czwartek, 15 października 2015

Rozdział 11: Tajemnice.

.
Walczyłem z myślami. Kłębiły się w mojej głowie, a ja próbowałem odgonić je w jak najdalszy kąt w moim umyśle. Jeżeli jestem Fortisem to jestem półbogiem. Jeśli jestem półbogiem to muszę być potomkiem człowieka i boga. Niewątpliwie Rebeka była moją matką. Przepowiednia wyraźnie mówi: ,,Syn nieznanego''.  Horus nie może być moim ojcem, bo ma 148 lat. Za 2 lata wybierze nowego przedstawiciela. Usiadłem na krawędzi łóżka i schowałem twarz w dłoniach.
Moja matka ukrywała przed mną kim był ojciec! A on się nigdy nie ukazał, choć mógł!
To mnie przerastało. Nie byłem gotowy poświęcić życie, a o tym jest mowa w przepowiedni!
I jeszcze jedna kwestia... Jeśli wyruszę to wydalą mnie ze szkoły. Stracę szansę na bycie Horusem, a to całe zło może być zwykłą bajeczką, starego faceta. Co my o nim wiemy? Że włada magią i był dyrektorem. A co do tego drugiego to musimy ufać na słowo.
Z zamyślenia wyrwał mnie alarm. Ucieszyłem się. Zajmę myśli czymś innym niż tą gadką czarodzieja. Pierwszy raz na myśl o szkole poczułem ulgę. Wziąłem prysznic, ubrałem się i szybkim krokiem ruszyłem do jadalni.
Kiedy minąłem szklane drzwi, uderzył mnie dźwięk głośnych rozmów. Ucieszyło mnie to jeszcze bardziej niż alarm, bo nie słyszałem własnych myśli. Nagle ktoś dotknął mojego ramienia i szybko odskoczyłem. Ostatnie wydarzenia odcisnęły na mnie piętno i stałem się czujniejszy niż kiedykolwiek.
-Spokojnie, Thomas- twarz Aryai ukazywała zmartwienie- To tylko ja. Nie chciałam cię przestraszyć. Usiądziesz ze mną?
Ta propozycja mnie ucieszyła. Potrzebowałem się wygadać, a Raven nigdzie nie było. Jak zwykle...I wydaje mi się, że lepiej będzie jeśli zrobimy sobie małą przerwę.
-Oj z przyjemnością- uśmiechnąłem się i wskazałem pierwszy pusty stolik-Tutaj może być?
Kiwnęła głową i ruszyliśmy w jego stronę. Kiedy usiadła zaproponowałem, ze pójdę jej po coś do jedzenia.
-Nie, pójdziemy razem- powiedziała radośnie, podnosząc się z miejsca.
Gadaliśmy chyba z 2 godziny kiedy musiała iść na lekcje. Ja sam też się skierowałem na zajęcia z wiatru. Była to sucha teoria. Uczono cię co robić żeby wiatr był twoim sprzymierzeńcem, nie wrogiem.
Lekcja się dłużyła, a ja i tak wytrwale zapisywałem każde słowo Mr. Khalifa, ale myślami błądziłem wokół Raven i Aryai. Kiedy wykład się zakończył niemal nie przewróciłem krzesła, co bardzo zirytowało mojego czarnoskórego profesora.
-Och, przykro mi, Thomasie, że moje lekcje są tak niesamowicie nudne.
-Ależ skąd, ja tylko miałem okropną noc-odparłem, rzucając mężczyźnie przepraszające spojrzenie.
Skinął głową i spojrzał na mnie z uniesioną brwią.
-No tak, każdemu się zdarza.
Wychodząc z klasy wiedziałem co zrobić- powiedzieć Raven, że ten pocałunek to najzwyklejsza pomyłka.
***
-Jesteśmy przyjaciółmi, nie liczyłem na to, że będziemy razem. Zapomnijmy o tym- powiedziałem wypatrując w oczach Raven oznaki ulgi. Jednak nic nie dało się z nich wyczytać, oprócz bolesnej obojętności. 
-Dobrze-powiedziała, uśmiechając się- Też tak uważam. 
Nie wiem czego się spodziewałem. Że rzuci mi się na szyje prosząc żebyśmy jednak byli razem? Oczywiście, że nie! Jestem dla niej przyjacielem, a te dwa pocałunki były dla niej tak ważne, jak dzisiejsza prognoza pogody. Dlaczego dla mnie nie jest inaczej?
Uśmiechnąłem się, odpędzając trudną do przyjęcia prawdę.
-Spieszę się na dodatkowe lekcje magi, sorki Thomas. Spotkamy się na kolacji-zobaczyłem wahanie w jej oczach po czym pochyliła się i pocałowała mnie delikatnie w policzek- Pa.
Ruszyłem się dopiero jak zniknęła za zakrętem. Nie wiedziałem co mam robić. Souhya wróci dopiero jutro, a moje lekcje się skończyły. Postanowiłem pójść na siłownie.
Po drodze spotkałem Jake'a, który nie zwrócił na mnie zbyt wielkiej uwagi, był niesamowicie zajęty całowaniem się z jakąś dziewczyną. Kiedy rozpoznałem w niej Verlę zrobiło mi się niedobrze.
Udałem obojętność, ale w środku żołądek kurczył się i przypominał, że zjadłem dość sycący obiad. Verla rzuciła mi spojrzenie w stylu: "to mogłeś być ty", co nie ułatwiło mi udawania, że to po mnie spływa. Kiedy znalazłem się za zakrętem, zasłoniłem usta rękoma w geście obrzydzenia.
Przed mną stał młody chińczyk, który spojrzał na mnie z rozbawieniem:
-Też mi niedobrze jak patrze na całujące się pary.
Poczułem, że znalazłem bratnią duszę.
-Ta, a na dodatek to moja była-odparłem, przewracając teatralnie oczami co rozbawiło mojego rozmówcę.
-Ho, ho, ho! Nie zazdroszczę! Jestem Nian. Ale w naszym zgrupowaniu nazywają mnie chińczyk- rzucił mi  spojrzenie, mówiące "tak te zgrupowanie, o którym dowiedziałeś się od czarodzieja"-wiesz ludzi mojego pokroju w akademii jest mało.
No tak. Jestem tutaj już kupę czasu, a jednak "żółtego" widzę pierwszy raz. W sumie w akademii są sami białoskórzy nie licząc niewielu wyjątków czarnych. Czyżby bogowie byli rasistami? Zaśmiałem się na głos, na co Nian podniósł brew pytająco. Spojrzał na mój nos, i tak jakby dosłownie wyczytał że w dzieciństwie uderzono mnie łopatą. Być może dlatego teraz się zaśmiałem. Bo mój żart ani trochę nikogo więcej nie rozbawił.
-Jesteś porypany. Idziesz ze mną na siłownię?
Skinąłem głową i po chwili chińczyk opowiadał mi dlaczego tutaj jest.
-Wiesz nasz mistrz widzi w was coś czego my na razie nie dostrzegamy. Mówi o przepowiedni. Dla naszego zgrupowania jest to niebywała szansa. Nie uwierzysz ile na nią czekaliśmy! Nie będziemy musieli-tutaj ściszył głos do szeptu- ukrywać się w podziemiach. Może nawet będziemy mieli własne, publiczne miejsce spotkań?
Patrzyłem na niego jak idiota. Nic, a nic nie zrozumiałem. Że niby ja i Raven jesteśmy szansą dla jakiegoś tajnego zgrupowania? MY?
-Dobra, dobra widzę twoją minę. Zapomniałem, że ty nic nie wiesz! 50 lat temu kiedy nasz mistrz został zmieniony przez- tu  urwał zastanawiając się nad słowami- niezbyt dobrego dyrektora, siły ciemności się wzmocniły, a Akademia traciła swoją potęgę. Dziwne, co? Uważamy, że dyrektor jest w umowie z Panem, ale to są tylko pogłoski.
To wyjaśniałoby czemu się mną tak interesował, przecież przepowiednia musi być powszechnie znana, ale nie wszyscy będą tak bystrzy, żeby pomyśleć, że spełni się w tym stuleciu. Ale jedno pytanie nasunęło mi się na język od razu:
-To ile lat ma wasz "mistrz"?
Chińczyk wyglądał na zaskoczonego. Ścisnął wargi i usilnie myślał nad odpowiedzią. Po chwili zrezygnował.
-Nie wiem. Wiem, że uczestniczył w Wojnie bogów, czyli minimum 300 lat ma.
-To jak on to robi?- zapytałem oszołomiony taką liczbą. Człowiek żyje 4 razy krócej!
-Nie wiem...Nigdy go nie pytałem-powiedział z  irytacją w głosie- ale jak się dowiesz to mam nadzieję, że wspomnisz o tym słówko albo dwa.
Urwaliśmy rozmowę, ponieważ dźwięki z siłowni były coraz bardziej słyszalne.
***
-Stary! Ile ja ci mam powtarzać! Nie biegaj tak szybko, bo się zmęczysz! -krzyczał Nian z udawanym strachem.
-Na jakiego boga ty w ogóle kandydujesz? -spytałem zwalniając na bieżni. Ma racje, już jestem zmęczony, choć dawka informacji jakimi mnie karmi działa jak adrenalina. Chińczyk podrapał się za uchem i głośno wypuścił oddech. 
-Wiedziałem, że zapytasz. Nie kandyduję na nikogo. Wyrzucono mnie 2 lata temu.
Spojrzałem na niego oszołomiony i niemal nie spadłem z bieżni.
-To...To jakim cudem tu jesteś?
-Okey, zdradzę ci tą tajemnice-powiedział chińczyk wesoło- otóż, posiadam moc, wrodzoną moc, która polega na zmianie się  w człowieka którego nie znosisz, boisz się albo unikasz.
-Co?
-Ech... Każdy ma taką osobę, którą unika, nie? Widzi mnie jako swojego wroga i w ten sposób mnie unikają. Przyznaj, że fajne!-Nian wyglądał na podnieconego, widać było, że z niewieloma osobami podzielił się tą informacją. Poczułem z nim więź, której nie potrafię opisać. Coś połączone z sympatią, szacunkiem, ufnością i oddaniem.
- Dlaczego, więc ja nie widzę ciebie, a nie Jake'a?-nie potrafiłem uwierzyć, jestem człowiekiem mało ufnym, ale to się da wytłumaczyć. Brak mojego prawdziwego ojca wygrawerował mi w głowie słowa "nie ufaj". Raven w sumie też.
-Przecież mogę wyłączyć moc, tak jak ty wyłączasz światło, inteligencie.
No tak. W każdej innej sytuacji zrobiłoby mi się pewnie głupio, ale te ostatnie dni były jak z "Gry o Tron". Jedna sytuacja się kończy druga zaczyna i tworzy się bałagan. Zabawne. Kiedy byłem zwykłym człowiekiem, wierzącym, że nikogo oprócz mnie nie ma, "Gra o Tron" była moją ulubiona książką, a serial oglądałem parę razy z rzędu. Do głowy wpadło mi jeszcze jedno pytanie.
-Za co cię wywalili?
-Za prawdę- Nian całkowicie spoważniał i nie wyglądał jak ten, którego poznałem- Ale nie po to tu jestem. Miałem cię przekonać. Chcemy żebyś do nas dołączył. Sprzeciwił kłamstwu. Thomas! Ciebie Pan nie zabije!
Nagle chińczyk umilkł i zrobił przerażone oczy.
-Dlaczego mnie nie zabije?- było to dla mnie trochę dziwne. Nie rozumiałem dlaczego Nian zrobił z tego taki sekret.
-Yyy, nie wiem. Wydaje mi się, że jesteś za potężny.
-Aha.
Nie wierzyłem mu. Ani trochę. Zszedłem z bieżni i powiedziałem mu, że do jutra powiem mu czy się zgadzam z tą całą grupą. Niemrawy uśmiech na jego twarzy był dla mnie potwierdzeniem, że coś kręci. Umówiłem się z nim na kolejne spotkanie.
***
Po drodze do pokoju miałem mieszane uczucia co do mojego nowo poznanego kolegę. Coś kręci, było widać. Powiedział czego nie mógł. A Raven. Czy też z nią gadali? A może tylko mnie chcą? A Souhya? Wróciła? Może na mnie czeka w pokoju? 
Na tą myśl przyspieszyłem i już po chwili na końcu jasnego korytarza zauważyłem kopertę pod moimi drzwiami. 
Była czarna i pachniała dziwacznie. Ni to róże ni to fiołki. Otworzyłem od razu i zachwyciłem się starannym pismem:

Drogi Thomasie,
Wiem, wiem powinienem napisać do Ciebie już dawno, ale zrozum. Ja się bałem. 
W sumie nie wiem jak ci to napisać delikatnie, więc "powiem" to bez owijania w bawełnę. 
Jestem Marcus i tak się składa, że formalnie jestem twoim ojcem. Nie musisz mi wierzyć, ale chciałbym się z tobą spotkać. Proszę przybądź, a powiem ci całą prawdę. Ja i twoja matka. Ta prawdziwa.
Twój kochający ojciec, Marcus



Nie potrafiłem przestać się śmiać. Ale dobry żart! Chłopaki z klasy się postarali nie ma co! 
Chichocząc wszedłem do pokoju, całkowicie zapomniałem, że oczekuję Souhyi. 
-Co cię bawi?-spytała siedząc na krześle.
Od razu podniosłem wzrok i rzuciłem list na ziemie. Pokonałem dzielącą nas odległość 2 susami i wziąłem (jeśli można tak to nazwać) ją w objęcia. Potarła głowę o mój policzek jak kot, a potem zerknęła na mnie swoim drapieżnym wzrokiem. 
-Musimy uciekać.
Zmarszczyłem czoło i zwęziłem usta. Czyli list to nie od chłopaków. 
Sokolica jakby czytała w moich myślach i skinęła głową na potwierdzenie. 
-Musimy ostrzec Raven i co dokładnie się stało?- zapytałem zmieszany jednocześnie pakując rzeczy.
-Wszystko powiem jak będziecie razem. Musicie zniknąć na parę dni.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz