poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Rozdział 3: Pierwsze rany, pierwsze przyjaźnie, pierwsze straty

Kiedy ta śliczna brunetka o jasnej karnacji spoglądała w moją stronę śmiałem się w myślach, że już pierwszego dnia nie potrafią odwrócić od mnie wzroku. Jednak nie wyglądała na te, które pchają ci się w ramiona po jednym spotkaniu. Postanowiłem dowiedzieć się o co chodzi, czy mam coś na twarzy. Kiedy wspomniała o robaku przestraszyłem się. Nie lubię ziemi, równie dobrze mógłbym w kółko latać, problem w tym, że nie umiem. Patrząc jak wybiega jakby ją piorun uderzył byłem zaskoczony. Eee zaskoczony to małe słowo, zdumiony. Dziewczyna uciekła. DZIEWCZYNA. Miałem miliony dziewczyn, więc wiem co mówię, a ona sama w sobie jest... interesująca. Przyjrzę się jej uważniej.
-Mogę się dosiąść?- spytała piękna blondynka o błękitnych oczach.- Jestem Verla, kandydatka na Basket.
-Eee, cześć- powiedziałem, wiedząc o co jej chodzi- Jestem Thomas, kandydat na Horusa.
-Będziesz moim partnerem na imprezie? Jak przyjdę z kimś takim dostanę dużo punktów. - powiedziała z błagalnym spojrzeniem.
W sumie, czemu nie. Ja na tym skorzystam.
-Okey - powiedziałem podsuwając się do niej- mogę się zgodzić.
-To jestem niezmiernie uradowana- powiedziała z uśmiechem i wzięła w ręce moją twarz.
Już bym ją pocałował, gdyby nie Paula.
- Thomas, na bogów szukam cię już 30 minut zaraz mamy lekcje latania!
Pociągnęła mnie za rękę nie bacząc na wszelkie słowa sprzeciwu. Stołówka była prawie pusta, gdy byliśmy już daleko Paula zatrzymała się, przycisnęła mnie do ściany i szeptem powiedziała:
-Och, Thomasie, jakbyś nie był moim przeciwnikiem byłabym zazdrosna. Powinieneś być moim chłopakiem- uśmiechnęła się, jednak szybko otrząsnęła się z amoku- jak to zrobiłeś?
Uśmiechnąłem się szarmancko.
-Nie powiem ci -odparłem.
-Nie wierze, że... Dobra, nie teraz. Nie możesz podrywać każdej dziewczyny. Zwrócisz na siebie uwagę. Horus był typem, uważanym za geja, a nie podrywaczem.
-Ale...
Jednak ona chyba nie miała zamiaru mnie słuchać, bo ruszyła przez korytarz nie interesując się czy za nią idę.
***
Lekcje latania odbywają się na dworze. Nie latamy na miotłach jak Harry Potter czy dywanach jak Aladyn. A byłoby łatwiej. Trudno to opisać, ale robimy to zmysłami. Musisz pomyśleć, że lecisz. Musisz to poczuć. Musimy usłyszeć powiew wiatru.Tak, tak wydaje się łatwe. I właśnie z takim podejściem pół grupy wpadło twarzą do błota. Było to dość zabawne, bo ja na szczęście poradziłem sobie z lataniem i już po 15 minutach śmigałem jak doświadczony Horus. Wszyscy mnie podziwiali.
-Nie mamy z nim szans!
-Czy to nie jest podejrzane?
-Jesteście pewni, że tutejszy Horus nie pomaga mu w nauce?
Czułem się..... dobrze. Jednak nie nacieszyłem się swoim triumfem, ponieważ Paula w połowie lekcji uderzyła we mnie i spadłem w błoto czując ogromny ból w ręce. Czy to było specjalnie? Pewnie tak. Leżałem w błocie krzycząc z bólu. Pot spływał mi po twarzy,zalewając oczy. Widziałem tylko czarne sylwetki, a ból nasilał się niemiłosiernie. Miałem trudności z oddychaniem. Wszyscy wracali na ziemie i otoczyli mnie w kółku. Moją uwagę zwrócił delikatny głos kobiety:
-Widzisz, Tom mówiłam, że Horus mu nie pomaga.
-Chyba miałaś racje, Aryo. Chodźmy stąd, bo nie umiem patrzeć na tego durnia.
 Pani Desmera podbiegła do mnie ostatnia,  pytając co się dzieje. A potem czułem, że mnie podnoszą.
***
-Panie Thomasie? Ma pan złamaną rękę i posiniaczone całe ciało. Na szczęście złamał pan tylko jedno żebro i nie było wstrząsu mózgu. Słyszy mnie pan?
Głos kobiety był podenerwowany jakbym umierał. Niechętnie otworzyłem oczy i zobaczyłem pielęgniarkę. Brunetka, koło pięćdziesiątki. Obok niej stała moja ukochana przyjaciółeczka- Paula. 
-Thomas, nie cieszysz się na mój widok?- spytała uśmiechając się jak dziecko do rodzica zanim znajdzie zdemolowany dom. 
- Jesteś ostatnią osobą jaką chciałbym widzieć.
-Chciałam przeprosić.
Pielęgniarka skończyła wymieniać kroplówkę i odeszła z uśmiechem. Zakochańce, powiedziała do siebie tak, że tylko ja usłyszałem.
-Za to, że doprowadziłaś mnie do tego stanu?
-Chyba wolisz żebym zrobiła to ja niż jakiś inny kandydat lękający się o stratę stanowiska, nie? Ja złamałam ci tylko żebro i rękę, a on mógłby ci odebrać życie. Jesteś głupi, że pokazałeś innym jak szybko się uczysz!
Poczułem jakby okładała mnie kamieniami ważącymi tonę. Nie odzywałem się długo zastanawiając co oznaczają jej słowa. Chcą mnie zabić? To absurdalne! Dyrekcja nie zezwoli. Nie, to za bardzo odbiega od rzeczywistości. Paula chce mnie nastraszyć, bo wie, że jestem lepszy. Poczułem ogromny gniew, który pojawił się znikąd. Nie jestem pewny czy na Paule, czy na to, że jestem głupi i pokazałem na co mnie stać.Usłyszałem pioruny i deszcz, który bił tak mocno w okna, że wydawało się jakby ktoś wziął wąż ogrodowy i lał strumień wody w okna.
Paula była przerażona.
-Przed chwilą było letnie słońce.... -Zamarła z otwartymi ustami i spojrzała na mnie ze strachem. Wszystko zrozumiała. Ja niestety też. Muszę się uspokoić, muszę. Bo znowu zemdleje jak w recepcji.
Nie mogę, nie. Tomas licz do dziesięciu, mówiłem do siebie szeptem po czym zacząłem odliczanie.
1... Grzmot. 2... Grzmot. 3... Grzmot. 4...Grzmot. Jezu, kiedy to się skończy? Odczułem coś co odczuwałem rzadko: bezradność.
Nagle pioruny ustały, deszcz nie lał się już wiadrami, a zmienił się w kapuśniaczek.
-Ale to nie ja- powiedziałem szeptem, marszcząc brwi. Nie byłem spokojny.
Nagle zobaczyłem kto i jakim kosztem. I nie jestem z tego dumny. Naprawdę.
Paula opadła bezwładnie na podłogę. To działo się w takim tempie jak błysk pioruna. Przybiegła pielęgniarka, położono ją na łóżko obok mnie. Zdumiewająco szybko zaczęła się akcja ratunkowa. Patrzyłem, ale nie wrzeszczałem. Nie było żadnej myśli w mojej głowie. Albo było ich za dużo żeby je zauważyć? Sam już nie wiem. Kiedy Paula znowu zaczęła oddychać, spojrzałem do niej i w brew bólowi żebra podczas podnoszenia-uśmiechnąłem się, Jednak ona odwróciła głowy, miała oczy we łzach.
Szeptała: nie czuję nóg, nie czuję nóg. Powtarzała to w kółko, aż pielęgniarka to usłyszała. Zaczęła dotykać jej nogi pytając czy boli.
Ale niestety Paula wrzeszczała: NIE BOLI, BO ICH NIE CZUJĘ!
W jej oczach nie było złości, lecz strach. Każdy wie co to znaczy. Dla niektórych, lepsza jest śmierć. Poczułem ukłucie w sercu. Wyrzuty sumienia? Współczucie? Żal do siebie? Albo wszystko po trochu?
-Paula...-nie umiałem mówić, tak jakby kamień wielkości ściśniętej pięści utknął mi w gardle.- Ja...Ja...
-Thomas- powiedziała stanowczo jednak w jej oczach dalej był strach, którego nawet nie próbowała ukrywać- ja odpadnę, ale ty, ty możesz zwyciężyć.
-O bogowie, dlaczego ty jesteś taka wspaniała?
Uśmiechnęła się,a jej oczy skierowane zostały na sufit. Ma taki piękny uśmiech.
-Twój pradziadek. Garrow. Ja.... go znam.-Każde słowo jest dla niej męczarnią.- Byłabym sierotą... On....Osłonił moją matkę przed strzałem własnym ciałem. Widziałam to, rozumiesz? Jak jego biała koszula robiła się ciemno czerwona. Jak moja matka wrzeszczała.
Głęboki oddech.
-Dlaczego mi to mówisz?- Zapytałem ze smutkiem, chociaż było to pytanie retoryczne. Słyszę jej płytki oddech.
-Thobias, będę jeździć na wózku. Oni mnie wydalą jak piątkę pozostałych! Z tobą pozostało 14 kandydatów na miejsce Horusa, poradzisz sobie.
-Już się nie zobaczymy? Wymarzą ci pamięć...
-Przykro mi...-nie płakała, ale łzy w jej oczach gromadziły się powoli. Mimo bólu w klatce piersiowej, wstałem z łóżka i ją przytuliłem. Położyłem się obok niej w łóżku i rozmawialiśmy do późna. Potem zasnąłem. Jej spokojny oddech był jak kołysanka.
Żałuje, że to zrobiłem. Gdy się obudziłem jej już nie było. Straciłem ją. Moją przyjaciółkę. Zabrali ją z powrotem do świata ludzi, wyczyścili pamięć, ale czy sobie poradzi z byciem kaleką? Obudzi się i nie będzie wiedziała dlaczego jest sparaliżowana od pasa w dół. A ja niestety tak. Chyba, ze odpadnę i wyczyszczą mi pamięć.  Schowałem twarz w ramionach.Chciałem tak pozostać całymi dniami. Nikt mnie nie ruszy-postanowiłem. I wtedy usłyszałem chrząknięcie.
W progu stała ta dziwna dziewczyna z stołówki. Przewróciła swoimi ciemnymi oczyma widząc, że ledwo się ruszam.
 -Pan wszechmogący potrafi się poruszać?- zapytała szorstko i rzeczowo. 
-O ile mnie pani poniesie- pokazałem zęby w kiepskim uśmiechu, który od razu zniknął z mojej twarzy- Czego chcesz?
 -Milej-odparła spokojniej i zanim się zorientowałem siedziała już na krawędzi mojego łóżka. Nie mojego- Pauli. Myśl o niej spowodowała, że kamień wrócił z powrotem do gardła- no kolego, eee...
 -Kolego?
-Słabo mi to idzie...
-Fakt- uciąłem i zamknąłem oczy. W ten sposób chciałem jej przekazać "spadaj, nie mam humoru nawet dla ślicznotki".
Jednak ona dalej spoglądała na mnie swoimi wielkimi oczyma. Nie wiem ile czasu minęło. Godzina, dwie, trzy? Albo parę minut? Wstała. Otworzyła usta. Wyostrzyłem słuch, martwiąc się, że powie szeptem.
-Thomas. Masz na imię Thomas.
-A ty Cassidy.
-Nie, okłamałam cię. Jestem Raven.
Wstrzymałem oddech. To imię było dziwnie znajome. Przełknąłem ślinę. No to po mnie.

Dorothy



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz