Zerknęłam na zegarek: miałam dużo czasu przed obiadem, a do tego skończyłam na dzisiaj lekcje. Okłamałam Thomasa w sprawie dodatkowych lekcji, po prostu chciałam jak najszybciej stamtąd uciec, a teraz nie wiedziałam, co mogę ze sobą zrobić. Postanowiłam pójść poszukać Endome - byłam jej niezwykle wdzięczna za historię z kartką Perry, a nie zdążyłam jej podziękować.
Perry... Może jednak powinnam ją odwiedzić? Chyba jeszcze nie wyszła ze szpitala, lekarze chcieli, żeby przestała bać się wszystkiego dookoła niej. Bardzo jej współczułam, pewnie to trauma na całe życie...
Odruchowo dotknęłam siniaka pod moim okiem, przykrytego grubą warstwą makijażu. Przypomniałam sobie wczorajszy wieczór i odruchowo cicho jęknęłam.
***
Gdy otworzyłam okno, po tym jak słyszałam natarczywe trzaskanie kamieniami, zobaczyłam na dole, na trawniku... Cassidy i Jasona . Tego samego, którego spotkałam jakiś czas temu na mojej polanie, gdy Izyda ostrzegła mnie przed niebezpieczeństwem. Wydało mi się to tak dawno temu...
- Hej Raven, musimy pogadać! - krzyknęła Cassidy.
Nie zauważyłam w jej głosie ani śladu wściekłości czy irytacji. Wydawała się... przygnębiona? Nigdy w życiu nie widziałam jej przygnębionej. Jason stał z założonymi rękami i wpatrywał się w przestrzeń. Pewnie nie był zadowolony, że znajduje się w takiej sytuacji.
Nie zauważyłam w jej głosie ani śladu wściekłości czy irytacji. Wydawała się... przygnębiona? Nigdy w życiu nie widziałam jej przygnębionej. Jason stał z założonymi rękami i wpatrywał się w przestrzeń. Pewnie nie był zadowolony, że znajduje się w takiej sytuacji.
- Właśnie szłam spać - mruknęłam niezadowolona.
- My też. Chodzi o Thomasa.
Westchnęłam ciężko. Cassidy nigdy nie rozmawiałaby ze mną w taki sposób, gdyby to nie było nic poważnego. Wolałam jednak zachować ostrożność, więc na chwilę cofnęłam się po mój ulubiony nóż. Wiedziałam, że to mało, ale bez niego czułabym się znacznie mniej pewnie.
Zarzuciłam kurtkę i zsunęłam się z okna, najpierw chwytając się parapetu. Cassidy uniosła lewą brew, natomiast Jason wciąż nie zaszczycał mnie spojrzeniem.
- Więc, o co chodzi? - spytałam lekko poirytowana.
- Chodźmy porozmawiać w bardziej... prywatnym miejscu - odparła Cass i nie czekając na moją odpowiedź, ruszyła przed siebie.
Przewróciłam oczami, ale zaczęłam iść za nią i Jasonem, który szybko do niej dołączył. Zaczynało mi się to coraz mniej podobać i cieszyłam się, że wzięłam nóż. Ciekawość była jednak silniejsza i postanowiłam za nimi iść.
Podczas nie najkrótszej wędrówki, wciąż zastanawiałam się nad słowami staruszka. To co mówił, było dosyć mocno skomplikowane i nie byłam pewna, czy mogę mu uwierzyć. Potrzebowałam czasu, żeby to wszystko przetrawić.
Dotarliśmy nad mały staw, otoczony dość gęstym laskiem. Poczułam się głupio, bo nie miałam o nim pojęcia, a znajdował się tylko 15 minut od Akademii. Cassidy wskazała na małą altankę, w której znajdowało się dużo miejsc siedzących.
- Dobra Raven, tak naprawdę nie do końca chodziło mi o Thomasa - syknęła, gdy już siedzieliśmy w altance.
Uniosłam lewą brew, ale spodziewałam się, że to było tylko po to, aby mnie wyciągnąć.
- Albo i nawet chodzi nam o niego. To ewidentnie przez ciebie zerwał z Verlą. Biedaczka, nie umiała się po tym pozbierać! Pierwszy raz to JĄ ktoś odrzucił, zanim zrobiła to ona.
- Nie obchodzi mnie status związku Verli. Po za tym muszę cię rozczarować, ale to nie ja byłam powodem tego... zerwania.
- Słyszeliśmy coś innego, prawda Jason? - spytała słodkim głosem.
Chłopak kiwnął głową i posłał mi wściekłe spojrzenie. Ta cała sytuacja wydała mi się niesamowicie głupia, po tym, co działo się przez ostatnie kilka dni. Jeszcze miesiąc temu byłabym tym nieźle przejęta, teraz po prostu zirytowana.
- Plotki nie zawsze są prawdziwe - warknęłam - Jeśli to wszystko, to zmarnowaliście mi 20 minut przyłażenia tu.
Zauważyłam lekkie zaskoczenie na twarzy Cassidy. Zazwyczaj starałam się rozwiązywać nasze sprzeczki pokojowo, nie chciałam mieć większych problemów. Teraz jednak zdawała mi się mała jak mrówka w porównaniu z siłami ciemności.
Zeskoczyłam lekko z małego schodka altanki.
- Nie waż się odejść! Jeszcze nie skończyłyśmy rozmowy! - krzyknęła wściekła.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Uwielbiała być panią sytuacji, niestety, nie zawsze mogła nią być.
Odwróciłam się lekko i ponownie uśmiechnęłam.
- Ale ja skończyłam.
Nagle poczułam szarpnięcie do tyłu i padłam na błotnistą ziemię. Warknęłam wkurzona i podniosłam się, żeby rzucić jej wściekłe spojrzenie.
- To naprawdę dziecinne, Cassidy. Nie mam ochoty z tobą rozmawiać.
Usłyszałam świst powietrza i zanim zdążyłam zareagować, pojawił się za mną Jason i złapał w żelaznym uścisku. Zapomniałam, że uczył się szybkiego przemieszczania. Najwyraźniej dobrze mu szło. Postanowiłam udać przerażoną. Tak naprawdę jednak, to, co powiedział staruszek, coś we mnie obudziło. Nie dałabym się tak łatwo pokonać Jasonowi i Cassidy...
Pewnym siebie krokiem podeszła do mnie moja rywalka. Rzuciła mi pogardliwe spojrzenie.
- Słuchaj, nie chodzi tu też tylko o Verlę. Wskoczyłaś na pierwsze miejsce w rankingu, po tym jak udałaś przejętą losem tej idiotki, Perry. Nie wiem jak ją znalazłaś, ale coś tu ewidentnie śmierdzi. Nie mam zamiaru dać ci wygrać, nie chcę stracić moich wspomnień i poczucia własnej wartości. Musimy dać ci nauczkę i trochę uniemożliwić ci wygraną.
Wyjęła z kieszeni mały, ozdobny nóż. Uniosłam brwi. Zwariowała, naprawdę zwariowała. Odbiło jej. Uderzyła się w głowę. Nie miała prawa podnieść na mnie ręki! Gdyby ktoś się o tym dowiedział, wyrzucili by ją natychmiast. Nie wiem, jak miała zamiar uniemożliwić mi powiedzenie o tym komuś. Zresztą, zaraz tak jej przywalę, że nigdy więcej o czymś takim nie pomyśli.
Udałam, że próbuję się wyrwać. Jason złapał mnie jeszcze mocniej, ściskając szyję. To był błąd, odciął mi trochę dopływ powietrza i musiałam skupiać się już nie tylko na wydostaniu, ale i na oddychaniu. Cassidy zbliżyła się i poruszyła lekko palcami. Poczułam ścisk w brzuchu, na dłoniach, które zbliżyły się do siebie oraz na ustach. Nie znałam tego zaklęcia, ale nie mogłam się ruszyć. Musiałam szybko coś wymyślić, zanim ona pokaże jak bardzo jest stuknięta.
Zbliżyła się i przejechała palcami po nożu. Ten zalśnił czerwienią. Znowu kolejne nieznane mi zaklęcie. Czarna magia.
Poczułam nagły przypływ... mocy? Nie potrafiłam tego nazwać. Jason puścił mnie a ja upadłam na kolana. Miałam już w plan.
Cassidy zbliżyła nóż do mojego policzka. Wyraźnie napawała się pokonaniem mnie. Nie wiedziała jednak, że wcale jej się to nie udało.
- Szkoda będzie stracić taką konkurentkę, ale myślę, że wszyscy na tym zyskają.
W tym momencie zniszczyłam jej zaklęcie i szybko wstałam, równocześnie podcinając jej nogi. Upadła na ziemię z wściekłym okrzykiem. Natychmiast wyczułam podmuch wiatru i szybko kucnęłam, unikając mocnego prawego sierpowego. Jason zawahał się na chwilę, zdziwiony moją reakcją, a ja to wykorzystałam i posłałam mu niezwykle mocnego kopniaka w brzuch. Zszokowana patrzyłam, jak ląduje pięć metrów dalej. Staruszek miał rację. Coś jednak we mnie drzemało...
Cassidy wstała i rzuciła się na mnie. Przewróciłyśmy się na błoto, a moja rywalka uniosła swój czerwony nóż. Nie wyglądało na to, że chciała mnie zabić. Chciała mnie po prostu poważnie uszkodzić...
Więc ja również mogłam pójść za jej przykładem.
Odrzuciłam ją do tyłu nawet jej nie dotykając. Uderzyła plecami w płotek otaczający altankę. Wstałam i patrzyłam, jak zdezorientowana podnosi się, zaciskając palce na rękojeści swojego noża.
- Jak... jakim cudem to zrobiłaś? - spytała.
- Nie doceniałaś mnie, Cassidy - uśmiechnęłam się kpiąco.
Po raz pierwszy czułam się od niej lepsza. Silniejsza. Potężniejsza.
Świst powietrza. Wymiana zdań z Cass wytrąciła mnie z równowagi i sprawiła, że Jasonowi udało się mnie uderzyć i powalić. Jęknęłam, czując piekący ból na prawym policzku. Chłopak uniósł lekko nogę, a następnie posłał mi mocnego kopniaka w brzuch. Jęknęłam gdy rozlała się fala strasznego bólu i brak możliwości wzięcia oddechu. Jason uśmiechnął się szyderczo. Próbowałam wstać, poczułam jednak kolejne zaklęcie Cassidy. Powstrzymywało mnie przed powstaniem. Zmarszczyłam brwi, o ile można to tak nazwać, gdy trzymałam się za brzuch, czując dziwną pustkę w środku. To nie wróżyło zbyt dobrze. Nagle zaklęcie zniknęło, a ja zamrugałam zdziwiona. Nie potrafiłam zrozumieć o co chodzi...
Dopiero gdy usłyszałam znajomy głos, zdałam sobie sprawę, że jakimś cudem ktoś przyszedł mi pomóc. I to nie byle kto, a Jake, z którym rozmawiałam zaledwie dwa razy.
Chłopak wrzeszczał na Cassidy i Jasona, gdy nagle Jason zaszedł go od tyłu i solidnie mu przywalił. Jake posłał mu silny cios, tak mocny, że chłopak upadł do tyłu na ziemię i się nie ruszał. Jake podszedł do mnie i podał mi rękę. Przyjęłam ją szybko i uspokoiłam oddech. Stanęliśmy plecami do siebie jak w tanim filmie akcji, czekając na kolejny atak ze strony tych idiotów.
Cassidy rzuciła zaklęcie pnącza, które poznaliśmy na początku naszej edukacji. Z ziemi zaczęły wyrastać korzenie i oplatać moje nogi. Na szczęście dobrze się wtedy uczyłam i zdołałam sprawić, by zgniły i opadły zniszczone. Chłopaki preferowali walkę wręcz. Jason co chwilę atakował Jake'a, podczas gdy ten coraz słabiej się bronił. Niestety, musiałam na razie zająć się Cassidy, która wystrzeliła dziwny promień światła w moją stronę. Jakiś odruch zakorzeniony głęboko we mnie natychmiast zrobił to samo co ona, po chwili walczyłyśmy dosłownie jak w Harry'm Potterze. Jej światło coraz bardziej pochłaniało moje....
Odrzuciło nas do tyłu, ona trafiła w płot altanki, a ja w gruby pień drzewa. Stęknęłam, gdy na chwilę ponownie odebrało mi oddech. Oczy zaszły mi łzami, ale szybko zdołałam się opanować. Cassidy już wstała i wyjęła swój nóż. Zerknęłam odruchowo na Jake'a i Jasona. Jake dostał prawym sierpowym Jasona i upadł na ziemię. O, nie!
Jason zmierzał w moją stronę, tak samo jak Cassidy. Spróbowałam skupić całą swoją siłę w sobie, żeby zdołać na chwilę unieruchomić chociaż jedną osobę. Padło na Jasona, który wydawał mi się znacznie niebezpieczniejszy. Chłopak upadł na ziemię sparaliżowany, ale było to bardzo proste zaklęcie. Najważniejsze, że zadziałało. Cassidy zmieniła kolor miecza, a ja szybko pognałam do Jake'a aby pomóc mu wstać. Przyjął moją pomoc z wdzięcznością, bo Cass ewidentnie rzuciła na niego zaklęcie bezruchu. Udało mi się na chwilę włamać do jej umysłu i zdezorientować, ale to również mogło potrwać tylko chwilę.
Jason wstał.
- Wiem, co musimy zrobić. Złap mnie za rękę - nakazał Jake.
Szybko podałam mu swoją brudną dłoń. Uścisnął ją mocno i nakazał mi się skupić całkowicie na Jasonie i Cassidy. Nie wiedziałam, jaki ma plan, ale determinacja w jego oczach kazała mu zaufać. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że odrzuca ich mocno do tyłu tak, że będziemy mieli szansę na wygraną. Jake mruczał coś pod nosem. Gdy otworzyłam oczy, zauważyłam otaczającą nas dziwną, żółtą poświatę. I wtedy straciłam przytomność.
Dopiero gdy usłyszałam znajomy głos, zdałam sobie sprawę, że jakimś cudem ktoś przyszedł mi pomóc. I to nie byle kto, a Jake, z którym rozmawiałam zaledwie dwa razy.
Chłopak wrzeszczał na Cassidy i Jasona, gdy nagle Jason zaszedł go od tyłu i solidnie mu przywalił. Jake posłał mu silny cios, tak mocny, że chłopak upadł do tyłu na ziemię i się nie ruszał. Jake podszedł do mnie i podał mi rękę. Przyjęłam ją szybko i uspokoiłam oddech. Stanęliśmy plecami do siebie jak w tanim filmie akcji, czekając na kolejny atak ze strony tych idiotów.
Cassidy rzuciła zaklęcie pnącza, które poznaliśmy na początku naszej edukacji. Z ziemi zaczęły wyrastać korzenie i oplatać moje nogi. Na szczęście dobrze się wtedy uczyłam i zdołałam sprawić, by zgniły i opadły zniszczone. Chłopaki preferowali walkę wręcz. Jason co chwilę atakował Jake'a, podczas gdy ten coraz słabiej się bronił. Niestety, musiałam na razie zająć się Cassidy, która wystrzeliła dziwny promień światła w moją stronę. Jakiś odruch zakorzeniony głęboko we mnie natychmiast zrobił to samo co ona, po chwili walczyłyśmy dosłownie jak w Harry'm Potterze. Jej światło coraz bardziej pochłaniało moje....
Odrzuciło nas do tyłu, ona trafiła w płot altanki, a ja w gruby pień drzewa. Stęknęłam, gdy na chwilę ponownie odebrało mi oddech. Oczy zaszły mi łzami, ale szybko zdołałam się opanować. Cassidy już wstała i wyjęła swój nóż. Zerknęłam odruchowo na Jake'a i Jasona. Jake dostał prawym sierpowym Jasona i upadł na ziemię. O, nie!
Jason zmierzał w moją stronę, tak samo jak Cassidy. Spróbowałam skupić całą swoją siłę w sobie, żeby zdołać na chwilę unieruchomić chociaż jedną osobę. Padło na Jasona, który wydawał mi się znacznie niebezpieczniejszy. Chłopak upadł na ziemię sparaliżowany, ale było to bardzo proste zaklęcie. Najważniejsze, że zadziałało. Cassidy zmieniła kolor miecza, a ja szybko pognałam do Jake'a aby pomóc mu wstać. Przyjął moją pomoc z wdzięcznością, bo Cass ewidentnie rzuciła na niego zaklęcie bezruchu. Udało mi się na chwilę włamać do jej umysłu i zdezorientować, ale to również mogło potrwać tylko chwilę.
Jason wstał.
- Wiem, co musimy zrobić. Złap mnie za rękę - nakazał Jake.
Szybko podałam mu swoją brudną dłoń. Uścisnął ją mocno i nakazał mi się skupić całkowicie na Jasonie i Cassidy. Nie wiedziałam, jaki ma plan, ale determinacja w jego oczach kazała mu zaufać. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że odrzuca ich mocno do tyłu tak, że będziemy mieli szansę na wygraną. Jake mruczał coś pod nosem. Gdy otworzyłam oczy, zauważyłam otaczającą nas dziwną, żółtą poświatę. I wtedy straciłam przytomność.
- Wszystko okej? - spytał łagodnie kandydat na Re.
Otworzyłam oczy i zauważyłam, że wciąż jesteśmy nad stawem. Zauważyłam również, że leżę na ławce w altance, a na ławkach obok leżą nieprzytomni Cassidy i Jason. Spojrzałam pytająco na Jake'a, który wzruszył ramionami.
- Magik nigdy nie zdradza swoich tajemnic - uśmiechnął się szeroko.
Musiałam przyjąć to do wiadomości, a nawet CHCIAŁAM przyjąć to do wiadomości. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień...
- Powinniśmy pójść do szkoły.
Otworzyłam oczy i zauważyłam, że wciąż jesteśmy nad stawem. Zauważyłam również, że leżę na ławce w altance, a na ławkach obok leżą nieprzytomni Cassidy i Jason. Spojrzałam pytająco na Jake'a, który wzruszył ramionami.
- Magik nigdy nie zdradza swoich tajemnic - uśmiechnął się szeroko.
Musiałam przyjąć to do wiadomości, a nawet CHCIAŁAM przyjąć to do wiadomości. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień...
- Powinniśmy pójść do szkoły.
Uśmiechnęłam się słabo i skinęłam głową. Byłam w szoku. Nigdy nie spodziewałabym się czegoś takiego po Cassidy. Była plotkarą, manipulantką, kłamcą, ale nigdy nie pomyślałabym, że zniży się do czegoś takiego.
Jake przeniósł wzrok z powrotem na Cassidy.
- Jestem pewny, że już jutro ne będą o nas pamiętać. Mam nadzieję, że wyślą ich do wyjątkowo paskudnego miejsca.
***
Endome opowiadała mi, jak umówiła się na randkę z podobno wyjątkowo przystojnym i czarującym chłopakiem o imieniu Matt. Kibicowałam jej nowemu związkowi, jednak jednocześnie czułam się trochę przygnębiona. Moje związki nigdy nie były proste. Zresztą, jakie związki? Gdy już myślałam, że coś z tego może wyjść, okazało się, że jemu kompletnie nie zależy...
Po sycącym obiedzie postanowiłam coś ze sobą zrobić. Musiałam nauczyć się porządnie bronić przed wrogami. Po akcji z Cassidy i Jasonem zrozumiałam, że to samo się nie zrobi...
20 minut później byłam już w siłowni, na szczęście wyjątkowo pustej. Większość uczniów albo spędzała czas w sali gier, albo miała lekcje. Na szczęście moje się już skończyły...
Postanowiłam zacząć od czegoś w miarę prostego: uderzania w worek bokserski. Przy okazji mogłam się wyładować. Jedno uderzenie: Thomas. Drugie uderzenie: Cassidy. Trzecie uderzenie: Cath. Czwarte: Jason. Piąte: dyrektor.
Przy dziesiątym uderzeniu zdałam sobie sprawę, że worek odskakuje coraz dalej niż to jest normalne. Zacisnęłam zęby i spróbowałam posłać go jak najdalej tylko mogłam. Znacznie dalej.
Przez kilkanaście minut próbowałam posyłać go coraz dalej i jednocześnie powstrzymywać zmęczenie. Po pewnym czasie udawało mi się to wszystko ze sobą zgrać, wiedziałam jednak, że będę musiała powtarzać to codziennie, by mogło w jakiś sposób przełożyć się na walkę w stresującej sytuacji.
Postanowiłam spróbować z magią. Odsunęłam się dwa metry od worka i skupiłam się na nim najmocniej jak tylko potrafiłam. Wyobraziłam sobie, że ląduje na drugim końcu sali. Udało mi się mocno go rozbujać, jednak to nie do końca mnie zadowoliło. Skupienie. Odrzut. Skupienie... Odrzut.
Po kilku kolejnych razach wreszcie mi się udało i poszybował cztery metry dalej, z głośnym hukiem uderzając w ścianę. Uśmiechnęłam się dumna z siebie i postanowiłam na chwilę sobie odpocząć.
Usiadłam na ławce i nawał chaotycznych myśli znowu wypełnił moją głowę. Próbowałam odpędzić je jak natrętne owady, jednak wciąż powracały ze zdwojoną siłą. Rozmowa ze staruszkiem, pocałunek z Thomasem, walka z Cassidy i Jasonem, nie rozmawianie z Cath... Tego było naprawdę za dużo. Odetchnęłam głęboko i postanowiłam, że muszę przestać o tym wszystkim tyle myśleć. To nie ma najmniejszego sensu...
Usłyszałam trzask drzwi. Podniosłam głowę i zobaczyłam Cath. Ona? Na siłowni? Gdy moja... przyjaciółka mnie zauważyła, natychmiast stanęła i lekko się zmieszała. No i dobrze, w końcu to ona tak otwarcie mnie skrytykowała.
- Yym... Cześć? - przywitała mnie.
- Hej - odpowiedziałam jej chłodno.
Wstałam. Nie miałam zamiaru przebywać w jednym pomieszczeniu razem z nią. Zbyt bardzo się na nią wkurzyłam. Szkoda, bo bardzo chciałam jeszcze trochę poćwiczyć, ale mogę to równie dobrze zrobić w pokoju. Na pewno nie spędzę z nią więcej czasu niż to konieczne.
Wyminęłam nią mając zamiar wyjść, jednak powstrzymała mnie złapaniem mnie za nadgarstek.
Odwróciłam się w jej stronę wściekła. Jej wzrok skierował się na mojego siniaka na policzku. Ech, no tak, zmyłam makijaż przed pójściem na siłownię...
- Raven, posłuchaj... Wyrzucili Cassidy i Jasona. Czy... to ma związek z tobą? - spytała.
W jej oczach widziałam... strach? Czy ona naprawdę się o mnie martwiła? Westchnęłam. Nie potrafiłam się na nią dłużej gniewać. Jednak naprawdę nie chciałam z nią teraz rozmawiać. Nie wiedziała o tylu ważnych rzeczach...
- Tak, ma. Cath, jestem zmęczona. Wracam do pokoju - odparłam sucho.
Dziewczyna skinęła głową i puściła moją rękę. Odwróciła twarz, gdy wyszłam z siłowni. Miałam lekkie wyrzuty sumienia, ale mimo wszystko dobrze zrobiłam. Taką przynajmniej miałam nadzieję.
Doszłam do pokoju i stanęłam jak wryta. Przed drzwiami czekał nie kto inny, jak Thomas. Odetchnęłam głęboko i udałam obojętną. To było jedyne co mogło mnie uratować przed odkryciem się.
- Co ty tu robisz? - zapytałam krzyżując ramiona na piersi.
- Musimy pogadać... poważnie - westchnął.
Ja również westchnęłam ciężko, ale otworzyłam drzwi i bez słowa wpuściłam go do środka. Włączyłam światło i szybko ogarnęłam pokój. Panował w nim... artystyczny nieład, ale nie było wielkiego bałaganu. Usiadłam na łóżku, a Thomas przysunął sobie krzesło z biurka.
- Posłuchaj, Souhya widziała coś... strasznego. Mówi, że musimy uciekać. Pan zbliża się tutaj, żeby zniszczyć większość kandydatów, tych, którzy mieli zostać wybrani. Niestety, dotyczy to również nas.
- Ale gdzie uciec?!
- Pamiętasz, jak ten staruszek mówił nam o podróży? Poznałem jednego z członków tego stowarzyszenia, nazywa się Nian. Odkryli kim są pozostałe dwie osoby, o których wspomniano w przepowiedni. Uważają, że im prędzej wyruszymy zniszczyć to źródło mocy Pana, tym lepiej. A skoro oni mają zamiar zaatakować szkołę...
Wstałam i podeszłam do okna. A więc zaczęło się, nasza walka o życie i zniszczenie sił ciemności. Westchnęłam ciężko. To wciąż było dla mnie jak słuchanie o fabule filmu albo książki. Musiałam jednak myśleć racjonalnie. Souhya nie kłamałaby w tak wielkiej sprawie, a stowarzyszenie wiedziało znacznie więcej niż my.
- Kim są te osoby? - spytałam.
- Jeszcze mi nie powiedzieli - mruknął zmieszany.
Prychnęłam cicho. No jasne, po co mieliby nam coś wyjaśnić.
- To w ogóle coś wiemy? Kiedy mamy wyjechać? Jak daleko jest to miejsce? Powiedzieli ci w ogóle coś o szczegółach?
Thomas lekko się zmieszał.
- Nie za bardzo. Mamy się spakować i spotkać z nimi przy jakimś stawie, ale nie mam pojęcia gdzie to jest. Tam będą też dwie pozostałe osoby, które mają z nami wyruszyć.
Westchnęłam, ale i tak dobrze wiedziałam co zrobię: pójdę nad staw i wysłucham co mają nam do powiedzenia. Zresztą, nie mogłam wiecznie się oszukiwać, że nie ma żadnego zagrożenia. Cały czas czułam podskórny niepokój.
20 minut później dochodziliśmy do stawu. Rozmowa między nami się nie kleiła - wciąż czułam smutek i przygnębienie, a po za tym, za każdym razem zbywałam pytania Thomasa. Nie chciałam z nim rozmawiać jakby nigdy nic się nie stało. Musiałam po prostu wreszcie zrozumieć, że nie wszystko musi iść po mojej myśli...
Zza drzew wyłonił się ten sam staw, przy którym wczoraj wieczorem walczyłam z Cassidy i Jasonem. Po cichu liczyłam, że może osobą, która z nami pojedzie, będzie również Jake... Jedyna osoba, na którą mogłam liczyć ostatnimi czasy.
Przed nami stał chińczyk, starzec, który opowiedział nam o stowarzyszeniu, a także kilka nastolatków, z poważnymi minami i... bronią w rękach.
- Cieszymy się, że jednak przyszliście - staruszek uśmiechnął się.
Uśmiech jednak nie dosięgnął jego oczu. Widocznie sytuacja była naprawdę poważna. Pewnie również bardzo dużo ryzykowali, przychodząc tutaj, prawie pod sam budynek Akademii.
- Pewnie najważniejsze dla was na razie jest, kim są pozostałe dwie osoby wymienione w przepowiedni. Chodźcie! - zawołał.
Zza szeregu członków stowarzyszenia wyszły dwie postacie. Serce zaczęło mi szybciej bić, gdy rozpoznałam w jednej z nich Jake'a! Tknięta impulsem (a może również wdzięcznością za pomoc ostatniego wieczoru) podbiegłam do niego i rzuciłam mu się na szyję. Poczułam jego zdziwienie, ale po chwili odwzajemnił uścisk. Cofnęłam się, żeby zobaczyć, kim jest druga osoba. Liczyłam, że może być to ktoś, kogo znam. Endome? Cath? Niestety, żadna z tych osób. Zobaczyłam ładną dziewczynę, z małymi zielonymi oczami, które lśniły w ciemności. Zmarszczyłam brwi i spróbowałam ją rozpoznać. Niestety, nie potrafiłam. Dziewczyna podeszła do Thomasa i uścisnęła go lekko. Znają się? Czyli to oznacza, że w naszej małej "drużynie" będą same znajome osoby. Jednocześnie lekko mnie to uspokoiło, ale również zaniepokoiło. W przepowiedni przecież ewidentnie było napisane, że możemy ponieść wielką cenę: śmierć. Czy będę w stanie patrzeć, jak bliskie mi osoby umierają?
Odruchowo cała nasza czwórka ustawiła się na przeciwko stowarzyszenia. W spojrzeniu staruszka widziałam... dumę i podziw? Dodało mi to trochę pewności siebie. Jake posłał mi pełne otuchy spojrzenie. Zerknęłam na tajemniczą dziewczynę i lekko się do niej uśmiechnęłam. Odpowiedziała mi tym samym, jednak na jej policzki wdarły się rumieńce. A Thomas... spojrzał na mnie jakby się nad czymś mocno zastanawiał. Westchnęłam cicho.
- Chcieliśmy sprowadzić was tu, byście mieli czas na wysłuchanie naszej historii i żebyście zdążyli trochę się poznać. Niestety, plany się zmieniły. Pan jest znacznie bliżej Akademii niż myśleliśmy. Wasze bagaże czekają na was w pociągu, dwójka naszych szpiegów zdołała je przygotować. Znajdziecie w nich kilka waszych osobistych rzeczy, pełno jedzenia i wody pitnej. Udajcie się szybko na dworzec, gdzie będzie na was czekać kilu pomocników. Zaprowadzi was tam Nian i Cher. Powodzenia moi kochani. Więcej szczegółów poznacie już podczas jazdy - uśmiechnął się ponownie.
Zanim zdążyłam się zorientować, stowarzyszenie rozpierzchło się, a przed nami pozostał tylko chińczyk, zapewne Nian, oraz niska szatynka, pewnie Cher. Uśmiechnęli się do nas niemrawo. Już po chwili prowadzili nas krętymi ścieżkami na dworzec. Myślałam, że gdy w końcu wyruszymy, odczuję to wszystko i wreszcie uwierzę w to, co się dzieje. Tak naprawdę jednak zachowywałam się jak w amoku...
Gdy mijaliśmy rozłożysty dąb, Jake zrównał się ze mną i wyciągnął do mnie rękę. Przyjęłam ją.
A więc moje dotychczasowe życie właśnie zostało z tyłu.
by Julire
Po sycącym obiedzie postanowiłam coś ze sobą zrobić. Musiałam nauczyć się porządnie bronić przed wrogami. Po akcji z Cassidy i Jasonem zrozumiałam, że to samo się nie zrobi...
20 minut później byłam już w siłowni, na szczęście wyjątkowo pustej. Większość uczniów albo spędzała czas w sali gier, albo miała lekcje. Na szczęście moje się już skończyły...
Postanowiłam zacząć od czegoś w miarę prostego: uderzania w worek bokserski. Przy okazji mogłam się wyładować. Jedno uderzenie: Thomas. Drugie uderzenie: Cassidy. Trzecie uderzenie: Cath. Czwarte: Jason. Piąte: dyrektor.
Przy dziesiątym uderzeniu zdałam sobie sprawę, że worek odskakuje coraz dalej niż to jest normalne. Zacisnęłam zęby i spróbowałam posłać go jak najdalej tylko mogłam. Znacznie dalej.
Przez kilkanaście minut próbowałam posyłać go coraz dalej i jednocześnie powstrzymywać zmęczenie. Po pewnym czasie udawało mi się to wszystko ze sobą zgrać, wiedziałam jednak, że będę musiała powtarzać to codziennie, by mogło w jakiś sposób przełożyć się na walkę w stresującej sytuacji.
Postanowiłam spróbować z magią. Odsunęłam się dwa metry od worka i skupiłam się na nim najmocniej jak tylko potrafiłam. Wyobraziłam sobie, że ląduje na drugim końcu sali. Udało mi się mocno go rozbujać, jednak to nie do końca mnie zadowoliło. Skupienie. Odrzut. Skupienie... Odrzut.
Po kilku kolejnych razach wreszcie mi się udało i poszybował cztery metry dalej, z głośnym hukiem uderzając w ścianę. Uśmiechnęłam się dumna z siebie i postanowiłam na chwilę sobie odpocząć.
Usiadłam na ławce i nawał chaotycznych myśli znowu wypełnił moją głowę. Próbowałam odpędzić je jak natrętne owady, jednak wciąż powracały ze zdwojoną siłą. Rozmowa ze staruszkiem, pocałunek z Thomasem, walka z Cassidy i Jasonem, nie rozmawianie z Cath... Tego było naprawdę za dużo. Odetchnęłam głęboko i postanowiłam, że muszę przestać o tym wszystkim tyle myśleć. To nie ma najmniejszego sensu...
Usłyszałam trzask drzwi. Podniosłam głowę i zobaczyłam Cath. Ona? Na siłowni? Gdy moja... przyjaciółka mnie zauważyła, natychmiast stanęła i lekko się zmieszała. No i dobrze, w końcu to ona tak otwarcie mnie skrytykowała.
- Yym... Cześć? - przywitała mnie.
- Hej - odpowiedziałam jej chłodno.
Wstałam. Nie miałam zamiaru przebywać w jednym pomieszczeniu razem z nią. Zbyt bardzo się na nią wkurzyłam. Szkoda, bo bardzo chciałam jeszcze trochę poćwiczyć, ale mogę to równie dobrze zrobić w pokoju. Na pewno nie spędzę z nią więcej czasu niż to konieczne.
Wyminęłam nią mając zamiar wyjść, jednak powstrzymała mnie złapaniem mnie za nadgarstek.
Odwróciłam się w jej stronę wściekła. Jej wzrok skierował się na mojego siniaka na policzku. Ech, no tak, zmyłam makijaż przed pójściem na siłownię...
- Raven, posłuchaj... Wyrzucili Cassidy i Jasona. Czy... to ma związek z tobą? - spytała.
W jej oczach widziałam... strach? Czy ona naprawdę się o mnie martwiła? Westchnęłam. Nie potrafiłam się na nią dłużej gniewać. Jednak naprawdę nie chciałam z nią teraz rozmawiać. Nie wiedziała o tylu ważnych rzeczach...
- Tak, ma. Cath, jestem zmęczona. Wracam do pokoju - odparłam sucho.
Dziewczyna skinęła głową i puściła moją rękę. Odwróciła twarz, gdy wyszłam z siłowni. Miałam lekkie wyrzuty sumienia, ale mimo wszystko dobrze zrobiłam. Taką przynajmniej miałam nadzieję.
Doszłam do pokoju i stanęłam jak wryta. Przed drzwiami czekał nie kto inny, jak Thomas. Odetchnęłam głęboko i udałam obojętną. To było jedyne co mogło mnie uratować przed odkryciem się.
- Co ty tu robisz? - zapytałam krzyżując ramiona na piersi.
- Musimy pogadać... poważnie - westchnął.
Ja również westchnęłam ciężko, ale otworzyłam drzwi i bez słowa wpuściłam go do środka. Włączyłam światło i szybko ogarnęłam pokój. Panował w nim... artystyczny nieład, ale nie było wielkiego bałaganu. Usiadłam na łóżku, a Thomas przysunął sobie krzesło z biurka.
- Posłuchaj, Souhya widziała coś... strasznego. Mówi, że musimy uciekać. Pan zbliża się tutaj, żeby zniszczyć większość kandydatów, tych, którzy mieli zostać wybrani. Niestety, dotyczy to również nas.
- Ale gdzie uciec?!
- Pamiętasz, jak ten staruszek mówił nam o podróży? Poznałem jednego z członków tego stowarzyszenia, nazywa się Nian. Odkryli kim są pozostałe dwie osoby, o których wspomniano w przepowiedni. Uważają, że im prędzej wyruszymy zniszczyć to źródło mocy Pana, tym lepiej. A skoro oni mają zamiar zaatakować szkołę...
Wstałam i podeszłam do okna. A więc zaczęło się, nasza walka o życie i zniszczenie sił ciemności. Westchnęłam ciężko. To wciąż było dla mnie jak słuchanie o fabule filmu albo książki. Musiałam jednak myśleć racjonalnie. Souhya nie kłamałaby w tak wielkiej sprawie, a stowarzyszenie wiedziało znacznie więcej niż my.
- Kim są te osoby? - spytałam.
- Jeszcze mi nie powiedzieli - mruknął zmieszany.
Prychnęłam cicho. No jasne, po co mieliby nam coś wyjaśnić.
- To w ogóle coś wiemy? Kiedy mamy wyjechać? Jak daleko jest to miejsce? Powiedzieli ci w ogóle coś o szczegółach?
Thomas lekko się zmieszał.
- Nie za bardzo. Mamy się spakować i spotkać z nimi przy jakimś stawie, ale nie mam pojęcia gdzie to jest. Tam będą też dwie pozostałe osoby, które mają z nami wyruszyć.
Westchnęłam, ale i tak dobrze wiedziałam co zrobię: pójdę nad staw i wysłucham co mają nam do powiedzenia. Zresztą, nie mogłam wiecznie się oszukiwać, że nie ma żadnego zagrożenia. Cały czas czułam podskórny niepokój.
20 minut później dochodziliśmy do stawu. Rozmowa między nami się nie kleiła - wciąż czułam smutek i przygnębienie, a po za tym, za każdym razem zbywałam pytania Thomasa. Nie chciałam z nim rozmawiać jakby nigdy nic się nie stało. Musiałam po prostu wreszcie zrozumieć, że nie wszystko musi iść po mojej myśli...
Zza drzew wyłonił się ten sam staw, przy którym wczoraj wieczorem walczyłam z Cassidy i Jasonem. Po cichu liczyłam, że może osobą, która z nami pojedzie, będzie również Jake... Jedyna osoba, na którą mogłam liczyć ostatnimi czasy.
Przed nami stał chińczyk, starzec, który opowiedział nam o stowarzyszeniu, a także kilka nastolatków, z poważnymi minami i... bronią w rękach.
- Cieszymy się, że jednak przyszliście - staruszek uśmiechnął się.
Uśmiech jednak nie dosięgnął jego oczu. Widocznie sytuacja była naprawdę poważna. Pewnie również bardzo dużo ryzykowali, przychodząc tutaj, prawie pod sam budynek Akademii.
- Pewnie najważniejsze dla was na razie jest, kim są pozostałe dwie osoby wymienione w przepowiedni. Chodźcie! - zawołał.
Zza szeregu członków stowarzyszenia wyszły dwie postacie. Serce zaczęło mi szybciej bić, gdy rozpoznałam w jednej z nich Jake'a! Tknięta impulsem (a może również wdzięcznością za pomoc ostatniego wieczoru) podbiegłam do niego i rzuciłam mu się na szyję. Poczułam jego zdziwienie, ale po chwili odwzajemnił uścisk. Cofnęłam się, żeby zobaczyć, kim jest druga osoba. Liczyłam, że może być to ktoś, kogo znam. Endome? Cath? Niestety, żadna z tych osób. Zobaczyłam ładną dziewczynę, z małymi zielonymi oczami, które lśniły w ciemności. Zmarszczyłam brwi i spróbowałam ją rozpoznać. Niestety, nie potrafiłam. Dziewczyna podeszła do Thomasa i uścisnęła go lekko. Znają się? Czyli to oznacza, że w naszej małej "drużynie" będą same znajome osoby. Jednocześnie lekko mnie to uspokoiło, ale również zaniepokoiło. W przepowiedni przecież ewidentnie było napisane, że możemy ponieść wielką cenę: śmierć. Czy będę w stanie patrzeć, jak bliskie mi osoby umierają?
Odruchowo cała nasza czwórka ustawiła się na przeciwko stowarzyszenia. W spojrzeniu staruszka widziałam... dumę i podziw? Dodało mi to trochę pewności siebie. Jake posłał mi pełne otuchy spojrzenie. Zerknęłam na tajemniczą dziewczynę i lekko się do niej uśmiechnęłam. Odpowiedziała mi tym samym, jednak na jej policzki wdarły się rumieńce. A Thomas... spojrzał na mnie jakby się nad czymś mocno zastanawiał. Westchnęłam cicho.
- Chcieliśmy sprowadzić was tu, byście mieli czas na wysłuchanie naszej historii i żebyście zdążyli trochę się poznać. Niestety, plany się zmieniły. Pan jest znacznie bliżej Akademii niż myśleliśmy. Wasze bagaże czekają na was w pociągu, dwójka naszych szpiegów zdołała je przygotować. Znajdziecie w nich kilka waszych osobistych rzeczy, pełno jedzenia i wody pitnej. Udajcie się szybko na dworzec, gdzie będzie na was czekać kilu pomocników. Zaprowadzi was tam Nian i Cher. Powodzenia moi kochani. Więcej szczegółów poznacie już podczas jazdy - uśmiechnął się ponownie.
Zanim zdążyłam się zorientować, stowarzyszenie rozpierzchło się, a przed nami pozostał tylko chińczyk, zapewne Nian, oraz niska szatynka, pewnie Cher. Uśmiechnęli się do nas niemrawo. Już po chwili prowadzili nas krętymi ścieżkami na dworzec. Myślałam, że gdy w końcu wyruszymy, odczuję to wszystko i wreszcie uwierzę w to, co się dzieje. Tak naprawdę jednak zachowywałam się jak w amoku...
Gdy mijaliśmy rozłożysty dąb, Jake zrównał się ze mną i wyciągnął do mnie rękę. Przyjęłam ją.
A więc moje dotychczasowe życie właśnie zostało z tyłu.
by Julire
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz