Sokolica towarzyszyła mi nocami, jednak za dnia wyruszała na poszukiwania siostry, do której była bardzo przywiązana. Kibicowałem jej, ponieważ bardzo chciałem poznać jej rodzinę, a zarazem bałem się, że kiedy znajdzie siostrę może do mnie nie wrócić. Byłem szczęśliwy i załamany.
Przed chwilą wziąłem zimny prysznic i skierowałem się na stołówkę. W drzwiach spotkałem Cath. Przywitałem się z nią i spytałem co u Raven.
-Spadaj, Thomas. Nie masz u niej szans - odpowiedziała lodowatym tonem i poszła zająć miejsce w pierwszych ławkach, koło innych kandydatek na jej boginię.
Nie zdziwiło mnie to. Nie umiała pogodzić się z faktem, że polubiłem jej przyjaciółkę, a nie ją. Cath była taka od dziecka. Kujonek w szkolnej ławce, ulubienica pani Bether. Byliśmy przyjaciółmi w starym życiu, aż do... ech... stare życie. Wrócę tam?
-Thomas tu jesteś! Kochany! Słyszałam o twoim wypadku! Ta Paula to jakaś masakra! Dobrze, że ją wydalili!- zza moich pleców zaczęła piszczeć Verla- Wiesz jutro jest nowa impreza. Możesz się zrewanżować, ale tym razem może nic sobie nie rób, koteczku.
Uśmiechnąłem się i sięgnąłem po drobną blondyneczkę. Spojrzałem w jej jasne oczy w niczym nie przypominającym oczu Raven... Nie cieszyłem się na jej widok. Nie była moją miłością. Więc dlaczego z nią jestem?
- Cześć, Verla.
-Chodźmy zająć miejsca - nie zważywszy nawet na mój beznamiętny głos zaczęła mnie ciągnąć przez rzędy ławek-znalazłam taką śliczną sukienkę do kolan, ale wiesz chyba ją skrócę.... Gadała. Gadała. Gadała. Bez przerwy. Po 2 minutach nieustannego szczebiotania usiedliśmy w ławce. Zacząłem się rozglądać. Pierwszoklasiści, paru kandydatów na Re, ale wśród nich nie ma tego palanta. Uch, może odpadł? Rozglądałem się dalej w poszukiwaniu Raven. Odruchowo spojrzałem ku ławce Cath, ale siedziała sama stercząc nad jakąś książką i przeżuwając kanapkę. Jej przyjaciółeczki chyba poszły. Nagle zobaczyłem Jake'a. Kurna. Tylko gdzie on szedł? Jego panienki są w lewym skrzydle, kombinuje coś. Hm... Śledziłem go wzrokiem, aż pochylił się w stronę jakiejś dziewczyny na podłodze.
- Pierwszoklasistka? Pfff... Nie ma już do kogo startować...- powiedziałem pod nosem - żenada.
- ...niesamowite buty. Co mówisz?- spytała Verla przerywając.
- Nie, nic kochanie. Tylko Jake chyba znalazł sobie dziewczynę, patrz -powiedziałem, wskazując na pierwszoklasistkę - i to nawet taką młodą.
- Młodą? Raven jest młoda? To 3 klasa! Ale kontynuując....
Serce podskoczyło mi do gardła razem z żołądkiem. Coś zaczęło mnie w środku ściskać. Zazdrość. Raven. Raven. Zazdrość. Niemożliwe. Co to ma znaczyć?! Znamy góra 7 tygodni. Nie, nie, nie. To troska. Spojrzałem w jej stronę, teraz kiedy miała podniesioną głowę, było wiadome, że to ona. Ba! Kto inny. Ta sylwetka... Nagle Jake spojrzał w moją stronę posyłając mi charakterystyczne spojrzenie. A to palant! Więc o to mu chodziło! Od razu odwróciłem wzrok ku Verli i zacząłem coś mówić, na co ona nie zwróciła uwagi, była akurat przy odżywkach do włosów, bardzo ważny temat. Dlaczego ja z nią jestem? Mijały kolejne minuty...
- Verla- wstałem z ławki- przykro mi, to nie ma sensu.
-Ale co?- spytała z zaciekawieniem- Moje modelowanie włosów, to jest niezwykle sensowne!
- Musimy.... się rozstać..- odparłem przełykając ślinę. Banał. Nie raz to robiłem.
-Ale, ale, ale...- zaczęła się unosić aż jej spokojny, piskliwy głosik zmienił się w krzyk- Nie! Nie! Nie! Nikt nie zrywa z Verlą Ubdow! NIKT!
Raven już nie było. Jake posłał mi rozbawione spojrzenie. Cała stołówka zamilkła i spojrzała z zainteresowaniem w naszą stronę. Tylko niektórzy nie przejmowali się i dalej rozmawiali.
Skierowałem się do drzwi.
-Thomas- jej wrzask miał nutkę rozpaczy- Nie! Błagam...
***
Wracając do pokoju myślałem nad tym czy nie lepiej byłoby odpaść. Może ktoś inny byłby lepszy? Nagle z głośników wydobyła się jakaś informacja. Ech... znowu zmarnowana przerwa. Właśnie miałem pokonać potężny łuk, gdy z jego drugiej strony wpadła na mnie dziwna postać zawalona książkami, które runęły na mnie.
-O bogowie! Przepraszam, przepraszam.... Jaka ze mnie gapa - zaczęła się tłumaczyć, siedząc na klęczkach, zbierając książki. Śliczny głos, nie piskliwy jak u Verlii, ale nie niski jak u Pauli. Kobiecy. Twarz zasłaniały jasne włosy. Chyba ciemny blond z czarnymi pasemkami.
-To nic....- odparłem i zacząłem zbierać kartki- Ty jesteś pewnie kandydatką na Dżehuti. "I pewnie brzydką jak noc, tyle książek..."- dodałem w myślach.
Jakież było moje zdziwienie kiedy podniosła głowę i jej włosy odsłoniły jasną, ładną twarz. Bez okularów charakterystycznych dla kandydatek na bogini mądrości. Bez aparatu połyskującego na zębach. Bez zmarszczek i worów pod oczami. Małe zielone oczy połyskiwały, a policzki czerwieniły się jak buraki. Wstydziła się.
-Nie chciałem cię urazić! Po prostu... Tyle książek- zacząłem się tłumaczyć w myślach karcąc się za takie przedwczesne wnioski.
-Jestem kandydatką na Bastet, ale lubię czytać. Ot, taki odmieniec- zaśmiała się i jej mięśnie zaczęły się rozluźniać. Bastet i nieśmiałość? Myślałem, że tego nie dożyję.
-Wiesz lekcje mnie omijają. Muszę iść...- powiedziała zbierając ostatnie kartki. Ja podałem jej swoje "zbiory".
-No ja też muszę lecieć. Miło cię było poznać- wstałem i ruszyłem przed siebie.
-Ciebie też- usłyszałem cichy szept za sobą, kroki które pośpiesznie się oddalały i dalej nic. Cisza.
Szybko wróciłem do wcześniejszych rozmyślań i stanąłem przed swoimi drzwiami po paru minutach. Przyłożyłem palec do magicznego "pudełka" żeby otworzyć drzwi. Obok niego był mały kranik, bo jak mówi kodeks: "Żaden odbiornik, nie przyjmie odcisku palca, brudnego bądź zakrwawionego nawet jeżeli jest to sytuacja krytyczna ze względu na wcześniejsze wypadki. Jednakże jako rekompensatę dajemy wam pełen dostęp do wody i obiecujemy, że kiedy nastanie taka potrzeba można użyć kranu". Idiotyzm. No, ale BHP jest, tego nie zarzuci nikt. Ponoć ostatni raz ktoś tu zginął w 1987 roku kiedy to znany nam wszystkim "Pan" przesłał przez niego wiadomość, która kończyła się samobójstwem. Ponoć wstrząsnęło to całą szkołą, bo znaczyłoby to, że każdy mógłby być na jego miejscu, a może nawet dalej nam to grozi? Poczułem na sobie znajomą, a zarazem obcą świadomość. "Kim jesteś?"- zapytałem przerażony.
"Tio Pablo Marco de Velsano, czyli tutejszy Horus, chłopcze"-opowiedział głos w mojej głowie. To był głos, a zarazem nie był. Nie umiałem określić czy był głęboki, niski czy wysoki. Po prostu był.
Odebrało mi mowę. Horus! Horus! Skontaktował się, nie przez sny! Nie przez czynności. Był w mojej głowie. On!
"Nie mam dużo czasu, chłopcze. Nie ufaj całkowicie Izydzie. Ona chce dobrze tylko dla tej dziewczyny. Nie zrobi ci krzywdy, jeśli ty nic nie zrobisz Raven."
Byłem oburzony. Nie zrobiłbym jej nic! Chyba wolałbym się zastrzelić.
"Wierze w ciebie, chłopcze".
Głos zniknął z mojej świadomości, a ja poczułem się samotny. Wierzy we mnie. Nie w 10 już pozostałych. WE MNIE. Rozmowa z Horusem zajęła godzinę. 41 słów i godzinę. Poszedłem wziąć prysznic, a potem usiadłem do książek. Podczas czytania zerknąłem przelotnie na zegar ścienny i wystrzeliłem z pokoju jak strzała. Spóźniłem się! Szybko ruszyłem na zebranie na halli, ale było już skończone. Spytałem, więc jakiegoś drugoklasistę o co chodzi. Wtedy poczułem powiew.
-O bogowie! Przepraszam, przepraszam.... Jaka ze mnie gapa - zaczęła się tłumaczyć, siedząc na klęczkach, zbierając książki. Śliczny głos, nie piskliwy jak u Verlii, ale nie niski jak u Pauli. Kobiecy. Twarz zasłaniały jasne włosy. Chyba ciemny blond z czarnymi pasemkami.
-To nic....- odparłem i zacząłem zbierać kartki- Ty jesteś pewnie kandydatką na Dżehuti. "I pewnie brzydką jak noc, tyle książek..."- dodałem w myślach.
Jakież było moje zdziwienie kiedy podniosła głowę i jej włosy odsłoniły jasną, ładną twarz. Bez okularów charakterystycznych dla kandydatek na bogini mądrości. Bez aparatu połyskującego na zębach. Bez zmarszczek i worów pod oczami. Małe zielone oczy połyskiwały, a policzki czerwieniły się jak buraki. Wstydziła się.
-Nie chciałem cię urazić! Po prostu... Tyle książek- zacząłem się tłumaczyć w myślach karcąc się za takie przedwczesne wnioski.
-Jestem kandydatką na Bastet, ale lubię czytać. Ot, taki odmieniec- zaśmiała się i jej mięśnie zaczęły się rozluźniać. Bastet i nieśmiałość? Myślałem, że tego nie dożyję.
-Wiesz lekcje mnie omijają. Muszę iść...- powiedziała zbierając ostatnie kartki. Ja podałem jej swoje "zbiory".
-No ja też muszę lecieć. Miło cię było poznać- wstałem i ruszyłem przed siebie.
-Ciebie też- usłyszałem cichy szept za sobą, kroki które pośpiesznie się oddalały i dalej nic. Cisza.
Szybko wróciłem do wcześniejszych rozmyślań i stanąłem przed swoimi drzwiami po paru minutach. Przyłożyłem palec do magicznego "pudełka" żeby otworzyć drzwi. Obok niego był mały kranik, bo jak mówi kodeks: "Żaden odbiornik, nie przyjmie odcisku palca, brudnego bądź zakrwawionego nawet jeżeli jest to sytuacja krytyczna ze względu na wcześniejsze wypadki. Jednakże jako rekompensatę dajemy wam pełen dostęp do wody i obiecujemy, że kiedy nastanie taka potrzeba można użyć kranu". Idiotyzm. No, ale BHP jest, tego nie zarzuci nikt. Ponoć ostatni raz ktoś tu zginął w 1987 roku kiedy to znany nam wszystkim "Pan" przesłał przez niego wiadomość, która kończyła się samobójstwem. Ponoć wstrząsnęło to całą szkołą, bo znaczyłoby to, że każdy mógłby być na jego miejscu, a może nawet dalej nam to grozi? Poczułem na sobie znajomą, a zarazem obcą świadomość. "Kim jesteś?"- zapytałem przerażony.
"Tio Pablo Marco de Velsano, czyli tutejszy Horus, chłopcze"-opowiedział głos w mojej głowie. To był głos, a zarazem nie był. Nie umiałem określić czy był głęboki, niski czy wysoki. Po prostu był.
Odebrało mi mowę. Horus! Horus! Skontaktował się, nie przez sny! Nie przez czynności. Był w mojej głowie. On!
"Nie mam dużo czasu, chłopcze. Nie ufaj całkowicie Izydzie. Ona chce dobrze tylko dla tej dziewczyny. Nie zrobi ci krzywdy, jeśli ty nic nie zrobisz Raven."
Byłem oburzony. Nie zrobiłbym jej nic! Chyba wolałbym się zastrzelić.
"Wierze w ciebie, chłopcze".
Głos zniknął z mojej świadomości, a ja poczułem się samotny. Wierzy we mnie. Nie w 10 już pozostałych. WE MNIE. Rozmowa z Horusem zajęła godzinę. 41 słów i godzinę. Poszedłem wziąć prysznic, a potem usiadłem do książek. Podczas czytania zerknąłem przelotnie na zegar ścienny i wystrzeliłem z pokoju jak strzała. Spóźniłem się! Szybko ruszyłem na zebranie na halli, ale było już skończone. Spytałem, więc jakiegoś drugoklasistę o co chodzi. Wtedy poczułem powiew.
***
Stary pociąg przejeżdża po torach. Zatrzymuje się na przystanku. Peron zapełniony matkami z dziećmi. Drzwi pociągu się otwierają, wybiegają mężczyźni w czarnych strojach. Wszyscy się łączą, na peronie rozlegają się krzyki, piski radości. A na ławce siedzi dziewczynka. Płacze. Nie ze szczęścia. Z rozpaczy. Podchodzi do niej jakaś kobieta i pyta:
-Dlaczego płaczesz?
-Bo jestem sierotą.
Wtedy rozlegają się strzały. Wrzaski. Dziewczynka wstaje gwałtownie i ciągnie kobietę za rękę bez lęku:
-Szybko, szybko.
Podchodzi do jakiegoś pudła, przełącznika. Przekręca, klepie. Nagle za nią otwiera się dziura.
-Chodź, szybko.
Kobieta posłusznie schodzi po schodach. Jeszcze raz się odwraca. Widzi zwłoki dzieci i ojców. Żon i mężów w miłosnych uściskach. Wokół nich tłoczą się mężczyźni w czerwonych szatach, dobijających rannych. Potem schodzi w dół...
***
Nienawidzę wizji. Są takie.... dziwne! Czemu nie mogą mi od razu powiedzieć: "Na starym peronie są tajne przejścia, coś tam znajdziesz". Tylko zagadkami. Odebrałem medalion jako ostatni i ruszyłem w stronę owego miejsca. Nie musiałem bać się, że ktoś mnie zobaczy. Biegałem tak szybko, że nawet jakby mnie widział, dogonienie mnie graniczyło z cudem. Próbowałem połączyć się myślowo z Souhyą, ale była za daleko. Bałem się, że coś jej się stało. Może znowu jakiś Sfinks na nią napadnie? I może tym razem z powodzeniem? Schyliłem się żeby zawiązać buta.
Wtedy to od tyłu podszedł mnie Jake:
-O trzymajcie mnie, bo się przewrócę! Troskliwy Thomas idzie szukać koleżanki!
Spojrzałem na niego poirytowany. Nienawidziłem kiedy ktoś mówi w ten sposób.
-Przez ciebie Paula odpadła. Przez ciebie jest niepełnosprawna. Chcesz zrobić to z kolejną dziewczyną?
Poczułem ukłucie w sercu. To moja wina.
Jake był takim podrywaczem, bo chciał zapomnieć o niej.
Kochali się. Paula i Jake. Byli idealną parą. Wiedziałem, że on mi tego nie wybaczy, ja bym nie wybaczył. Teraz chce zemsty.
-Odbiorę ci to co kochasz, Thomas- wskazał na mnie drżącym palcem- choćbym miał zginąć, odbiorę.
Odwróciłem się do niego plecami i ruszyłem przed siebie. Szybciej niż musiałem.
Przypomniałem sobie ostatnią noc z Paulą i to jak długo rozmawialiśmy. Przypomniałem sobie z jaką miłością opowiadała o jej ukochanym. Mówiła, że to ten jedyny i jedynie za tym będzie tęsknić. Za jego miłością. To moja wina. Mogłem się opanować. Teraz już umiem. Potrafię.
Wyparłem złe myśli, bo na horyzoncie zobaczyłem wielką tablice "Peron 7 Akademia Timore". Zwolniłem. Nie spieszno mi było żeby dotrzeć na miejsce po tym co się tutaj stało. Myśl, że Raven mogła tu zginąć przyprawiała mnie o dreszcze. Muszę ją chronić przed Jake. Nie powiem jej dlaczego mnie nienawidzi, o nie. Przeszukałem peron i już uznałem, że jej tu nie ma, ale zobaczyłem fragment jej burakowej bluzki, znikającej pod ziemią.
"Znalazła kryjówkę!"pomyślałem i szybko ruszyłem w stronę gdzie ją widziałem. Spóźniłem się. Dziwny mechanizm zatrzasnął się w momencie, którym byłem w powietrzu gotowy do skoku. Runąłem na ziemi. Oburzony wstałem i otrzepałem się z popiołu i innych nieczystości. Potem zacząłem się rozglądać za przełącznikiem z wizji. Szybko go znalazłem. Wprawdzie był cały zardzewiały jednak gdzieniegdzie zachowała się czarna farba, ale z cyfry 7 nie było już nic. Zrobiłem to co dziewczynka z wizji. Mechanizm wydał dziwny stukot na który nie zwróciłbym uwagi, gdyby nie to, że wiedziałem, że ma się tak stać. Powoli zacząłem schodzić w dół i nie wiem czemu, ale odwróciłem się w stronę peronu jak zrobiła to moja poprzedniczka. I wtedy ją zobaczyłem.
Na ławce.
Nie płaczącą. Uśmiechniętą. Spoglądającą na mnie z zaciekawieniem. Dziewczynkę z wizji.
"Pod deską przycisk"-powiedziała dziecięcym głosikiem."Pozdrów Horusa, ulubieńcze bogów".
Uderzyłem się o kamienną ścianę.
-Kur!@- wrzasnąłem i odwróciłem się niechętnie w stronę przeszkody. Potem znowu w stronę ławki. Pustej ławki.
Wrota się zamknęły z głuchym trzaskiem, który zabębnił w moich uszach. W powietrzu czuć było zapach ostry zapach stęchlizny. Powietrze było wilgotne, jednak i tak się pociłem. Jak wyjdę? Nie wiem, teraz ważna jest tylko Raven. Nie Raven. Moje sumienie. Nie mogę dopuścić do kolejnej śmierci z mojego powodu. Ruszyłem przed siebie rzucając sznury przekleństw kiedy potykałem się o nierówne schody.
Nagle przypomniałem sobie, że umiem się uleczyć. Sięgnąłem ręką ku ranie. Trzęsła mi się niczym osika. Ból paraliżował i musiałem bardzo się postarać, żeby odnaleźć słowa. Poczułem gorącą krew, która spływała mi po nodze.
Tkanki zaczęły powoli mi się zlepiać, tworząc stare więzy. Ból znikał z każdym nowym połączeniem. Rana zniknęła, pozostała blizna. I pozostał lekki ból, chociaż nie, teraz już tylko swędziało.
Kiedy już myślałem jasno wybaczyłem tej szurniętej dziewczynie przy mnie, dramatycznie gestykulującej rękoma z lśniącymi oczami ze strachu. Nawet zacząłem ją podziwiać, że nie zawahałaby się skrzywdzić wroga. Nie była bezbronna. Może nie muszę ją chronić? Ale... Ale ja chcę. Nagle ona mnie przytuliła. Nie odwzajemniłem, stałem osłupiały spoglądając na jej zamknięte oczy wtulone w moją przepoconą koszulę. Potem zwolniła mnie z uścisku widocznie skrępowana, a ja powstrzymałem się, aby nie pokazać, że nie chciałem żeby się odsuwała.
Była ładna, ale nie była taka jak inne. To była dziewczyna na zawsze. A ja nie chciałem jej zranić. Nie jestem facetem dla niej.
Rozejrzałem się po ciemnym pomieszczeniu żeby rozluźnić atmosferę. Regał z książkami, przewrócone krzesło. A w kącie mały stolik pokryty grubą warstwą kurzu, a na nim kartka. Nie zwróciłbym na nią uwagi gdyby nie fakt, że byłą biała, nowa. W niczym nie przypominała pergaminów obok. Krzyk. Przerażający. Nieludzki. Bolesny. Rozdzierający serce na miliony strzępków. Krzyk. Przerażający. Nieludzki. Bolesny. Rozdzierający serce na miliardy strzępków. Spojrzałem na Raven, która chwyciła kurczowo moje ramię, chowając się za moimi plecami. Ruszyłem przodem ostrożnie posyłając kulę ognia przed siebie. Pokój oświetliły niebieskie światła.Wydawał się mniejszy. Teraz wiem, że była to specjalna iluzja. Ktoś kto tu wejdzie i nie będzie miał mocy pomyśli: "nic wartego uwagi" i zawróci. Niesamowite. W dalszej części pokoju były rozłożone czarne koce. Wyglądało to mniej więcej na bardzo biedny szpital albo schronisko dla ubogich. Moją uwagę przykuły dwie deski, a na nich szkielety, mały i duży. Przypomniałem sobie moją wizje i zebrało mnie na wymioty. Ale jeżeli ta dziewczynka i kobieta tutaj leżą i nigdy nie wyszły czy to nie znaczy, że ja też tego nie zrobię? To pułapka? To nie może tak się skończyć.
Postanowiłem tę myśli zachować dla siebie i sprawdzić źródło krzyku. Raven wystarczająco jest przerażona. Ja też. Ja przede wszystkim. Po pokoju rozległ się pisk. Nie tak głośny jak krzyk, ale tak samo przerażający. Odwróciliśmy się niemal jednocześnie w tę samą stronę i wtedy zobaczyliśmy Perry. Opierała się o ścianę, trzymając nogi w blisko twarzy huśtając się w tę i z powrotem. W ręce mocno ściskała białą kartkę, którą widziałem na stoliku i szeptała to siebie:
-...nie, Perry. Nigdzie nie będziesz bezpieczna... Nie uratują nas, bo niby jak?... On wygrał, Perry. Jesteś nikim... Oni mogą mi pomóc. Mogą!
Raven podeszła spokojnie do przerażonej dziewczyny i przykucnęła:
-Cześć, Perry- mówiła harmonijnym głosem- To ja Raven, ta od Izydy. Jestem przy tobie. Cii...
Delikatnie podniosła rękę i odgarnęła kosmyk z jej twarzy.
-Nic mi nie zrobią? Oczywiście, że zrobią, Perry. Jesteś nikim-mówiła dziewczyna, ale coraz bardziej świadoma pokojowych zamiarów- On jest potworem, Raven. On chce was. Mam kartkę. Do was jakaś przepowiednia. Druga część, Raven. Powiedział, że ty będziesz pierwsza, bo jesteś doświadczona, Raven. On ma takie czarne oczy... Raven on nie ma białek. Thomasa bardziej się boi. Mówi na niego Don. Mówi, że Don ma jakąś moc po ojcu. Dziedziczną. Morderczą, Raven. On potrafi zabijać.
-Ciiii- moja przyjaciółka usiadła naprzeciw dziewczyny i ją przytuliła- Już dobrze, jestem przy tobie.
Stałem jak wryty. Spoglądałem na tę scenę i nie potrafiłem wytłumaczyć jakim trzeba być potworem żeby tak zniszczyć komuś psychikę.
-Raven...-czarnowłosa ofiara Pana spojrzała w moją stronę i jej niebieskie oczy otworzyły się szeroko- Raven stąd nie ma wyjścia.
Wtedy to od tyłu podszedł mnie Jake:
-O trzymajcie mnie, bo się przewrócę! Troskliwy Thomas idzie szukać koleżanki!
Spojrzałem na niego poirytowany. Nienawidziłem kiedy ktoś mówi w ten sposób.
-Przez ciebie Paula odpadła. Przez ciebie jest niepełnosprawna. Chcesz zrobić to z kolejną dziewczyną?
Poczułem ukłucie w sercu. To moja wina.
Jake był takim podrywaczem, bo chciał zapomnieć o niej.
Kochali się. Paula i Jake. Byli idealną parą. Wiedziałem, że on mi tego nie wybaczy, ja bym nie wybaczył. Teraz chce zemsty.
-Odbiorę ci to co kochasz, Thomas- wskazał na mnie drżącym palcem- choćbym miał zginąć, odbiorę.
Odwróciłem się do niego plecami i ruszyłem przed siebie. Szybciej niż musiałem.
Przypomniałem sobie ostatnią noc z Paulą i to jak długo rozmawialiśmy. Przypomniałem sobie z jaką miłością opowiadała o jej ukochanym. Mówiła, że to ten jedyny i jedynie za tym będzie tęsknić. Za jego miłością. To moja wina. Mogłem się opanować. Teraz już umiem. Potrafię.
Wyparłem złe myśli, bo na horyzoncie zobaczyłem wielką tablice "Peron 7 Akademia Timore". Zwolniłem. Nie spieszno mi było żeby dotrzeć na miejsce po tym co się tutaj stało. Myśl, że Raven mogła tu zginąć przyprawiała mnie o dreszcze. Muszę ją chronić przed Jake. Nie powiem jej dlaczego mnie nienawidzi, o nie. Przeszukałem peron i już uznałem, że jej tu nie ma, ale zobaczyłem fragment jej burakowej bluzki, znikającej pod ziemią.
"Znalazła kryjówkę!"pomyślałem i szybko ruszyłem w stronę gdzie ją widziałem. Spóźniłem się. Dziwny mechanizm zatrzasnął się w momencie, którym byłem w powietrzu gotowy do skoku. Runąłem na ziemi. Oburzony wstałem i otrzepałem się z popiołu i innych nieczystości. Potem zacząłem się rozglądać za przełącznikiem z wizji. Szybko go znalazłem. Wprawdzie był cały zardzewiały jednak gdzieniegdzie zachowała się czarna farba, ale z cyfry 7 nie było już nic. Zrobiłem to co dziewczynka z wizji. Mechanizm wydał dziwny stukot na który nie zwróciłbym uwagi, gdyby nie to, że wiedziałem, że ma się tak stać. Powoli zacząłem schodzić w dół i nie wiem czemu, ale odwróciłem się w stronę peronu jak zrobiła to moja poprzedniczka. I wtedy ją zobaczyłem.
Na ławce.
Nie płaczącą. Uśmiechniętą. Spoglądającą na mnie z zaciekawieniem. Dziewczynkę z wizji.
"Pod deską przycisk"-powiedziała dziecięcym głosikiem."Pozdrów Horusa, ulubieńcze bogów".
Uderzyłem się o kamienną ścianę.
-Kur!@- wrzasnąłem i odwróciłem się niechętnie w stronę przeszkody. Potem znowu w stronę ławki. Pustej ławki.
Wrota się zamknęły z głuchym trzaskiem, który zabębnił w moich uszach. W powietrzu czuć było zapach ostry zapach stęchlizny. Powietrze było wilgotne, jednak i tak się pociłem. Jak wyjdę? Nie wiem, teraz ważna jest tylko Raven. Nie Raven. Moje sumienie. Nie mogę dopuścić do kolejnej śmierci z mojego powodu. Ruszyłem przed siebie rzucając sznury przekleństw kiedy potykałem się o nierówne schody.
***
W udzie miałem jakiś obiekt. Czułem spacje w tkankach. Dotknąłem przedmiot. Nóż. Wtedy poczułem przeszywający ból i wrzaski przerażenia. Raven oczywiście. Co za wariatka! O bogowie, jak boli! Idiotka, psychopatka! Brutalnie wyrwała mi nóż z uda. I kolejna fala bólu, kolejne krople potu, kolejne łzy w oczach, kolejne wrzaski. Zabije cię, dziewczyno. Zabiję.Nagle przypomniałem sobie, że umiem się uleczyć. Sięgnąłem ręką ku ranie. Trzęsła mi się niczym osika. Ból paraliżował i musiałem bardzo się postarać, żeby odnaleźć słowa. Poczułem gorącą krew, która spływała mi po nodze.
Tkanki zaczęły powoli mi się zlepiać, tworząc stare więzy. Ból znikał z każdym nowym połączeniem. Rana zniknęła, pozostała blizna. I pozostał lekki ból, chociaż nie, teraz już tylko swędziało.
Kiedy już myślałem jasno wybaczyłem tej szurniętej dziewczynie przy mnie, dramatycznie gestykulującej rękoma z lśniącymi oczami ze strachu. Nawet zacząłem ją podziwiać, że nie zawahałaby się skrzywdzić wroga. Nie była bezbronna. Może nie muszę ją chronić? Ale... Ale ja chcę. Nagle ona mnie przytuliła. Nie odwzajemniłem, stałem osłupiały spoglądając na jej zamknięte oczy wtulone w moją przepoconą koszulę. Potem zwolniła mnie z uścisku widocznie skrępowana, a ja powstrzymałem się, aby nie pokazać, że nie chciałem żeby się odsuwała.
Była ładna, ale nie była taka jak inne. To była dziewczyna na zawsze. A ja nie chciałem jej zranić. Nie jestem facetem dla niej.
Rozejrzałem się po ciemnym pomieszczeniu żeby rozluźnić atmosferę. Regał z książkami, przewrócone krzesło. A w kącie mały stolik pokryty grubą warstwą kurzu, a na nim kartka. Nie zwróciłbym na nią uwagi gdyby nie fakt, że byłą biała, nowa. W niczym nie przypominała pergaminów obok. Krzyk. Przerażający. Nieludzki. Bolesny. Rozdzierający serce na miliony strzępków. Krzyk. Przerażający. Nieludzki. Bolesny. Rozdzierający serce na miliardy strzępków. Spojrzałem na Raven, która chwyciła kurczowo moje ramię, chowając się za moimi plecami. Ruszyłem przodem ostrożnie posyłając kulę ognia przed siebie. Pokój oświetliły niebieskie światła.Wydawał się mniejszy. Teraz wiem, że była to specjalna iluzja. Ktoś kto tu wejdzie i nie będzie miał mocy pomyśli: "nic wartego uwagi" i zawróci. Niesamowite. W dalszej części pokoju były rozłożone czarne koce. Wyglądało to mniej więcej na bardzo biedny szpital albo schronisko dla ubogich. Moją uwagę przykuły dwie deski, a na nich szkielety, mały i duży. Przypomniałem sobie moją wizje i zebrało mnie na wymioty. Ale jeżeli ta dziewczynka i kobieta tutaj leżą i nigdy nie wyszły czy to nie znaczy, że ja też tego nie zrobię? To pułapka? To nie może tak się skończyć.
Postanowiłem tę myśli zachować dla siebie i sprawdzić źródło krzyku. Raven wystarczająco jest przerażona. Ja też. Ja przede wszystkim. Po pokoju rozległ się pisk. Nie tak głośny jak krzyk, ale tak samo przerażający. Odwróciliśmy się niemal jednocześnie w tę samą stronę i wtedy zobaczyliśmy Perry. Opierała się o ścianę, trzymając nogi w blisko twarzy huśtając się w tę i z powrotem. W ręce mocno ściskała białą kartkę, którą widziałem na stoliku i szeptała to siebie:
-...nie, Perry. Nigdzie nie będziesz bezpieczna... Nie uratują nas, bo niby jak?... On wygrał, Perry. Jesteś nikim... Oni mogą mi pomóc. Mogą!
Raven podeszła spokojnie do przerażonej dziewczyny i przykucnęła:
-Cześć, Perry- mówiła harmonijnym głosem- To ja Raven, ta od Izydy. Jestem przy tobie. Cii...
Delikatnie podniosła rękę i odgarnęła kosmyk z jej twarzy.
-Nic mi nie zrobią? Oczywiście, że zrobią, Perry. Jesteś nikim-mówiła dziewczyna, ale coraz bardziej świadoma pokojowych zamiarów- On jest potworem, Raven. On chce was. Mam kartkę. Do was jakaś przepowiednia. Druga część, Raven. Powiedział, że ty będziesz pierwsza, bo jesteś doświadczona, Raven. On ma takie czarne oczy... Raven on nie ma białek. Thomasa bardziej się boi. Mówi na niego Don. Mówi, że Don ma jakąś moc po ojcu. Dziedziczną. Morderczą, Raven. On potrafi zabijać.
-Ciiii- moja przyjaciółka usiadła naprzeciw dziewczyny i ją przytuliła- Już dobrze, jestem przy tobie.
Stałem jak wryty. Spoglądałem na tę scenę i nie potrafiłem wytłumaczyć jakim trzeba być potworem żeby tak zniszczyć komuś psychikę.
-Raven...-czarnowłosa ofiara Pana spojrzała w moją stronę i jej niebieskie oczy otworzyły się szeroko- Raven stąd nie ma wyjścia.
***
Ile to już godzin? 10? 12? Straciłem rachubę czasu. Perry mówi tylko do Raven zachowując się tak jakbym nie istniał. Oparty o ścianę przestałem wierzyć w to, że dożyjemy jutra. Jakieś 5 godzin temu skończyłem przeglądać szpitalo-schronisko i straciłem nadzieję na wyjście. Perry płakała od 4 godzin. Raven spała od 10 minut. Tak mi się wydaje. Liczenie sekund to jedyne co mi pozostało. Wtedy przypomniałem sobie o kartce.
-Ej, pokażesz tą kartkę?
Dziewczyna przestała płakać i spojrzała na kartkę w swojej dłoni. Potem popatrzyła na mnie pokręciła głową i zaczęła płakać dalej. Myślałem czy obudzić Raven żeby ją zdobyła, ale uznałem, że musi być wyczerpana i należy się jej odpoczynek.
Mogłem się nauczyć telepatycznych myśli. Mogłem. Żołądek informował mnie, że nie ma zamiaru przechodzić na dietę. Ja też. Chciałem się napić, chciałem coś zjeść. Zacząłem myśleć o rodzicach. O starym życiu. Czy ja tam w ogóle chciałbym wracać. O tacie, którego już nie pamiętam. O mamie, której twarzy nie umiem już opisać. Wiem co moja rodzina przeżyła po zniknięciu ojca. A myśląc co przeżywa po moim zniknięciu...
Mój pradziadek. Garrow, dlaczego mam ukrywać, że był w akademii. Przypomniałem sobie pierwszy dzień tutaj i mimowolnie się uśmiechnąłem. Ech...Jak ja się zmieniłem od tego czasu. Z tego pewnego siebie szczeniaka, jakby to widziała matka... Wtedy przypomniałem sobie dziewczynkę na ławce. I jej słowa. Jak one brzmiały? "Pod deską przycisk"? To było takie dziwne.
Wystrzeliłem jak piorun.
-RAVEN! OBUDŹ SIĘ!-wrzasnąłem tak głośno, że podskoczyła gwałtownie-pomóż mi podnieść deskę tego mniejszego szkieletu!
-Ale, ale po co?-spytała sennym głosem, ale wstała i ruszyła w tę samą stronę co ja.
-Po prostu pomóż. Na trzy. Raz, dwa, trzy! Wyżej! I na bok! Na bok!
Deska była cięższa niż wyglądała. Próbowałem jak najwięcej kilogramów zabrać na siebie, jednak i tak Raven była cała mokra z zmęczenia. Po długiej walce z deską mogliśmy spokojnie usiąść.
-Teraz-dyszała- powiedź, po co się tak męczyliśmy.
Sam nie byłem lepszy. Dyszałem nawet bardziej od niej.
-Przycisk...Wyjście...
Na te słowa zerwała się na nogi i zaczęła rozglądać po odsuniętej powierzchni.
-Mam coś, nacisnąć?
Nie wiedziałem. Mogła to być pułapka albo wyjście. Bałem się zaryzykować, bo moja decyzja nie byłaby tylko za mnie, ale i za jeszcze 2 inne kobiety.
-Nie wiem...
Nacisnęła. Trzęsienie podłogi, spadanie książek z półki, wrzaski Perry.
Pułapka.
-O w mordę, Thomas przejście się otworzyło na schodach, szybko!- wrzasnęła Raven z drugiego końca pokoju. Nawet nie wiem kiedy tam przebiegła. Nie ruszyłem się. 4 kilogramowy kamień spadł na metr od mnie. Podbiegła do mnie i pociągnęła za rękę.
-Nie wygłupiaj się, Thomas.Proszę chodź.
Nie umiałem się ruszyć. Kamień nad moją głową. Jakieś 3 kilo. Wystarczy żeby rozwalić czaszkę. Raven w ostatniej chwili spycha mnie na bok i unikam śmiertelnego ciosu. Właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że jaskinia się wali. Skoczyłem ku wyjściu ciągnąc ją za sobą. Perry była już w połowie drogi, kiedy wziąłem ją na ręce i wyniosłem na zewnątrz. To nie był ten sam peron. Na miejscu gdzie była kasa znajdywała się wielka dziura, którą stworzyliśmy po zawaleniu groty. Odłożyłem dziewczynę i ku swojej uldze ujrzałem na horyzoncie strażników biegnącym ku nam.
Jesteśmy już bezpieczni.
Zemdlałem.
***
***
-Chyba zdajecie sobie sprawę z powagi dokonanego przez was czynu?
Siedzenie u dyrektora na dywaniku nie byłoby złe gdyby nie fakt, że byłem zmęczony i nie miałem ochoty słuchać jego zrzędzenia.
-Ależ panie dyrektorze, gdyby nie my Perry mogła nigdy do nas nie wrócić!- Raven czuła się nieco lepiej od mnie, ale w jej głosie i tak dało się słychać nutkę znużenia- Niech pan dyrektor nie żartuje, że nas za to ukarze!
-Oj Panno Blake, nie wie pani do czego jestem zdolny...
Dyrektor oburzony wstał z mahoniowego krzesła.
-Thomas, wynocha. Muszę porozmawiać z twoją koleżanką.
Nie drgnąłem, nie chciałem zostawiać jej samą.
-WYNOCHA!
Niechętnie wstałem z krzesła ociągając się jak mogłem. Spojrzałem na Raven, która rzuciła mi spojrzenie typu: Nie martw się.
Łatwo powiedzieć. Nacisnąłem klamkę, a drzwi cicho zaskrzypiały.
-Do widzenia, życzę miłego dnia, panu-odparłem z teatralnym tonem i wyszedłem.
Dyrektor oburzony wstał z mahoniowego krzesła.
-Thomas, wynocha. Muszę porozmawiać z twoją koleżanką.
Nie drgnąłem, nie chciałem zostawiać jej samą.
-WYNOCHA!
Niechętnie wstałem z krzesła ociągając się jak mogłem. Spojrzałem na Raven, która rzuciła mi spojrzenie typu: Nie martw się.
Łatwo powiedzieć. Nacisnąłem klamkę, a drzwi cicho zaskrzypiały.
-Do widzenia, życzę miłego dnia, panu-odparłem z teatralnym tonem i wyszedłem.
~Dorothy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz