-Proszę pana tu są chorzy ludzie. Jeśli dobrze pamiętam niedawno leżał pan tu z młodą kobietą. Chyba wie pan jakie to okropne kiedy ktoś krzyczy w lecznicy?
Wiedziałem. Raz dziewczyna się awanturowała, bo zabroniono jej spotkania się z ukochanym. Ponoć ją wydalili, bo doszło do rękoczynów.
-Przepraszam- zniżyłem głos, jednak jego barwa dalej była niezmienna- Kiedy będę mógł się z nią spotkać? Mam jej coś do... przekazania.
-Jutro po obiedzie-odparła niska kobieta- a teraz przepraszam. Muszę zmienić Pannie Whoters kroplówkę.
Odwróciła się na pięcie i spokojnym krokiem ruszyła w stronę rudej dziewczyny na łóżku.
Ja także skierowałem się w stronę drzwi. Kłótnia z Raven całkowicie mnie wyczerpała i nie miałem ochoty na inne zmartwienia. Jednak kiedy tylko usiadłem od razu przed oczami pojawiał się Jake, który z triumfalną miną zerkał w moją stronę, podczas mojej dość wulgarnej rozmowy z Raven.
Dlatego ciągle gdzieś chodziłem. Załatwiałem rzeczy na które nie miałem czasu podczas mojego pobytu w szpitalu lub nauki. Godziny mijały powolutku jak ziarnka piasku w klepsydrze. Nagle odkryłem, że nie mam już nic do zrobienia. Wtedy postanowiłem wysłać informacje do Souhyi żeby przybyła.
"Thomasie, jestem już tak blisko odnalezienia siostry. Ze 3 dni drogi. Proszę.."
Chciałbym jej powiedzieć, że się nie zgadzam, że ma wracać. Posłuchałaby. Ale znienawidziłaby mnie albo co gorsza, ja znienawidziłbym siebie.
Postanowiłem iść na dodatkowe lekcje z których można wyjść kiedy tylko się chce.
Ruszyłem długim korytarzem, podziwiając obrazy dyrektorów, nauczycieli, uczniów. Cieszyłem się, że nawet jak odpadnę będę wisiał na tej ścianie. Zrobiłem parę zakrętów i powymieniałem się uprzejmymi formułkami z znajomymi. Co jakiś czas mijałem grupkę dziewczyn, które na mój widok chichotały jak szalone. Wszedłem akurat na wykład mojej ulubionej nauczycielki. Była ona jedynym pracownikiem szkoły, który miał prawo poruszać tematy życia ludzkiego. Taka tam historia zwykłoczłeków.
-O, Thomas. Ciebie tu się nie spodziewałam! Usiądź- powiedziała, wskazując puste krzesło. Jak zwykle sala pękała w szwach. Głównie widziałem tam kandydatów na Dżehuti, ale niekiedy znajdywali się tam też inni. Uśmiechnąłem się i gestem wskazałem, żeby nie zawracano sobie mną głowy i żeby kontynuowano. Jakaś dziewczyna, która zajęła miejsce obok mnie, szepnęła:
-A więc ty jesteś Thomas? Ja Arya.
Spojrzałem na nią i rozpoznałem dziewczynę, która wpadła na mnie ostatnio z książkami. Chciałem się przywitać, ale Pani Verlos zaczęła wykład, więc Arya spojrzała w jej stronę z zainteresowaniem.
-No to tak. Wiem, że temat wojny jest tematem Tabo w naszej szkole. Ludzie byli niezwykle brutalni nawet dla bogów. Dlatego tak ważny jest szacunek i pokój w naszej akademii. To na pokoju budujemy fundamenty. 54 lata temu wybuchła wielka wojna światowa w której zginęło aż 456 milionów ludzi. Nazywano Czwartą Największą Wojną Ludów Współczesnych. Nie jest tajemnicą, że to przez bogów wybuchła. Jednak tą wersje znacie. Zemsty, groźby, czyny. Pani Mohot opowiadała wam o tym nie raz i nie dwa. Mi zależy żebyście się dowiedzieli o tym z punktu widzenia waszych przodków. Bo nie zawsze żyliście w tej akademii i nie zawsze będziecie. Pan znany przez wszystkich, był kiedyś dobry, ale....
Jeden z kandydatów podniósł rękę i zaczął mówić nie czekając na pozwolenie:
-Czy to prawda, że Pan, nazwany został tak, ponieważ potajemnie znajduje swojego zmiennika i torturuje go tak długo aż ten się zgodzi na to stanowisko? I czy to prawda, że zmienia się nie co 150 lat jak inni, a co 20?
-Marcus, ty zawsze zadajesz trudne pytania. O Panu nic nie wiemy. Wymazał wszystkie fakty o sobie ludziom, a my nie jesteśmy pewni czy bogowie wiedzą coś więcej. Zrozum. Zostaniesz bogiem to nam wyślesz smsa, dobrze?
Młody chłopak lekko się zarumienił i zaczął coś notować w zeszycie. Pani Verlos kontynuowała:
-Więc jak mówiłam Pan nie zawsze był zły, jednak chęć władzy była dziedziczna wśród każdego z kandydatów. Zobaczywszy, że na ziemi panuje pokój dzięki Horusowi... Och, wiedźcie, że ludzka zazdrość jest najgorsza z wszystkich emocji jakimi dysponuje jakakolwiek istota. Niestety, bogowie także są na nią podatni. Krążą pogłoski, że zleciał na Ziemię i spłodził sobie syna, który wyrośnie na okrutnego wojownika. I to on rozpocznie drugą największą wojnę. Ale to tylko plotki nie mające podstaw. Oczywiście opowiedziałam to dość ogólnikowo, ale w dalszej historii wszystko będzie jasne.
Drzwi sali głośno się otworzyły, a w nich stał dyrektor. Pani Verlos podniosła brwi zdenerwowana, że nie może prowadzić wykładu w tak ciekawym dla niej momencie.
-No wie pan co? Już się rozkręcałam- odrzekła z wyrzutem w głosie.
-Thomas Levithan. Do mnie- dyrektor miał beznamiętny głos, co dodało tylko dramaturgi. Przełknąłem ślinę i zauważyłem, że wszyscy się na mnie patrzą. Wszyscy oprócz nauczycielki historii, która spoglądała oburzona na dyrektora.
-Dlaczegóż mój ulubiony uczeń musi iść do dyrektora? Nie może po dodatkowych lekcji?
-Nie- odpowiedź tego mężczyzny tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że muszę się pospieszyć, bo inaczej pogorszę tylko sytuacje.
-Już idę, proszę pana-nawet nie zauważyłem kiedy wstałem z krzesła i zbliżyłem się ku wyjściu- do widzenia.
-Do zobaczenia, Thomasie- odparła smutna, nagle zmieniła ton i zaczęła kontynuować wątek- Za czasów Horusa o imieniu....
Drzwi się za mną zatrzasnęły i już nic nie słyszałem oprócz swojego przyspieszonego oddechu. Dyrektor zerkał na mnie z ukosa, a jego złość całkowicie ustąpiła miejsce dzikiej ciekawości.
-Jesteś taki inny... Taki niepodobny do ojca... A zarazem taki sam...
Serce chciało wyrwać się z klatki piersiowej, chcąc połamać każde żebro. Ojciec? Mój ojciec?
-Mój ojciec zaginął 4 lata temu.
-Jakbyś tylko wiedział...- odwrócił się do mnie plecami i przyspieszył kroku- chodź szybko. Opowiem ci o Raven.
Bałem się, ale ciekawość dała górę. Myślę, że pani Verlos raz nie miała racji. Nie zazdrość to najgorsza emocja ludzka, a ciekawość. "Ciekawość- pierwszy stopień do zdrady" jak powiedziała kiedyś Magdalena Samozwaniec, niesamowity zwykłoczłek.
Zacisnąłem pięść i wyszeptałem zaklęcie ochronne, tłumacząc sobie, że coś pomoże. A potem ruszyłem za oddalającym się mężczyzną.
***
Od godziny siedziałem na dywaniku u dyrektora i znosiłem jego dziwne spojrzenie, którym mnie obdarzył. Zadawał przy tym pytania na które nie potrafiłem odpowiedzieć. To mnie poirytowało.
-A twoja matka? Jak poradziła sobie z śmiercią ojca?
-Zaginięciem-poprawiłem go z naciskiem. Jeden koleś w szkole powiedział:"Jak to jest być półsierotą?" I gwarantuje wam, że nie wyszedł z tego cało. No, może ja też, ale to dlatego, że był wyjątkowo gruby.
-A to tak...- dyrektor udał skrępowanie- to jak sobie poradziła?
-Nie wiem. Jak każdy.
-No tak... Wspaniała kobieta.
Skąd ją znał? Czy dyrektor wie wszystko na temat rodziców kandydatów czy ja jestem wyjątkowy?
Krępująca cisza, która wydawała się trwać wieczność. Wtedy przypomniałem sobie, że dyrektor obiecał mi opowiedzieć o Raven.
-No, dyrektorze. Czas wywiązać się z obietnicy.
-Ach, tak. Raven. Znasz książkę o Harrym Potterze, nie?
Zarumieniłem się. Nie lubiłem ani książek, ani filmów. A raczej nie było tego w domu.
-No tak. Rebeka nigdy nie lubiła czytać, a o opowiadaniu bajek nawet nie wspomnę. Harry był małym chłopcem, który wychowywał się w okropnej rodzinie tylko dlatego, że jego rodzice zginęli z rąk Voldemorta kiedy ten miał ledwo roczek. Z Raven było podobnie. Jej rodzice zginęli, kiedy miała 6 lat i trafiła do sierocińca. Pałętała się od domu do domu, aż trafiła tutaj. A jak rodzice zginęli? Nikt do końca nie wie czy to za sprawą Pana czy też wyręczył go jego sługa. Wiem tylko, że matka Raven schowała ją gdzieś w domu, by ją uratować. Biedaczka, widziała śmierć własnych rodziców. Nikomu nic nie powiedziała i pewnie nie będziesz wyjątkowy.
-Ale dlaczego pan mi to mówi?
-Ponieważ, ta dziewczyna jest niebezpieczna. Odporna na ból. Mściwa. Będzie chciała znaleźć Pana, żeby go zabić, a przecież to nie ten Pan zabił jej rodziców 10 lat temu.
-I co mnie to interesuje? Nawet jej pomogę.
-Och, Thomasie, Thomasie. Nie sądzę. Idź już. Podejrzewam, że ktoś cię szuka.
Co to znaczy? Wstałem z krzesła i skierowałem się w stronę drzwi, niepewnym krokiem.
-Nie wiem. Jak każdy.
-No tak... Wspaniała kobieta.
Skąd ją znał? Czy dyrektor wie wszystko na temat rodziców kandydatów czy ja jestem wyjątkowy?
Krępująca cisza, która wydawała się trwać wieczność. Wtedy przypomniałem sobie, że dyrektor obiecał mi opowiedzieć o Raven.
-No, dyrektorze. Czas wywiązać się z obietnicy.
-Ach, tak. Raven. Znasz książkę o Harrym Potterze, nie?
Zarumieniłem się. Nie lubiłem ani książek, ani filmów. A raczej nie było tego w domu.
-No tak. Rebeka nigdy nie lubiła czytać, a o opowiadaniu bajek nawet nie wspomnę. Harry był małym chłopcem, który wychowywał się w okropnej rodzinie tylko dlatego, że jego rodzice zginęli z rąk Voldemorta kiedy ten miał ledwo roczek. Z Raven było podobnie. Jej rodzice zginęli, kiedy miała 6 lat i trafiła do sierocińca. Pałętała się od domu do domu, aż trafiła tutaj. A jak rodzice zginęli? Nikt do końca nie wie czy to za sprawą Pana czy też wyręczył go jego sługa. Wiem tylko, że matka Raven schowała ją gdzieś w domu, by ją uratować. Biedaczka, widziała śmierć własnych rodziców. Nikomu nic nie powiedziała i pewnie nie będziesz wyjątkowy.
-Ale dlaczego pan mi to mówi?
-Ponieważ, ta dziewczyna jest niebezpieczna. Odporna na ból. Mściwa. Będzie chciała znaleźć Pana, żeby go zabić, a przecież to nie ten Pan zabił jej rodziców 10 lat temu.
-I co mnie to interesuje? Nawet jej pomogę.
-Och, Thomasie, Thomasie. Nie sądzę. Idź już. Podejrzewam, że ktoś cię szuka.
Co to znaczy? Wstałem z krzesła i skierowałem się w stronę drzwi, niepewnym krokiem.
***
-Tutaj jesteś!- usłyszałem zdyszany, ale nadal znajomy głos.
-Nie mam ochoty z tobą rozmawiać, Raven- odparłem przyspieszając kroku. Skąd dyrektor to wiedział? Ten facet to istna zagadka.
-To ważne. Chodzi o Perry.
Zatrzymałem się i zerknąłem przez ramie na czerwoną z wysiłku dziewczynę.
-Co jest?- zapytałem zimnym tonem, całkowicie ukrywając rosnącą ciekawość.
-Kartka...Mają ją. Pani Helen. Pielęgniarka odkryła, że Perry ją trzymała.
Poczułem wyrzuty sumienia. To przez mnie, bo to ja chciałem pogadać z Perry. Pewnie dlatego przyjrzała się jej uważniej...
Ale to teraz nieważne, musimy ją zdobyć.
-Jaki plan?-spytałem rzeczowo.
-Dość pospolity. Jest już pora kolacji, podejrzewam, że za 3 godziny pójdzie spać, skradniemy się do jej gabinetu. Miejmy nadzieję, że nie przeczytała jeszcze listu.
Kiwnąłem głową i lekko się uśmiechnąłem. Oczy Raven lśniły niebezpiecznym blaskiem. I kto by pomyślał, że to ta dziewczyna widziała śmierć swoich rodziców.
-Wydaje mi się, że zrobisz to lepiej bez mnie- odparłem po chwili namysłu- powodzenia.
-Jak możesz?!-chwyciła mnie mocno za ramie-Jesteś tchórzem!
Chciałem jej powiedzieć, że może jestem tchórzem, ale to nie mnie złapią. Ale skąd ja mogłem to wiedzieć? Czy nie obiecałem sobie, że będę ją chronił?
-Thomas, proszę. Potrzebuję cię- jej ręka zaczęła się trząść. Oczy już nie tak niebezpieczne, a wypełnione łzami. Nie potrafiłem uwierzyć, że tak szybko potrafi zmienić się z tygrysa w małego kotka. Widocznie kartka znaczyła dla niej więcej niż dla mnie.
-Dobra...
-Kartka...Mają ją. Pani Helen. Pielęgniarka odkryła, że Perry ją trzymała.
Poczułem wyrzuty sumienia. To przez mnie, bo to ja chciałem pogadać z Perry. Pewnie dlatego przyjrzała się jej uważniej...
Ale to teraz nieważne, musimy ją zdobyć.
-Jaki plan?-spytałem rzeczowo.
-Dość pospolity. Jest już pora kolacji, podejrzewam, że za 3 godziny pójdzie spać, skradniemy się do jej gabinetu. Miejmy nadzieję, że nie przeczytała jeszcze listu.
Kiwnąłem głową i lekko się uśmiechnąłem. Oczy Raven lśniły niebezpiecznym blaskiem. I kto by pomyślał, że to ta dziewczyna widziała śmierć swoich rodziców.
-Wydaje mi się, że zrobisz to lepiej bez mnie- odparłem po chwili namysłu- powodzenia.
-Jak możesz?!-chwyciła mnie mocno za ramie-Jesteś tchórzem!
Chciałem jej powiedzieć, że może jestem tchórzem, ale to nie mnie złapią. Ale skąd ja mogłem to wiedzieć? Czy nie obiecałem sobie, że będę ją chronił?
-Thomas, proszę. Potrzebuję cię- jej ręka zaczęła się trząść. Oczy już nie tak niebezpieczne, a wypełnione łzami. Nie potrafiłem uwierzyć, że tak szybko potrafi zmienić się z tygrysa w małego kotka. Widocznie kartka znaczyła dla niej więcej niż dla mnie.
-Dobra...
***
Czemu jestem takim idiotą? Przesuwając się wzdłuż ciemnej ściany korytarza zastanawiałem się dlaczego poszedłbym za tą dziewczyną. Piękną, inteligentną i sprytną dziewczyną. No tak.
Odwróciłem się do niej i spytałem po raz setny, tego wieczoru:
-Czy to dobry pomysł?
-A masz lepszy?
I znowu ruszyłem przed siebie koniuszkami palców dotykając zimnej ściany. Moje czoło oblane było zimnym potem i gdyby za mną nie było Raven pewnie bym się wycofał. Poczułem mdłości kiedy na horyzoncie zobaczyłem jasny punkcik. Chyba zauważyła mój strach, bo chwyciła mnie za rękę i szepnęła:
-Poradzisz sobie. Jestem z tobą.
Przełknąłem głośno ślinę i uśmiechnąłem się niepewnie. Ona również posłała mi parodie uśmiechu.
-Dobra, do roboty- powiedziałem i otoczyłem nas niewidzialnością. Zużyłem mnóstwo energii, ponieważ moje zaklęcie trwało dopóki nie zechciałem. Im dłużej je utrzymywałem tym bardziej byłem znużony- Nie mamy dużo czasu.
Raven na te słowa pospieszyła, ciągnąc mnie przez korytarz. Z czasem jej szybki chód zmienił się w bieg. Po niecałej minucie moim oczom ukazała się wypełniona przepychem recepcja. Od razu skierowaliśmy się do blatu. Odczekałem aż Raven przeskoczy stanowisko i wziąłem rozbieg.
-Nie ma jej tu!- co jakieś parę minut Raven wydawała szepty oburzenia, co nie pomagało w poszukiwaniach. Tym bardziej, że słabłem z każdą sekundą. Mój oddech był nierówny i walczyłem z mroczkami przed oczami. Ale nawet nie odważyłbym się powiedzieć tego mojej towarzyszce. Nie wiem dlaczego. Nie chciałem wyjść na słabiaka? Chyba tak.
Nagle serce stanęło mi w miejscu. Z radia zaczęła lecieć muzyka. Na full. Albo jak to mówią bogowie: na całą moc. Spojrzałem na Raven, która była bardziej przerażona od mnie i panicznie naciskała każdy guzik małego radyjka, które leżało na biurku nie zauważone i jak na złość z każdym kliknięciem muzyka stawała się coraz głośniejsza, chodź wydawało się, że to niemożliwe.
-Magia...-szepnąłem pod nosem.
-Raven, odsuń się! To jest ALARM!!!- wrzasnąłem na całe gardło.
Wiadomość ta doszła do niej parę sekund później i przestała klikać, posunęła się w moją stronę i zaczęła cicho lamentować, ale z powodu radia nic nie rozumiałem co było dla mnie dość korzystne, bo nie potrzebowałem dodatkowego strachu. Wziąłem ją delikatnie za rękę i spojrzałem w oczy.
Reszta potoczyła się szybko. Poczułem, że nasze wargi się stykają, żyjąc własnym życiem. Nie umiałem oprzeć się pokusie położenia moich rąk na jej talii i w ten sposób wzięcia jej w ciasny uścisk. Próbowałem udawać, że nie zauważyłem chwili jej wahania. Jednak mimowolnie zwolniłem uścisk odrywając się od niej skrępowany. Nawet nie zauważyłem kiedy wyłączono alarm. Ani nawet kiedy wszedł facet z brodą, którego pamiętam z pierwszego dnia szkoły.
Nie spytał co tu robimy ani jak się nazywamy. Spoglądał na nas tylko z uniesioną brwią. Poczułem, że spływają po mnie rzeki potu. Nie spojrzałem na Raven. Moja duma był tak zraniona, że nie potrafiłem nawet zerknąć kątem oka.
-A więc to wy...-odparł po jakiś 5 minutach, choć dla mnie były niczym godziny- pokażę wam coś, chodźcie.
Żadne z nas nie ruszyło za oddalającym się mężczyzną. Poczułem dotyk palców Raven na plecach, więc ruszyłem przed siebie nie pozwalając jej się objąć lub odezwać.
-Raven Black i Thomas Levithan.... Żaden mag mi nie uwierzy- mówił do siebie starzec- opowiedzieć im najpierw pradawną legendę czy wspomnieć o przepowiedni? Hm... Pomyślmy...
-Poradzisz sobie. Jestem z tobą.
Przełknąłem głośno ślinę i uśmiechnąłem się niepewnie. Ona również posłała mi parodie uśmiechu.
-Dobra, do roboty- powiedziałem i otoczyłem nas niewidzialnością. Zużyłem mnóstwo energii, ponieważ moje zaklęcie trwało dopóki nie zechciałem. Im dłużej je utrzymywałem tym bardziej byłem znużony- Nie mamy dużo czasu.
Raven na te słowa pospieszyła, ciągnąc mnie przez korytarz. Z czasem jej szybki chód zmienił się w bieg. Po niecałej minucie moim oczom ukazała się wypełniona przepychem recepcja. Od razu skierowaliśmy się do blatu. Odczekałem aż Raven przeskoczy stanowisko i wziąłem rozbieg.
-Nie ma jej tu!- co jakieś parę minut Raven wydawała szepty oburzenia, co nie pomagało w poszukiwaniach. Tym bardziej, że słabłem z każdą sekundą. Mój oddech był nierówny i walczyłem z mroczkami przed oczami. Ale nawet nie odważyłbym się powiedzieć tego mojej towarzyszce. Nie wiem dlaczego. Nie chciałem wyjść na słabiaka? Chyba tak.
Nagle serce stanęło mi w miejscu. Z radia zaczęła lecieć muzyka. Na full. Albo jak to mówią bogowie: na całą moc. Spojrzałem na Raven, która była bardziej przerażona od mnie i panicznie naciskała każdy guzik małego radyjka, które leżało na biurku nie zauważone i jak na złość z każdym kliknięciem muzyka stawała się coraz głośniejsza, chodź wydawało się, że to niemożliwe.
-Magia...-szepnąłem pod nosem.
-Raven, odsuń się! To jest ALARM!!!- wrzasnąłem na całe gardło.
Wiadomość ta doszła do niej parę sekund później i przestała klikać, posunęła się w moją stronę i zaczęła cicho lamentować, ale z powodu radia nic nie rozumiałem co było dla mnie dość korzystne, bo nie potrzebowałem dodatkowego strachu. Wziąłem ją delikatnie za rękę i spojrzałem w oczy.
Reszta potoczyła się szybko. Poczułem, że nasze wargi się stykają, żyjąc własnym życiem. Nie umiałem oprzeć się pokusie położenia moich rąk na jej talii i w ten sposób wzięcia jej w ciasny uścisk. Próbowałem udawać, że nie zauważyłem chwili jej wahania. Jednak mimowolnie zwolniłem uścisk odrywając się od niej skrępowany. Nawet nie zauważyłem kiedy wyłączono alarm. Ani nawet kiedy wszedł facet z brodą, którego pamiętam z pierwszego dnia szkoły.
Nie spytał co tu robimy ani jak się nazywamy. Spoglądał na nas tylko z uniesioną brwią. Poczułem, że spływają po mnie rzeki potu. Nie spojrzałem na Raven. Moja duma był tak zraniona, że nie potrafiłem nawet zerknąć kątem oka.
-A więc to wy...-odparł po jakiś 5 minutach, choć dla mnie były niczym godziny- pokażę wam coś, chodźcie.
Żadne z nas nie ruszyło za oddalającym się mężczyzną. Poczułem dotyk palców Raven na plecach, więc ruszyłem przed siebie nie pozwalając jej się objąć lub odezwać.
-Raven Black i Thomas Levithan.... Żaden mag mi nie uwierzy- mówił do siebie starzec- opowiedzieć im najpierw pradawną legendę czy wspomnieć o przepowiedni? Hm... Pomyślmy...
~Dorothy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz