważnej rzeczy: z kimś, kto cię związał i odprawia dziwne rytuały się NIE dyskutuje. Thomas chciał ruszyć do przodu, szybko jednak przygwoździłam go do drzewa.
- Mają zbyt dużą przewagę liczebną. Jeszcze tego brakuje, żeby złapali nas wszystkich, nie będziemy mieli najmniejszych szans. Nie mamy żadnej broni. Musimy być bardzo rozsądni - wysyczałam.
Chcąc nie chcąc, musiał przyznać mi rację. Znów skupiałam się na Aryi i Jake'u. Arya uświadomiła sobie swój błąd i spróbowała udawać opanowaną. Niestety, zdradzały ją łzy i drżące dłonie. Jake natomiast już się poddał. Uniósł ręce do góry, czekając na krok ze strony dzikich.
Nagle zza kręgu wyszedł bardzo potężny mężczyzna. Przez nałożoną czerwoną i bardzo obcisłą szatę, dosłownie przebijały mięśnie. Miał bardzo okrutny wyraz twarzy i rozejrzał się dookoła uważnie. Gdy jego wzrok spoczął na Aryi i Jake'u, uśmiechnął się szyderczo.
- Witam... błąd... tutaj! Nie docenialiście... Pan... klątwa... przyjaciele... koniec! Wkrótce... koniec... przygotować się. Błąd... uciec... kara.
Na pewno nie brzmiało to zbyt dobrze... Przerażona zdałam sobie sprawę, że mężczyzna podchodzi do Aryi. Ta zaczęła się cofać, aż po chwili wpadła w ręce dzikich. Chwycili ją brutalnie, przykładając jej nóż do gardła. Jake poderwał się, chcąc jej pomóc, jednak i jego potraktowano jak dziewczynę. Wkrótce stali ponownie na środku okręgu, ale tym razem z przyłożonymi nożami do gardeł. Obróceni w naszą stronę.
- Wiemy, że tam jesteście! Naprawdę chcecie patrzeć, jak wasi przyjaciele giną na waszych oczach?! - wrzasnął perfekcyjnym angielskim "przywódca".
Przełknęłam ślinę.
- Mam pomysł. Ryzykowny - oznajmił Thomas.
Spojrzałam na niego pytająco.
- Pójdę tam. Skłamię, że wdało ci się zakażenie w ranę i musiałem cię zostawić. Gdy nas schwytają... będziesz musiała za nami iść. Dowiesz się jak najwięcej będziesz mogła... Twój los będzie w naszych rękach.
Pokręciłam przecząco głową.
- Nie, nie, nie, proszę. Nie dam sobie rady sama! Po za tym, skąd wiesz, że nie będą chcieli od razu cię zabić?! Nie chcę, żebyś... - zamilkłam.
- To co proponujesz?!
Odetchnęłam głęboko. To było niezwykle niebezpieczne. Nóż przyłożony do gardła Jake'a wbił się odrobinę zbyt mocno, a małe krople krwi zaczęły spływać po jego szyi. Wpatrywał się w drzewa, wśród których się chowaliśmy, z wyraźnym przesłaniem; uciekajcie. Arya uspokoiła się. Uniosła wysoko głowę i zamknęła oczy. Gardło ścisnęło mi wzruszenie: ci idioci naprawdę woleli umrzeć niż patrzeć jak się poddajemy! Dobrze wiedziałam, że musimy zaryzykować. To jedyne co nam zostało.
Gdy spojrzałam na Thomasa, zobaczyłam w jego oczach zrozumienie. Skinęliśmy głowami.
Jak tylko najszybciej mogłam, podbiegłam od tyłu do strażnika stojącego bliżej mnie i tak jak ćwiczyłam na worku, posłałam mu mocnego prawego sierpowego. Pisnęłam cicho, gdy jego głowa odskoczyła do tyłu. Wyrwałam mu włócznię i szybko obróciłam się przodem do kręgu. Tuż obok mnie stanął Thomas, w ręku trzymał lśniący miecz. Uniosłam brwi, gdy zobaczyłam z jakim nabożeństwem się w niego wpatruje. Nie budziło wątpliwości, że musiał mieć coś z półboga. Podeszliśmy ostrożnie do okręgu, jednak nie byliśmy na tyle głupi, by do niego wejść. Dzicy ponownie rozproszyli się, mniejszym półkolem otaczając ich przywódcę. Ten machnął dłonią, by znów rozpierzchli się i ustawili w czterech małych grupkach. Zachowywali się, jak idealnie wyszkolona armia...
Mężczyzna roześmiał się.
- Wasza dwójka przeciwko nam. Widzę, że naprawdę jesteście nierozsądni! Mamy tu głupią, małą czarownicę, która nawet nie wie, jak korzystać z jej daru! A obok niej stoi pusty półbóg, który źle trzyma miecz, i drży ze strachu! Naprawdę uważacie, że będziecie w stanie pokonać kogoś tak potężnego, jak Pana?!
Zaśmiał się sztucznie, głośno, i długo. Musiałam zacisnąć pięści, żeby powstrzymać się przed głupią uwagą. To kosztowałoby tylko życie Aryi i Jake'a. Kątem oka zauważyłam, jak noga Thomasa cofa się odrobinę do tyłu, oraz jak prostuje się i unosi głowę. A zaraz potem krótki gwizd w lesie. Czy to... może być Souhya? Może nie jesteśmy jeszcze straceni?
- Na razie to wy stoicie przed nami - warknął Thomas.
I wtedy stało się coś niesamowitego. Z lasu wypadły, a może wyskoczyły dziesiątki zwierząt. Wilki rzuciły się na dzikich, ptaki wbijały szpony w twarze naszych przeciwników, jelenie wbiegały na ludzi lasu, a Thomas... Rzucił się na przywódcę. Wrzasnęłam na niego, jednak nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Niewiele myśląc pobiegłam za nim. Zatrzymałam się jednak, żeby rzucić okiem na Aryę i Jake'a. Jake walczył z dwoma dzikimi na raz, ale trzymając w rękach dwa noże doskonale dawał sobie radę. A Arya? Posłała kilka celnych strzał... z łuku? Strzelała idealnie w klatki piersiowe lub głowę. Nie miałam teraz czasu zastanawiać się skąd to wytrzasnęła, bo od tyłu zaszedł mnie bardzo chudy, ale jednocześnie niezwykle zwinny mężczyzna. Wyszczerzył się złowieszczo i naparł na moją włócznię swoim mieczem. Sparowałam, a później natychmiast podcięłam mu nogi. Lata treningów naprawdę się przydały! Miecz... Musiałam mu go odebrać. Włócznia była zdecydowanie gorsza! Dziki wrzasnął, podniósł się i prawie wbił mi miecz w klatkę piersiową. Na szczęście w porę wychyliłam się w prawo, a później natarłam na niego i zmusiłam go do wycofania się. Przez chwilę walczyliśmy całkiem równo, wykorzystałam jednak jego zawahanie i trzasnęłam go włócznią po twarzy. Nie miałam jeszcze wystarczająco odwagi, by zabić go, patrząc mu w oczy. Rzuciłam włócznię na ziemię i szybko wyrwałam mu z ręki miecz. Lekki, ostry, lśniący. Skąd ci ludzie mieli taką świetną broń? Pan naprawdę o nich dbał...
Thomas. Walczył z przywódcą. Rosły mężczyzna uśmiechał się szeroko, gdy blokował jego ataki, tak jakby sprawiało mu to ogromną radość. Nagle Thomas wbił mu miecz w brzuch i wyciągnął go z trudem. Przystanęłam zszokowana. Udało mu się? Już? Powoli zaczynałam odczuwać ulgę, gdy z przerażeniem usłyszałam śmiech przywódcy. Zamachnął się i.. uderzył swoją ogromną pięścią w twarz Thomasa. Krzyknęłam, gdy chłopak upadł. Rzuciłam się w jego stronę i już, już prawie dopadłam do niego, żeby pomóc mu wstać, gdy przed oczami zobaczyłam tarczę przywódcy. Potworny ból wypełnił całą moją twarz, od brody aż po czoło, a przed oczami zobaczyłam oślepiające światło. Gdy chwilę później mój wzrok zaczął rozróżniać zarysy postaci, zdałam sobie sprawę, że leżę na mokrej ziemi. Ból pulsował i tak jakby aż krzyczał, jak wielką idiotką jestem. Jak wielkimi idiotami są wszyscy, którzy nas tu wysłali, którzy zgodzili się wyruszyć. Zobaczyłam, że Thomas wstaje i znów zaczyna niesprawiedliwą walkę z przywódcą. Muszę wstać, muszę mu pomóc. Widziałam podwójnie, gdy oparłam dłonie o trawę i podniosłam. Zachwiałam się. Chwyciłam miecz leżący obok i postarałam się wyprostować. Wzrok zaczął wracać do normalności. Wdech, wydech. Dookoła panował chaos, zwierzęta w amoku walczące z dzikimi, ale to stało się tylko tłem. Skupiłam się na wrogu numer jeden.
Thomas sparował mocny atak ze strony przywódcy - dopiero teraz zdałam sobie sprawę że miecz naszego wroga lśni krwistą czerwienią. Nie była to jednak krew. Gdy mężczyzna znów zaśmiał się i uniósł wysoko miecz, obróciłam się i wbiłam mu swoją broń w środek pleców, pragnąć go sparaliżować. Na chwilę przystanął, co wykorzystał Thomas i odskoczył do tyłu, przygotowując się na kolejny cios. Wyszarpnęłam miecz, a przywódca ryknął i... rzucił się tym razem na mnie. Krzyknęłam, gdy uniknęłam silnego uderzenia tarczą. Thomas raz po raz atakował go. Rozorał mu skórę, a krople dziwnej, zielonej krwi spływały po ciele olbrzyma. Ten ponownie krzyknął, ale nie z bólu tylko zdenerwowania, co dodało dramaturgii.
Wrzasnęłam, a zaraz potem straciłam dech. Jak w zwolnionym tempie widziałam jego nogę, uderzającą w mój brzuch. Szok na twarzy Thomasa. Dzikich walczących ze zwierzętami. Jake'a, rzucającego włócznią w któregoś z przeciwników. Aryę, unikającą ciosu w twarz od dzikiego. I... moje nogi. A potem poczułam coś twardego za plecami. Ciemność.
Gdy się ocknęłam, zdałam sobie sprawę, że straciłam przytomność jedynie na kilka sekund. To co odkryłam potem, było znacznie gorsze. Znajdowałam się trzy metry od przywódcy i Thomasa, leżałam plecami do drzewa. I nie mogłam oddychać. Zaczęłam się dusić. Łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Spokojnie. Spokojnie. Ku/w@. Nie. Nie.
Wdech. Wydech. Udało się! Udało! Znów mogłam oddychać. Zaśmiałam się histerycznie i dałam sobie czas na jeszcze kilka wdechów. Koniec, Raven. Weź się w garść. Ten dupek prawie cię zabił.
Gdy znów rzuciłam się na niego, już myślałam. Nie atakowałam bezmyślnie. Czego uczył mnie trener: każdy przeciwnik ma słaby punkt. Nawet ten niezwykle potężny. Może to być odsłanianie swojego lewego boku, podczas wymierzania ciosu, może to być nawet coś tak głupiego jak wyłamany kciuk u nogi, na który możesz nadepnąć. A przywódca miał jeden słaby punkt: traktował nas jak rozrywkę, którą dostarczył mu Pan. I przez to nie uważał zbytnio na swoją defensywę, co chwila odsłaniając swoją klatkę piersiową.
Arya walczyła dosłownie obok nas, jednak sama musiała walczyć o życie. Nie skupiała się na mnie, Thomasie czy przywódcy całego plemienia. A to musiało się zmienić. Wrzasnęłam głośno i odwróciłam uwagę "olbrzyma", wskakując mu na plecy. Chwała bogom za egzaminy ze zwinności!
- Thomas, treningi! - krzyknęłam.
Nawet jeśli był Sarae, to zdążył poznać podstawy walk. Musial mnie zrozumieć.Thomas uśmiechnął się, bardziej do siebie niż do mnie, a później wbił miecz w brzuch przywódcy. Tym razem zielona krew poleciała wielkim strumieniem. Sukces, ale przywódca wciąż był zbyt silny. Thomas dobrze jednak o tym wiedział. Musiał odwrócić jego uwagę i mu się to udało. Przywódca zaśmiał się, wciąż nie domyślając się, o co nam chodzi. Arya stanęła tyłem do nas, posyłając strzałę w kierunku dzikiego.
Zamknęłam oczy.
Przywódca uniósł rękę, by uderzyć Thomasa. Na sekundę wdarłam się do jego umysłu, spowalniając jego ruchy.
- Arya! SERCE! - wrzasnęłam rozpaczliwie, tak głośno, że zabolało mnie całe gardło.
Arya odwróciła się i spojrzała na mnie ze zmarszczonymi brwiami. Olbrzym zamarł. Thomas wstrzymał oddech. Ale najważniejsze dla mnie było, że strzała wypuszczona przez Aryę trafiła idealnie.

***

Trzy godziny później szliśmy wraz z pełnymi workami jedzenia, broni, śpiworów, a także naszych prywatnych rzeczy, które zostały nam odebrane. Dzięki Soyhyi nasi wrogowie zniknęli. Naprawdę, zniknęli. Gdy którykolwiek z nich ginął, rozpadał się na tysiące czarnych, zwęglonych kawałków. A później wszystko wyparowywało. Nie inaczej było w przypadku przywódcy. Gdy tylko strzała przebiła mu serce, zniknął, a ja z hukiem upadłam na ziemię. 
Złapaliśmy kilku ledwo żyjących dzikich i wyciągnęliśmy z nich informacje o naszych rzeczach. Zaprowadzili nas głęboko w las, żeby pokazać nam swój ogromny magazyn. Bylibyśmy idiotami, gdybyśmy nie skorzystali z tej okazji. Zaopatrzyliśmy się w ogromne ilości ich zapasów. Spotkanie ludzi lasu miało w sumie swoją dobrą stronę: dzięki nim nie obawialiśmy się, że umrzemy z głodu. Stowarzyszenie zostawiło nam naprawdę mało jedzenia i ledwo przetrwalibyśmy przez dwa miesiące.. 
Thomas odnalazł w ich magazynie również mapę. Dzięki niej mogliśmy znowu zacząć wędrówkę. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na odpoczynek: każda sekunda była cenna, zbyt dużo czasu straciliśmy podczas walki z dzikimi.
- Hej, Raven... wszystko okej? - spytała Arya, która zrównała się ze mną.
Ugryzłam się w język, żeby nie odpowiedzieć jej niczym chamskim. Odkąd strzeliła prosto w serce przywódcy, sprawy trochę się pokomplikowały. To do niej Thomas podbiegł i mocno ją wyściskał, mimo, że ja leżałam wyczerpana w błocie. Dopiero gdy wstałam i obolała podeszłam do Jake'a, który klęczał na ziemi i ciężko oddychał, zauważył że istnieję. 
Arya nie była niczemu winna, ale... nie potrafiłam wysilić się, żeby być dla niej miła. 
Nie odpowiedziałam więc na jej pytanie, tylko przyspieszyłam kroku. Na początku naszej grupki szedł Jake, później Thomas, na którego ramieniu siedziała Souhya i coś mu relacjonowała. My ociągałyśmy się na końcu.
- Posłuchaj Raven, wiem, że to wszystko jest dla ciebie trudne, ale...
- Arya, zrozum, nie musisz zawsze mieć ze wszystkimi idealnych układów, nie musisz być rozjemcą. To i tak nic nie zmieni, sama muszę to wszystko ogarnąć, okej? 
Westchnęła ciężko.
- Dobra... Ale chciałam ci powiedzieć, że nieźle sobie radziłaś. 
- Dzięki. Ty też nie byłaś taka zła. 
Uśmiechnęła się pod nosem. Przez chwilę szłyśmy w milczeniu, jednak napięcie między nami trochę zmalało. Nagle przypomniałam sobie, o co chciałam ją zapytać.
- Tak w ogóle... skąd wytrzasnęłaś ten łuk? I gdzie nauczyłaś się tak strzelać? - spytałam. 
- Jeden z dzikich siedział na gałęzi drzewa, chyba miał za zadanie strzelić do nas, gdybyśmy sprawiali kłopoty. Okazał się jednak słabym strzelcem, w końcu żadnego z nas nie przebiła strzała. Gdy przyleciała Souhya, kilka ptaków rzuciło się na niego, a on spadł na ziemię, z łukiem w ręce. Nie mogłam się powstrzymać, musiałam mu go podkraść. Na treningach często ćwiczyłam strzelanie do celu, wychodziło mi całkiem nieźle - uśmiechnęła się lekko.
Może więc jednak tak bardzo się od siebie nie różniłyśmy? Może źle ją oceniałam? A jeśli mamy spędzić ze sobą tyle czasu... to chyba nie powinnam pozwalać sobie na bezsensowną wrogość. 
Uśmiechnęłam się do niej. 
- Treningi, co? Trener pewnie i was nie oszczędzał. 
- Oczywiście! Ale ciągle pieprzył, jaka to jesteś wspaniała i ile musimy się od ciebie nauczyć - zaśmiała się. 
- Być może to ja muszę się od ciebie dużo nauczyć - odpowiedziałam. 
I wiedziałam, że mam rację. 
Gdy całkowicie zostawiliśmy za sobą wioskę dzikich, która ciągnęła się przez wiele hektarów, pomyślałam, że być może zyskałam nową przyjaciółkę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz