Nikomu nie powiedzieliśmy o nocnej akcji. Wszyscy wiedzieliśmy, jak to się skończy - co najmniej jedno z nas zostanie wydalone. Jedynie Souhya była bezpieczna. Odleciała, gdy tylko wzeszło słońce. Tak naprawdę ani ja, ani Thomas nie zmrużyliśmy oka. Rozmawialiśmy później przez większość nocy, żeby tylko nie zasnąć. Ja nie mogłam spać na wspomnienie białek oczu Isabelle, a Thomas... Wydawało mi się, że musiałam wyglądać naprawdę paskudnie, gdy mnie znaleźli. Na szczęście kandydatom na bogów znacznie szybciej goją się rany, a w dodatku dwójka moich wybawców dobrze się mną zaopiekowała.
- Panno Blake?! - z rozmyślań wyrwał mnie głos nauczyciela Prawdziwej Mitologii, pana Lainiego.
Spojrzałam na niego ciężko, i zauważyłam, że jego piwny brzuszek znów się powiększył. Nie miałam ochoty na kolejną sprzeczkę i szlaban.
- Słucham - westchnęłam.
- Prosiłem o porównanie mitu o Ikarze z tym samym mitem w wersji śmiertelników - warknął.
Poczułam czyjś wzrok na sobie. Cath. Chwała Bogom! Byłam zupełnie nieprzygotowana, jeśli chodzi o "naszą" wersję mitu. Kilka mitów z mitologi greckiej tak naprawdę zostało zapożyczone z naszej wiary w bogów. Śmiertelnicy potrafią czasem naprawdę skomplikować sobie życie, posiadając tyle religii do wyboru.
Ikar miał prawdziwe skrzydła, jednak złośliwy król za pomocą magii zdołał mu je uciąć, a Dedal dzięki swoim podróbkom zdołał się uratować - przesłała mi telepatyczny przekaz.
Powtórzyłam to, co mi "powiedziała", oczywiście dodając coś od siebie. Zerknęłam później na pana Lainiego - wyglądał na udobruchanego. Odetchnęłam z ulgą, gdy mnie pochwalił i zaczął tłumaczyć reszcie klasy różnicę. Teraz już jednak uważnie słuchałam: dowiedziałam się, że król Minos tak naprawdę nie chciał pozwolić odejść Ikarowi i Dedalowi, ze względu na skrzydła Ikara. Chłopak uważany był za wcielenie Horusa i podobno to wcale nie mijało się z prawdą. Dedal jednak nie chciał pozwolić na przetrzymanie swojego syna i wynalazł skrzydła dla siebie. Niestety, król Minos zauważył uciekinierów. Posiadał wielką moc. Wiedział, że on już nigdy nie będzie mógł "mieć" Ikara i jego skrzydła, a nie chciał, by ktokolwiek mógł je posiadać. Postanowił więc zniszczyć skrzydła chłopcu. Reszta jest już znana.
Nauczyciel zerknął na zegarek.
- Ach, tak, za chwilę macie obiad. Widzimy się za tydzień, pamiętajcie o przeczytaniu kolejnych dwóch rozdziałów Prawdziwej Mitologii. Porozmawiamy o zdradach egipskich bogów.
Rozbrzmiał nasz cichy dzwonek i wszyscy jak najszybciej wyszliśmy z klasy. Obejrzałam się do tyłu w poszukiwaniu Cath, ta jednak szybko odeszła w drugą stronę. Zmarszczyłam brwi. Gdy jakimś cudem miałyśmy razem lekcje, szłyśmy wtedy na obiad lub na oczekiwanie na następne zajęcia razem. Poczułam lekkie ukłucie w sercu. To była intuicja - podpowiadała mi, że coś jest nie tak. Ale przecież Cath ma prawo iść, gdzie tylko chce. Nie powinnam się tym aż tak przejmować.
Dotarłam na stołówkę niestety nie jako jedna z pierwszych. Rozejrzałam się po kafejce i moją uwagę przykuł Thomas, siedzący przy stoliku z jakąś niezwykle piękną blondynką. Śmiała się z jego żartu i nachyliła się mocniej w jego stronę. Kolejne bolesne ukłucie w sercu. Co się ze mną dzieje? Przecież tak naprawdę wcale go nie znam, prawda?
Mogłam usiąść albo z Cassidy, albo z grupką jakiś pierwszorocznych, którzy i tak właściwie nie mają szans zostać bogami - gdy zbliżają się siły ciemności, wszyscy dobrze wiemy, że rozstrzygnie się to między ostatnimi klasami a trzecim rocznikiem.
Wybrałam więc siedzenie na podłodze. Usiadłam z tacą pełną puree i z jednym kotletem drobiowym.
Poczułam się niezwykle samotna. Irracjonalne, ale jednak widok Thomasa.. Agh, muszę przestać. To nie ma sensu.
- Hej, mogę się dosiąść do "stolika"? - usłyszałam nieznajomy głos.
Podniosłam zdziwiona wzrok i zobaczyłam dość przystojnego blondyna, ze zmierzwionymi włosami i błyskiem w oku. Na początku myślałam, że mówi do stolika obok, ale jednak chodziło mu o siedzenie ze mną na podłodze. Uśmiechnęłam się słabo. W sumie, czemu nie?
Kiwnęłam głową i przesunęłam się odrobinę w prawo. Blondyn usiadł i jakby nigdy nic zaczął jeść swoją porcję.
- Tak w ogóle, to nazywam się Jake. Tak wiem, idiotyczne imię - uśmiechnął się lekko.
- Mi się podoba. Jest lepsze niż moje: Raven - westchnęłam i przewróciłam teatralnie oczami.
- Raven brzmi ładnie. Pasuje do ciebie - mrugnął.
Zarumieniłam się lekko. W jego ustach brzmiało to jak naprawdę wielki komplement. Nagle poczułam, że ktoś na mnie patrzy. Thomas. Wpatrywał się w nas z uniesioną lewą brwią. Gdy napotkał moje spojrzenie, natychmiast odwrócił twarz w stronę dziewczyny z którą siedział. Teraz to ja uniosłam brew. Wydało mi się, że skądś zna Jake'a i raczej nie darzy go przyjaźnią.
- Na kogo kandydujesz? - zapytał Jake.
- Na Izydę. Nie jestem może dobra w magii miłości, ale lubię walczyć - uśmiechnęłam się lekko - A ty? Pewnie Set, zgadłam?
Zaśmiał się pod nosem.
- Niestety nie, kandyduję na Re - wyjaśnił.
Zdziwiłam się. Mało kto kandydował na Re, a to dlatego, że bóg robił dokładną selekcję i zawsze odrzucał większość kandydatów już na ich pierwszym roku. Z tego co wiedziałam, chciał już w tym roku wybrać następcę. Jednak wybory bogów są często bardzo zaskakujące. Przez całą moją "karierę" w Akademii poznałam tylko dwóch kandydatów i obydwaj byli zarozumiali i wredni.
- Masz szczęście poznać jednego z dwóch kandydatów na Re, którzy nie są takimi idiotami jak reszta - powiedział.
- A kto jest tą drugą osobą? - zapytałam.
- W sumie chodziło mi tylko o mnie, ale nie chciałem wyjść na zarozumiałego.
Parsknęłam śmiechem. Miał podobne poczucie humoru do mojego.
Jake spoważniał i spojrzał gdzieś w bok. Podążyłam za jego wzrokiem i zauważyłam, że wpatruje się w Thomasa. Nie było to przyjazne spojrzenie... Zmarszczyłam brwi i postanowiłam, że powęszę trochę później.
***
Dzień strasznie mi się dłużył. Wciąż próbowałam porozmawiać z Cath, ale widocznie mnie unikała. Nigdy się to nie zdarzało - zazwyczaj wygarniała mi wszystko, prosto z mostu. Kłóciłyśmy się, ale dzień później już wszystko było w najlepszym porządku, dlatego czułam się tak nieswojo. Chciałam również rozmawiać z Thomasem, wydawało mi się, że coś między nami... przynajmniej jako przyjaciele. Wydawaliśmy się sobie bliscy, ale przez cały dzień nie zaszczycił mnie ani jednym spojrzeniem! Wciąż chodził z jakąś lafiryndą i ewidentnie z nią flirtował. Po całym tym okropnym dniu, moje serce było ciężkie jak kamień - pełne niepewności, obaw i smutku. Gdy siedziałam już w pokoju, rozległ się głos nauczycielki Wnikania w Umysł, pani McKinney.
- Wszyscy uczniowie proszeni są o zebranie się w holu, natychmiast. Powtarzam...
Jęknęłam głośno, ale wiedziałam, że to nie są żarty. Takie ogłoszenia zazwyczaj oznaczały wydalenie kogoś. Bardzo bałam się, że może to być ktoś z moich znajomych.
Zbiegłam po schodach, wraz z tłumem uczniów. Większość szła osobno, jednak każda napotkana para lub grupka szeptała ze sobą przerażona. Przypomniało mi się, jak Cath mówiła, że nawet za opowiedzenie mi w sekrecie o tym, co naprawdę stało się Isabelle, może zostać wyrzucona. Przełknęłam głośno ślinę. Czy to dlatego zachowywała się dzisiaj tak dziwnie? Błagam, tylko nie to... Nie zniosę kolejny raz straty przyjaciółki...
W holu panował chaos. Nauczyciele rozmawiali ze sobą podniesionymi głosami, uczniowie zbierali się dookoła nich i rozmawiali między sobą rozgorączkowani. Ku mojej uldze, z tyłu tłumu stała Cath i również wyglądała na zdziwioną. Podbiegłam do niej i złapałam za ramię. Odwróciła się i natychmiast odwróciła ponownie. Tego już było za wiele!
- O co ci chodzi, do cholery?! - krzyknęłam, ale i tak nikt oprócz niej mnie nie usłyszał.
Westchnęła cicho i dopiero po chwili odpowiedziała:
- A jak myślisz? Po prostu już ci nie ufam, nie mogę po tej ostatniej akcji z Isabelle. Wyraźnie kazałam ci zostać, ale mnie nie posłuchałaś. O mało co nie zginęłaś, a i tak dziękowałaś tylko Thomasowi za ocalenie! Ja byłam bezużyteczna!
Uśmiechnęłam się szeroko. Ach, więc jest zazdrosna o mojego nowego przyjaciela! Zachichotałam, co chyba jeszcze bardziej ją zirytowało, bo cała się spięła.
- Cath, proszę cię. Przecież to ty jesteś moją przyjaciółką! Tak, wiem, że popełniłam błąd, ale już cię przeprosiłam...
- Przeprosiny niczego nie załatwią! Tu chodzi o czyny, a ty robisz, a potem opowiadasz jaki to był błąd i jak tego żałujesz! - prychnęła.
Cofnęłam się o krok. Jak mogła tak mówić?! Nigdy w życiu nie powiedziała ani jednego złego słowa o moich wyborach! Zawsze mnie wspierała i...
- Zachowujesz się dziecinnie, ciągle myślisz tylko o tym, jaka Akademia jest okropna. Nie masz wielu znajomych, bo uważasz, że każdy to albo rywal, albo idiota! A ja? Wykorzystujesz mnie kiedy tylko chcesz!
- Wiesz co, Cath? - warknęłam lodowatym tonem, co lekko wystraszyło Cath - Wal się.
Odwróciłam się na pięcie i zaczęłam przepychać przez tłum, by dotrzeć jak najbliżej nauczycieli. Rozmowa z Cath bardzo mnie zabolała, ale miałam dosyć użalania się nad sobą. Postanowiłam coś bardzo ważnego: niech myśli sobie co chce, ale ja nie mam zamiaru jej za nic przepraszać. Popełniłam błąd, jeśli chodzi o Isabelle, ale potrzebowałam wsparcia Cath jak nigdy wcześniej. Miałam zamiar odwdzięczyć się jej, gdy tylko będzie potrzebowała mojej pomocy. Chyba jednak wcale jej nie chciała.
Wreszcie rozmowy ucichły. Nauczyciele wystąpili na środek: trener, pan Laini, pani McKinney, panna Bracown, a nawet nauczyciel latania wraz z kilkoma pomniejszymi bożkami! Wszyscy, prócz... dyrektora.- Kochani, zbieramy się tutaj o tak niecodziennej porze, przez niecodzienną sprawę... Jedna z naszych uczennic, Perry, kandydatka na Dżehuti, zniknęła wczoraj rano i do tej pory się nie pojawiła. Trwają poszukiwania, jednak chcemy poprosić was o pomoc. Będziecie mogli użyć swoich mocy i wykazać się w poszukiwaniu Perry, co również może pomóc wam wznieść się wyżej w rankingu. Który kandydat ją znajdzie, otrzyma hojną nagrodę. Macie całą noc na poszukiwania, ale żeby każdy z was był bezpieczny, zakazujemy wam wchodzić do lasu, ponieważ tam wysłaliśmy nasze najlepsze ekipy poszukiwawcze, które są niezwykle profesjonalne. Dostaniecie również specjalne medaliony ochronne, ukrywające was przed czarną magią. Oczywiście poszukiwania nie są obowiązkowe i zrozumiemy, gdy ktoś z was będzie wolał pozostać bezpiecznie w swoim pokoju. Jednak naprawdę możecie wiele zyskać pomagając nam, a my na pewno o tym nie zapomnimy - wyjaśniła wszystko McKinney.
Wpatrywałam się w nauczycieli ze zmarszczonymi brwiami. Dookoła mnie rozległy się paniczne szepty, poddenerwowane donośne głosy chłopaków, a także kilka niezbyt przychylnych uwag w kierunku Perry. Wszystkich jednak łączyło to samo: każdy się zaniepokoił, a właściwie wszyscy byli przerażeni i zszokowani. Nigdy w dotychczasowej historii Akademii nie było sytuacji zniknięcia ucznia. Nigdy.
Musiałam również zastanowić się, czy będę chciała pomóc. Po ostatniej sytuacji naprawdę nie miałam ochoty nigdzie wychodzić po zmierzchu, szczególnie na poszukiwania jakiejś zaginionej dziewczyny, której tak naprawdę nie znałam.
Naglę uderzyło we mnie gorące powietrze, tak mocno, że aż się zachwiałam i musiałam złapać ramienia jakiejś przerażonej pierwszoroczniaczki, aby nie upaść. Odetchnęłam głęboko i wtedy przed moimi oczami pojawił się obraz dworca kolejowego. Dopiero po chwili mogłam normalnie widzieć tłum rozchodzących się nastolatków. Kilkanaście osób ustawiało się w kolejce do nauczycieli a ja zaczęłam bić się z myślami. Ta wizja nie może być przypadkowa, ale czy i tym razem nie wpadnę w jakąś pułapkę? Niee, to bez sensu, nikt nie zastawia pułapki dwa razy w tym samym miejscu. Po za tym nikt oprócz mnie nie wpadnie na pomysł szukania na dworcu. Rozważyłam opcję poinformowania kogoś, że być może tam znajduje się Perry, coś jednak natychmiast to odrzuciło. Usłyszałam cichy głos, prawie niedosłyszalny w moim potoku myśli.
Zaufaj mi.
Głos był wyjątkowo znajomy, a mimo że cichy, czułam jego potęgę. I...Izyda?
Zdecydowanie za często się ze mną kontaktowała...
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że słowa (prawdopodobnie) Izydy, wywarły na mnie tak wielkie wrażenie, że stałam w kolejce po medalion. Gdy doszłam do pana Lainiego, uśmiechnął się do mnie szeroko i zapisał moje imię na liście, po czym wręczył mi medalion. Pierwszy raz w życiu widziałam, żeby się tak do mnie uśmiechał, zrobiło mi się aż lżej na sercu. Może faktycznie dobrze robię? Mogę w jakiś sposób pomóc i jeszcze zdobyć za to mnóstwo punktów w rankingu, ale także u nauczycieli.
Założyłam medalion i w jakiś przedziwny sposób od razu poczułam się lżejsza, tak jakby ktoś zdjął ze mnie grzechy i wyrzucił do kosza. Uśmiechnęłam się szeroko. Zauważyłam w oddali Cath, która przyglądała mi się ze zranionym spojrzeniem. Udałam, że jej nie zauważyłam, wyprostowałam się i z uniesioną głową skierowałam się do pokoju. Musiałam się jakoś przygotować, prawda?
***
Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam przed siebie. Najpierw szłam powoli ścieżką prowadzącą do małego stawu w ogrodach Akademii, ale później skręciłam w ścieżkę do lasu. Spodziewałam się, że stanie tam ktoś na straży, czy żaden uczeń nie wpadnie na pomysł kręcenia się tam podczas poszukiwań, dlatego też rzuciłam zaklęcie maskujące. Niestety, działało tylko 3 minuty, musiałam więc bardzo się pośpieszyć. Wolałam, żeby nikt nie widział, jak kieruję się na stary dworzec, mogli mnie powstrzymać a wtedy nie miałabym najmniejszych szans znowu spróbować się tu dostać. Biegłam właściwie całą drogę i dziękowałam wtedy trenerowi za wycisk jaki zawsze nam daje.
Wreszcie dotarłam. Zaklęcie maskujące przestało działać, a niestety musiałam chwilę poczekać przed rzuceniem kolejnego, żeby zapas mojej siły trochę się zregenerował.
Rozejrzałam się dookoła, w poszukiwaniu Perry. Prychnęłam pod nosem. Naprawdę oczekiwałam, że dziewczyna będzie leżeć na środku dworca, żebym mogła łatwo ją znaleźć? Postanowiłam, że obejdę cały dworzec dookoła. Na szczęście dworzec to tak naprawdę tylko jeden peron, z budką na bilety. Za wiele miejsca do szukania tu nie było!
Dwadzieścia minut później przechodziłam ponownie przez tory, po przejściu dosłownie WSZYSTKICH zakamarków dworca. Ogarnęła mnie niesamowita wściekłość, tak mocna, że postanowiłam kopnąć w stary przełącznik torów i lekko zmieszana usłyszałam głośny i głuchy trzask. Po jaką cholerę Izyda (lub ktokolwiek) pokazał mi to miejsce, skoro ani śladu tu Perry? Ani Isabelle, na szczęście...
Przeszłam przez tory i ruszyłam w stronę budki z biletami, może tam coś znajdę? To było ostatnie miejsce do przeszukania.
Nagle moja stopa zawisła w powietrzu. Zdziwiona zdałam sobie sprawę, że prawie wpadłabym do wielkiej dziury. Jak to możliwe, że wcześniej jej nie zauważyłam? Zszokowana zauważyłam również, że powoli coraz bardziej się rozszerza, odsłaniając zniszczone schody. Czy to za sprawą przełącznika torów? Uśmiechnęłam się tryumfalnie. A więc jednak coś odkryłam!
Zaczęłam powoli schodzić po schodach, przezornie jednak wyjęłam najostrzejszy i największy nóż jaki miałam, ze stylową, turkusową rączką. Prezent od dyrektora (który oczywiście nie wręczył mi tego osobiście) za pierwsze miejsce, podczas zawodów w biegach na 500 metrów.
Robiło się coraz ciemniej, postanowiłam więc skorzystać z zaklęcia płomienia. Na szczęście kilka zaklęć potrafiłam całkiem dobrze i mogłam utrzymywać je w miarę długo.
Schodziłam coraz głębiej i głębiej. Nagle usłyszałam trzask, tak jakby ktoś również odkrył schody i zaczął po nich schodzić. Odruchowo zgasiłam płomień drgający na mojej dłoni i przerażona naszykowałam nóż w gotowości. Miałam do wyboru zbiec szybko po schodach i zostać wykryta, ale być może znaleźć miejsce do schowania się, albo przyczaić się w cieniu i zaatakować nieznajomego. Kolejny trzask. Och, już za późno. Zbiegłam szybko ze schodów, potykając się kilka razy. Zacisnęłam palce niezwykle mocno na rękojeści ostrza, tak, że aż zbielały mi knykcie. Usłyszałam czyjeś przekleństwo. Nie miałam jednak ochoty zastanawiać się nad barwą głosu. Biegłam w ciemności przez wielką piwnicę, z mnóstwem pajęczyn i walających się co chwila gratów. Postanowiłam wreszcie się zatrzymać i przyczaić na mojego nowego przeciwnika. Wdech, wydech, uspokój oddech Raven!
Ujrzałam zarys postaci. Chłopak. Rzuciłam się na niego, ale coś, jakby niewidzialna tarcza sprawiło, że odbiłam się i uderzyłam w ścianę jakieś 6 metrów dalej. Przez chwilę nie byłam w stanie nic widzieć, przez tysiące czarnych kropek przed oczami. Tajemnicza postać podeszła do mnie i kucnęła na przeciwko mnie. Widziałam, że zaczyna wyciągać coś z kieszeni... Ostatni raz spróbowałam rzucić nożem w postać, ale byłam zbyt obolała, żeby dobrze wycelować. Nóż trafił więc w udo. Chłopak wrzasnął i upadł na plecy. Ja tryumfalnie wypowiedziałam ponownie zaklęcie płomienia, żeby wreszcie zobaczyć, kim jest nieznajomy.
- THOMAS?! Co ty tu robisz do cholery?! - krzyknęłam i natychmiast spojrzałam na nóż tkwiący w jego udzie.
- O nie, nie, nie, nie, nie - jęknęłam.
- Kur!@, Raven, to tak cholernie boli! - warknął.
Dobrze wiedziałam jak to boli.
Szybkim ruchem wyrwałam mu nóż powodując u niego kolejną falę bólu.
- O boże, o boże, o boże! - pisnęłam.
Urwałam wielki kawałek swojej ulubionej bluzki, żeby w jakiś sposób zatamować krwawienie.
Żałowałam, że nie potrafię uleczać ludzi! To była jedyna przydatna umiejętność! Tak samo jak czytanie w myślach. Mi dostało się jedynie dekoncentrowanie ludzkich umysłów. Ale super...
Nagle zobaczyłam, że Thomas drżącymi dłońmi dotyka rany i coś do siebie szepcze. Otworzyłam szeroko oczy, gdy krew zaczęła znikać, a jego dłonie coraz mniej drżały. W końcu przestał i zaczął powoli wstawać. Odsunęłam się o krok, gdy wstał i otrzepał spodnie.
Tak po prostu, po tym jak wbiłam mu z pełną premedytacją nóż w udo.
Rzuciłam się na niego i mocno przytuliłam. Nie wiem, czemu to zrobiłam, ale chyba naprawdę bałam się, że coś mu zrobiłam! Straszna ze mnie idiotka.
Odsunęłam się po chwili trochę skrepowana, ale zauważyłam, że uśmiechnął się lekko pod nosem. Trochę mi ulżyło.
- No, nie jest tak źle. Boli, ale za jakiś czas mi przejdzie - uśmiechnął się lekko.
Nie odpowiedziałam, tylko wpatrywałam się w niego z szeroko otwartymi ustami.
Chłopak zaśmiał się pod nosem.
- Co ty tu w ogóle robisz? - zdołałam z siebie wydusić.
- Objawiła mi się wizja takiego właśnie wejścia na dworcu, gdy nauczyciele mówili o zniknięciu Perry. Przyłączyłem się więc do akcji ratowniczej. Ale te medaliony to gówno, zdołałaś wbić mi nóż w udo - mruknął.
- Tak, ale najpierw skutecznie obronił cię przed wbiciem ci noża w serce - odparłam kąśliwie.
Westchnął, ale musiał przyznać mi rację. Po za tym, plecy wciąż bardzo bolały mnie po przywaleniu w ścianę. Byłam pewna, że zdarłam je sobie do krwi, a może i nawet zrobiłam coś z kręgosłupem. Jednak po kilku chwilach ból powoli znikał, sprawiając, że odetchnęłam z ulgą.
Opowiedzieliśmy sobie nawzajem, jak tu trafiliśmy i co napotkaliśmy na swojej drodze. Okazało się, że Thomas musiał wymienić kilka niezbyt miłych słów z jakimś chłopakiem, którego imienia nie chciał mi zdradzić. Podejrzewałam, że chodziło mu o Jake'a, jednak powód kłótni również zataił. Chciał mnie po prostu ostrzec, że powinniśmy szybko stąd iść.
- To bezsensu! Przecież mieliśmy te wizje. Oczywiście, ty znacznie dokładniejszą od mojej - mruknęłam zirytowana - coś tutaj musi być.
- Myślisz, że w takiej piwnicy leży gdzieś Perry? To też jest bezsensu.
- Nie zaszkodzi nam się rozejrzeć - wzruszyłam ramionami.
Nagle usłyszeliśmy rozdzierający krzyk. Maksymalnie 5 metrów od nas.
By Julire
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz