poniedziałek, 14 września 2015

Rozdział 5: Nowy Przyjaciel

  Dni mijały, a ja leżałem w łóżku rozmyślając czy kogoś jeszcze obchodzę.
Nie dość, że wszedłem do akademii z rocznym opóźnieniem, więc umiałem mniej, to jeszcze leżę już tydzień w łóżku odwiedzany tylko przez nauczycieli pradawnego języka, mocy wiatru i geografii.   Od czasu do czasu przychodził siostra Pauli - Anabelle - żeby spytać jak się czuję i przemycając mi słodycze ze stołówki, których nie dają mi z powodu... w sumie nie wiem jakiego. Może chcą mi zniechęcić do kolejnego połamania czegokolwiek?
  Anabelle startuje na Basket, ale nie ma na co liczyć. Nie jest śliczna ani uwodzicielska. Na mój gust, oczywiście. Spoglądając na jej oczy widziałem Paulę, ale tylko oczy mają podobne.
  Wyrzuty sumienia wyniszczały kolejno wszystkie moje organy, a ja sam miałem ochotę zabić się na najbardziej bolesny sposób jaki tylko mi wpadnie do głowy. Powiesić się, zagłodzić? Podpalić żywcem?
   Jednak ona nie okazywała nienawiści, którą powinna przechowywać w sercu. Przyczyniłem się do kalectwa jej siostry i wydalenia! Gdyby to się stało mojej małej siostrzyczce Wiktorii, zabiłbym tego gnoja, który odważył się nawet na nią źle spojrzeć.
  Myśl o mojej rodzinie, którą mogę już nigdy nie zobaczyć ścisnęła mi gardło. Oczy wypełniły się morzem łez i pierwsza fala ruszyła po brzegu zwanym policzkiem niszcząc wszystko co napotka.
  Mama, Wiktoria, Toby... Pewnie szukają mnie co dnia myśląc, że uciekłem po kłótni. Chciałbym ich zobaczyć choćby przez chwilę. Uśmiechnąć się do matki, pomachać siostrze i bratu. Gdybym to inaczej rozegrał, może nie miałbym wyrzutów sumienia, że ich zostawiłem. Powinienem przegrać... ale jako człowiek nic nie zyskam, nic nie zmienię, nie poprawię. A jako bóg? Zmniejszę ilość burz, wichur. Powietrze nie będzie już żywiołem, który kojarzony jest jako zniszczenie, kaprys bogów. Chcę żeby ojcowie będący marynarzami, rybakami wracali do rodzin. Do żon, dzieci, wnuków. Dlaczego nie zrobił tego tutejszy Horus?
  Chęć władzy. Niszczy każdy kontakt, każde uczucie, nie myślimy już jasno i chcemy tylko cierpienia. Dlatego.
  Miałem dość bezużyteczne leżenia i czytania historii świata (prawdziwej). Przywykłem już do bólu w klatce piersiowej, więc poruszałem się prawie jak normalnie. Leciutko otworzyłem drzwi pokoju i z taką samą precyzją je zamknąłem. Jedna lampa świeciła się w ciemnym korytarzu, zniechęcając do nocnych wędrówek. Lekko kuśtykając ruszyłem w stronę recepcji, którą zapamiętałem jako najgorsze miejsce mego życia. Ostrożnie stawiając każdy krok dotarłem do 3 tonowej pani Helen, która spała wygodnie na obracanym fotelu. Jeszcze raz spróbowałem ogarnąć dlaczego ten fotel się rozwalił na części, po czym ruszam w kierunku drzwi, którymi wszedłem pierwszego dnia.
 Podniosłem swoją koszulkę. Po wielkim czerwonym miejscu nie było prawie śladu.
  Niewiele się we mnie zmieniło od tamtego czasu. Będąc na zewnątrz poczułem zimny, orzeźwiający wiaterek, który dał mi siłę na dalszą wędrówkę. Postanowiłem nie iść ścieżką prowadzącą do parku wydeptaną przez miliony małych stóp. Wybrałem dróżkę, która była tak rzadko przebywana, że prawie niewidoczna. Zmierzała do lasu okrytego czernią. Każdy człowiek straciłby odwagę widząc te potwory, które czyhają w korze i koronie każdego drzewa. Jeśli można to nazwać drzewem, oczywiście.
  Ale ja już nie byłem człowiekiem.
Byłem kandydatem na boga, nie zwykłym ludzikiem bez własnej woli potykającym się o byle kamyczek.
  Mijając pierwsze drzewa i nurkując w ciemnościach oczyściłem umysł i wyostrzyłem zmysły. To mała myszka przebiegła po moim bucie. To jakiś ptak zaczął skrzeczeć ostrzegawczo, żebym oddalił się od jego gniazda i młodych. Wbrew jego sygnałom podszedłem do młodych i koniuszkiem palca pogładziłem ich małe główki. Zaczęły piszczeć przyjaźnie i otwierać dzióbki jakbym był ich matką. Schyliłem się na ziemie i zacząłem kopać aż znalazłem 3 duże dżdżownice i poczęstowałem każde z nich. Samica usiadła mi na ramieniu pocierając się o moje ucho jak to robią koty o nogi. Wbrew sobie uśmiech zagościł na mej twarzy, po czym ostrożnie odłożyłem samicę do gniazda i powędrowałem wgłąb.
  Wyszedłem na łąkę i przyjrzałem się niebu.  Nagle usłyszałem przerażający trzask i jakieś małe zwierzę zaczęło spadać z ogromnej wysokości. Instynktownie posłałem wiatr, aby ten załagodził jego upadek. Usiadłem zmęczony. Ogromna ręka, którą posłałem w jego stronę, chwyciła go w niewidocznym uścisku, po czym delikatnie odłożyła na moje kolana.
Spoglądałem na rannego sokoła, który kurczył prawe skrzydło i żałośnie piszczał.
- Boli cię? - spytałem głosem zarezerwowanym do małych dzieci.
- Przeżyję - odpowiedział mi delikatny widocznie kobiecy głosik zakończony piskiem.
Spojrzałem na sokoła przerażony. Jąkałem się jak nie wiem, składając myśli. Ale jakbyście zareagowali na wieść, że ptak na waszych kolanach GADA?!
- Co? - spytał ptak z przerażeniem w głosie - Jakiś potwór nas obserwuje? Wylecz mnie, szybko!
- A...a...a....ale ja...ja nie wie....em ja...jak
- Jesteś kandydatem na Horusa, do Ozyrysa! (zamiast "do diabła", mamy powiedzenie "do Ozyrysa") Wystarczy, że dotkniesz moje skrzydło i wyszepczesz: "uleczam cię" w pradawnym języku!
Długo myślałem jak jest "uleczyć" po języku, którego koniec końców jeszcze nie ogarnąłem.
- Dutern Wate - wyszeptałem, dotykając delikatnie skrzydła samicy - Wu El Kamjo.
Skrzydło sokolicy zaczęło świecić niebieskim płomieniem, po czym rana znikła.
- Czuję się inaczej, co jeszcze zrobiłeś? - spytała przestraszona.
- Ja...Ja... Zrobiłem tarczę ochronną wokół ciebie...
- Och...
- Mam ją zdjąć?
- Nikt się o mnie nie troszczył, nikt mnie nie kochał. To takie.... cudowne uczucie.

***

 Instruowany przez sokolice postanowiłem wrócić dłuższą drogą przez tory.
- W ten sposób my się poznamy, a droga będzie wygodna dla ciebie - zaproponowała.
Przystałem na tę propozycje chętniej niż chciałem. Byłem samotny, a sokolica rozumiała mnie jakby była częścią mnie. 
  Nazywała się Souhya, kiedy była miesięcznym pisklakiem jej ojciec wyruszył, żeby zdobyć pożywienie, ale nie wrócił. Kiedy Souhya i jej siostra Truo głodowały, matka zdecydowała poszukać pożywienia dla młodych. Ona także nie wróciła. Souhya była starsza, więc poleciała, a raczej spróbowała polecieć po pożywienie. Znalazła umierającą myszkę i zabrała ją do gniazda, żeby siostra się pożywiła, a sama zjadła tylko trochę. I tak Souhya wychowywała swoją niewiele młodszą siostrzyczkę, aż obie stały się wystarczająco dorosłe, żeby znaleźć pożywienie dla samych siebie. Pewnego dnia Souhya pofrunęła dalej niż zamierzała i burza ją zaskoczyła. Nie potrafiła wrócić do swojego domu, martwiła się o siostrę i była kompletnie zrozpaczona. Jej rozpacz chciał wykorzystać tutejszy Sfinks, który zaatakował ją łamiąc skrzydło. I wtedy znalazłem ją ja.
  Potem ja opowiedziałem sokolicy o swoim życiu i właśnie kończyłem opowiadać o swojej nerwowej naturze, gdy Souhya ostrzegła mnie, że słyszy odgłosy walki. Wytężyłem słuch, lecz to nic nie dało.
- Połącz się ze mną myślami, pokażę ci to co słyszę -zaproponowała.
Zgodziłem się chętnie, po czym wyszeptałem zaklęcie, i już po chwili czułem wszystko to, co sokolica. To było wspaniałe. Zapach, który czuła był inny, bardziej intensywny. Poczułem, a raczej ona poczuła krew. Ludzką krew. Souhya potrafiła się skupić na jednym szczególe i widzieć dokładnie jak przez aparat Nikon.Ten najdroższy oczywiście. Na myśl o naszej starej technologi uśmiechnąłem się. Żałośnie niski poziom.
Przyspieszyłem kroku, a moja nowa znajoma próbowała mnie uspokoić.
- Może się przeciął? To nie muszą być strugi krwi. Ja czuję najmniejszą jej kroplę tak samo intensywnie jak kałużę!
- No tak, a odgłosy walki to pewnie zemsta na gałęzi, która mu to zrobiła? Słyszysz się?
Nagle do moich uszu dobiegł wrzask. Wrzask nie furii, a przerażenia. Zacząłem biec. Głos kobiety. Przerażonej kobiety. Walczącej. Na pewno nie z gałęzią, a z człowiekiem. Potworem, a nie człowiekiem. Sokolica przyspieszyła wyprzedzając mnie. 
- Jeśli to będzie niebezpieczne, ostrzegę cię.
Przytaknąłem. Stałem 100 stóp od miejsca walki, schowany za krzewami. Souhya dała mi dostęp do tego co widzi. Przed jej oczyma stała kobieta w czerni, a na ziemi zakrwawiona kobieta. Rozpoznałem ją. To Raven. Serce zaczęło mi bić jak szalone.  W co ta dziewczyna się wpakowała! Nagle kobieta ubrana na czarno zaczęła się śmiać: 
- Idiotko, nie jesteś tak silna jak ja, a co dopiero bóg ciemności. On zniszczy was wszystkich! 
- Isabelle, proszę byłyśmy przyjaciółkami...
- Byłyśmy, a ty teraz jesteś nikim!
Nagle Isabelle zacisnęła pięść i Raven zaczęła się dusić. Czarna magia...
Nawet nie zauważyłem kiedy ruszyłem w kierunku kobiet. Biegłem jak lampart.
- Thomasie, nie!- wrzasnęła Souhya, ale ja ją zignorowałem. Wiem, że to nie fair, martwiła się, ale Raven była odpowiedzią na ten dziwny wiersz, który kiedyś znalazłem, fragment zawierał jej imię:
"...Raven, odpowiedź na pytania boga...". O bogini Izydo, chroń ją! 
Nagle poczułem dotyk czyjejś siły i słowa:
"Thomasie uratuj ją, a ja uratuję ciebie".
Poczułem fale ciepła, jakieś boskiej energii. I wtedy ktoś powiedział zaklęcie moimi ustami, wielka fala powietrza uderzyła kobietę w czerni przewracając ją na plecy. I ku mojemu zdziwieniu w ułamek sekundy uniósł się czarny dym po czym na miejscu Isabelle była kartka. 
Podbiegłem do Raven, która leżała jak martwa.
-Dziękuję, Sarae....- wymamrotała, po czym straciła przytomność.
Położyłem ją na swoich kolanach i gładziłem włosy. Była ranna. Chyba nic nie złamała, ale jej pomarańczowa koszula przesiąknęła. Delikatnie podniosłem zakrwawioną część koszuli, czerwieniąc się przy tym jak burak. Souhye to rozbawiło. Nie zważając na jej poczucie humoru, zabrałem się za odkażanie ran magią. Żałowałem, że dalej nie nauczono mnie sztuki sklepiania ran. Kiedy coś jest potrzebne, zostawiają to na koniec! Na szczęście coś potrafiłem zdziałać i rany już nie krwawiły.
  Wtedy sokolica podleciała do mnie z kartką, która leżała na miejscu gdzie rzuciłem Isabelle. Zapomniałem o niej i w sumie wolałbym ją zignorować, jednak Souhya uważała, że powinienem ją czym prędzej przeczytać nim czarna magia ją nie spali.
- To absurd! Po co miała by ją palić?
- Przeczytaj - głos sokolicy był spokojny i wykonałem jej polecenie od razu.

Witaj Tomasie,
Pan dużo o tobie mówił. Same dobre rzeczy. Widzi w Tobie więcej niż ja i pewnie ma racje.
On zawsze ma racje. Dlatego to on powinien władać niebiosami, nie Horus....

Urwałem. Czułem obrazę do tego co pisała. Pan? Kto to? Czy to ten bóg ciemności?  
- Czytaj dalej - ponaglała sokolica- zaintrygowało mnie to!
Mimo niechęci czytałem dalszy ciąg.

Trudno ci to pojąć.
Mój Pan dopilnuje żebyś zginął, żaden bóg nie może być taki jak ty.
Nie myśl, że cię chwalę.
A ta sokolica jest nic nie warta.
Może sprawiać kłopoty, ale nie ma problemu, którego Pan nie rozwikła.
Zapamiętaj to, Donie Smathy. 

Serce łomotało mi jak szalone. Don Smathy? Mam na imię Thomas! Thomas! Don nie istnieje! Już nie. Oddychałem powoli próbując się uspokoić. Nazwisko po moim biologicznym ojcu było obrzydliwe. Brzydziłem się swoim dziedzictwem. 
- Ja jestem nic nie warta, tak?  - prychnęła sokolica i na moje szczęście nie przejęła się 2 ostatnimi słowami. Będę musiał to rozwikłać... 
***

Kiedy dotarłem do akademii z Raven w ramionach był ranek. Souhya ostrzegała mnie przed ludźmi, którzy uprawiali poranny jogging. No, bo co by sobie pomyśleli, widząc nieprzytomną dziewczynę całą we krwi w moich ramionach niewiele lepiej wyglądającego?
Z trudem utrzymałem równowagę i kiedy trafiłem do recepcji, miałem szczęście - pani Helen akurat poszła się napić. Minąłem jej biurko i szybko ruszyłem w głąb korytarza. 
-123, 124, 125...- mijałem pokoje i odliczałem każdy z nich, zajęło mi to dobre 5 minut- 324! Jesteśmy w domu.
Otworzyłem drzwi. Pokój był w tym samym stanie, co poprzednio. Nagły zastrzyk adrenaliny minął i znowu poczułem ból w klatce piersiowej i ręce. Cholera! Całkiem zapomniałem o złamanej ręce. 
Położyłem dziewczynę na swoim łóżku i skierowałem się do łazienki, najpierw dobrze umyłem całe swoje ciało i się przebrałem, potem zmoczyłem ręcznik i skierowałem się do leżącej na moim łóżku Raven. Miała gorączkę i wiedziałem, że nie obejdzie się bez lekarza. Postanowiłem powiadomić Cath, jej przyjaciółkę. Przyłożyłem ręcznik do twarzy dziewczyny po czym połączyłem się myślowo z jej bratnią duszą. Było to trudne, bo kobietę otaczał mocny mur, ale kiedy posłałem jej obraz Raven w stanie jakim ją zastałem mury zniknęły tak szybko jak się pojawiły.
- Nic jej nie jest? Żyje? Pewnie spotkała się z tą wiedźmą! Mówiłam jej! Mówiłam! Ach... Który pokój? Już idę!
- 324...
***

- Jak mogłeś! Nie uleczyłeś jej?! Mogło wdać się zakażenie!!!
- Jestem tutaj dopiero miesiąc, myślisz, że potrafię!?
Zaczęliśmy się kłócić tak głośno, że za ściany słuchać było wrzaski ludzi: ZAMKNĄĆ SIĘ!
Oddychałem wolno i próbowałem się uspokoić, jednak Cath chyba nic sobie z tego nie robiła.
- Idioto! Nie mogłeś mnie wezwać myślami, gdy tylko ją rozpoznałeś?! Jestem zaradniejsza od ciebie! Potrafiłabym złapać Isabelle! Przez ciebie jest na wolności i chce ją zabić!
Uniosłem brwi i spoglądałem na nią ze zdziwieniem. Cath zmieniła kolor na mocno czerwony.
- Nie zapominaj o oddychaniu - wyszeptał słaby głos.
Cath i ja gwałtownie odwróciliśmy się w stronę łóżka, Raven z otwartymi oczyma spoglądała na nas z ustami wykrzywionymi w uśmiechu. Parodii uśmiechu.
- Cath zapisuj... Bóg ciemności ma 2 imiona. Pierwsze James Sithy... - ledwo oddychała, a słowa składała z wielkim trudem - drugiego jeszcze nie znam. Isabelle opanowała...- kaszlnięcie - czarną magię do 6 stop....stopnia. Przybrała nowe imię, aby nie dało jej się znaleźć magią. Chce....chce.... -gwałtownie nabrała powietrza, podszedłem do niej by pomóc jej wstać - chce.... mojej i Thomasa śmierci. Sithy chce śmierci każdego kto stanie mu na drodze. Ja... Ja miałam zginąć pierwsza - zaczęła szlochać.
Przytuliłem ją i teraz płakała w moich ramionach.
- James Sithy.... Dziwnie znajome - powiedziała sokolica w moich myślach. Zapomniałem, że istnieje, cały czas milczała na krześle - pomyślę nad tym imieniem....

Dorothy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz