Kandydat na Horusa. Widać, że bogowie lubią sobie czasem pożartować. Od małego chłopca ojciec mówił mi, że jestem ulubieńcem bogów i jeśli będę wystarczająco silny mogę im się przydać. Rodzice nie wiedzą o Akademii zbyt długo, bogowie usuwają im tę informacje od razu kiedy się o niej dowiedzą. Nie mogą więc być ze mnie dumni, ale pewnie byliby. Stojąc teraz przed czarnymi murami olbrzymiej Akademii Timore nie wiem czy się nie wycofać z powrotem do czarnej limuzyny, którą tu przybyłem. Jednak ona zniknęła. Nie ma ucieczki. Żeby było jasne, JA SIĘ NIE BOJĘ tylko przejmuję tym, że będę musiał patrzeć jak moi przeciwnicy płaczą z powodu przegranej. Co ja gadam?! Trzęsę się ze strachu! Zrobiło mi się zimno. Wrześniowy wiatr daje o sobie znać.Kandydat na boga niebios, zamarza na wietrze. Ha! Ha! Ha! Spojrzałem jeszcze raz na Akademię. Okna są jak się nie mylę XVIII-wieczne, drzwi z czarnego drewna, trudno mi jednak określić jakiego. Posadzka na wejściu jest brukowa. Akademię otaczają dziwne, nieznane mi drzewa. Ich korony, zamiast zielone są czarne jakby oblane smołą, a w nich skrywały się wrony. Po trawie także nie było śladu, a niebo jest szare jakby nie był środek dnia. Albo bogowie mają zły humor, albo tylko czarną farbę... Wziąłem do ręki walizkę i przewiesiłem torbę przez ramie. Jeden krok, drugi, trzeci, czwarty. Coraz bliżej i bliżej, do celu. Minąłem drzwi i od razu przy wejściu osłupiałem. W środku Akademia wprost promieniała przepychem. Zielono-niebieskie żyrandole, dodatki, takie jak ramy obrazów, które przedstawiały portrety poważnych, dostojnych osób. Prawdopodobnie faraonów. Stałem na cudownych kafelkach, całych z mozaiki. Nie potrafiłem pojąć, jak komuś chciało się to robić. Wziąłem głęboki wdech i poczułem zapach typowy dla muzeów. Mój ulubiony.
Przede mną majaczył wielki napis "Recepcja". Uśmiechnąłem się ironicznie. Jak w prawdziwym hotelu dla kandydatów bogów. Cudownie.
Przeszedłem przez wielkie, mahoniowe drzwi. W pomieszczeniu stało pełno kwiatów w doniczkach, zauważyłem nawet małą fontannę. Przy ogromnym biurku siedziała pulchna kobieta, z ogromną ilością tapety na twarzy oraz z śmiesznymi, małymi okularkami, które co chwila spadały jej na nos.
- KARTA! - wrzasnęła kobieta.
Zaskoczony rozejrzałem się czy nie mówi do kogoś innego. Myślę, że jako przyszły bóg powinienem być szanowany! Jednak nikogo nie było. Wyciągnąłem czarną pustą kartę z małym, złotym kwadracikiem na prawym dolnym rogu. Podałem kartę kobiecie, która spojrzała mi prosto w oczy. Poczułem dreszcze, tak jakby czytała mi w myślach.
Kobieta uśmiechnęła się lekko.
- Thomas.... Thomas Levithan. Twój pradziadek Garrow Levithan kiedyś próbował sił jako kandydat na boga Re, bezskutecznie. Pewnie podzielisz jego los. Cha, cha, cha- jej ochrypły śmiech wyprowadził mnie z równowagi.
- Przyszedłem tu tylko po klucz do pokoju - warknąłem zirytowany nie bacząc czy weźmie mnie za aroganta.
Kobieta zarechotała ponownie, tym razem jeszcze bardziej szyderczo.
- Kandydat na boga, dobre sobie. Wszyscy jesteście tu tacy sami. Zarozumiali, pyszałkowaci, macie pstro w głowie. Nawet nie jesteś kulturalny. A gdzie się podziało: Przeprasza, proszę?
Zacisnąłem pięści i znów starałem się puścić jej uwagi mimo uszu. Licz do dziesięciu, Thomas, licz do dziesięciu...
- Tak jak już mówiłam, twój pradziadek, Garrow, też tu uczęszczał. Wiesz, był równie beznadziejny co ty. A przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo potem robiło się znacznie gorzej, cha cha - znów ten parszywy, ohydny rechot-może ty nie zrobisz sobie takiego wstydu? Cha, cha, cha. Dobre, Helena!
Informacja, że mój pradziadek też był w tej akademii nie miała znaczenia, bo ta baba mnie uraziła.Od zawsze byłem nerwowy, biłem się z innymi o mniejsze błahostki. Próbowałem się opanować, w końcu to kobieta, jednak jej śmiech rozbrzmiewał w moich uszach. Naprawdę nie wiem jak to zrobiłem, ale wiatr wpadł przez drzwi i okna otwierając je na oścież trafiając przerażoną kobietę, która spadła z krzesła niczym piórko.Krzesło połamało się na części. Nagle wiatr ustał, a do recepcji wbiegł jakiś brodaty mężczyzna.
- Helen nic ci nie jest?!- wrzeszczał rozpaczliwie, próbując ją podnieść. Bezskutecznie, bo kobieta ważyła z 3 tony jak dla mnie.
Nogi miałem jak z waty i czułem, że opuszcza mnie energia. Zagwizdało mi w uszach, co znacznie pogorszyło całą sytuację. Upadłem na kolana, traciłem zmysły.Wzrok, węch, dotyk i na samym końcu wzrok. Ostatni obraz jaki widziałem to młody Afrykańczyk w żółtym swetrze podbiegający do mnie, mówiąc zdenerwowanym głosem: Thomas, Thomas, Thomas.
"Nie potrafię! Nie potrafię!"-wrzeszczałem ile siły miałem w płucach.
Ptaki rzuciły się na mnie, a ja rozpaczliwie wołałem o pomoc.
- Prawie jak w 2 gwiazdkowym hotelu, co?- powiedział ktoś obok mojego łóżka.
Była to szczupła...
- Paula jestem, twoja przeciwniczka.
Dziewczyna była śliczna. Równe, ciemne brwi, jasna karnacja, leciutkie piegi, czarne oczy, a na dodatek czerwone usta niczym dojrzała wiśnia. Czarne loki opadały jej na ramiona.
- Nie możesz być moją przeciwniczką, przecież walczę o miejsce boga, nie bogini! - rozbawiła mnie.
-Ojej, Thomas, ależ ty zacofany! Bogowie uznali, że nieważne jaką reprezentujesz płeć, ważne, że dobrze wykonujesz obowiązki. A i właśnie- uśmiechnęła się- widzę, że będziesz moim największym rywalem. Nikt oprócz mnie nie potrafi jeszcze używać mocy wiatru, ale to kwestia czasu.
Nie zrozumiałem tego co do mnie mówiła, w głowie kłębiło mi się setki pytań. Dlaczego jestem tak traktowany? Co to znaczy magia wiatru? Dlaczego musimy ze sobą konkurować? I przede wszystkim... bogowie chyba coraz bardziej przystosowują się do XXI wieku... Zadałem tylko jedno:
- Dlaczego zemdlałem?
- Bo nie wiedziałeś, co robisz. Nie wiedziałeś, że dysponujesz tą mocą i strach wyżarł ci energię. To normalne u nowicjuszy, nie przejmuj się - poklepała mnie po ramieniu, ale zaraz odsunęła rękę i wytarła ją w spodnie.
No tak, moja spocona koszulka. Postanowiłem to zignorować i zadać następne pytanie.
- Czyli im więcej wiem tym mniej zużywam energii?
- Nie do końca. Wprawdzie jeśli wiesz wszystko, nie zużywasz w ogóle energii chyba, że spotkasz kogoś chodź w połowie tak potężnego jak ty, Thomasie. Pani Helen jest potężniejsza - przynajmniej na razie - dlatego zemdlałeś.
W co ja się wpakowałem? O bogowie, niech mi ktoś pomoże!
- Dlaczego tu jesteś? Wyglądasz na zwykłego podrywacza. Może bogowie się ulitowali? Rodzice cię nie kochają? - spytała po chwili milczenia.
-Nie narzekam na brak zainteresowania - odparłem spinając mięśnie. Jednak widząc jej uśmieszek zrozumiałem, że chce się droczyć.
- Oooo! Już wiem! Nie masz przyjaciół!- krzyknęła rozbawiona.
- Nie narzekam też na małą popularność - odparłem z powagą, chodź zaczęła mnie już denerwować.
Zastanowiłem się, jak utrzeć jej nosa.
- Mój pradziadek uczęszczał do tej szkoły - oznajmiłem unosząc brodę.
Spoważniała od razu. Szczerze to nie wiem czemu, ale podniosła się tak szybko, że wyglądała jak piorun, który zaraz ma mnie kopnąć.
- Słuchaj - przybliżyła twarz do mojej twarzy, zniżając głos - to miejsce jest niebezpieczne, zginiesz jeśli ktoś się dowie, rozumiesz? Wie tylko pani Helena i ona nie może nikomu powiedzieć. Nie jesteś taki jak ja czy oni, jesteś inny. Przepowiednia.... Ona mówi o tobie. Zniszczysz nas...
~ Dorothy
Przede mną majaczył wielki napis "Recepcja". Uśmiechnąłem się ironicznie. Jak w prawdziwym hotelu dla kandydatów bogów. Cudownie.
Przeszedłem przez wielkie, mahoniowe drzwi. W pomieszczeniu stało pełno kwiatów w doniczkach, zauważyłem nawet małą fontannę. Przy ogromnym biurku siedziała pulchna kobieta, z ogromną ilością tapety na twarzy oraz z śmiesznymi, małymi okularkami, które co chwila spadały jej na nos.
- KARTA! - wrzasnęła kobieta.
Zaskoczony rozejrzałem się czy nie mówi do kogoś innego. Myślę, że jako przyszły bóg powinienem być szanowany! Jednak nikogo nie było. Wyciągnąłem czarną pustą kartę z małym, złotym kwadracikiem na prawym dolnym rogu. Podałem kartę kobiecie, która spojrzała mi prosto w oczy. Poczułem dreszcze, tak jakby czytała mi w myślach.
Kobieta uśmiechnęła się lekko.
- Thomas.... Thomas Levithan. Twój pradziadek Garrow Levithan kiedyś próbował sił jako kandydat na boga Re, bezskutecznie. Pewnie podzielisz jego los. Cha, cha, cha- jej ochrypły śmiech wyprowadził mnie z równowagi.
- Przyszedłem tu tylko po klucz do pokoju - warknąłem zirytowany nie bacząc czy weźmie mnie za aroganta.
Kobieta zarechotała ponownie, tym razem jeszcze bardziej szyderczo.
- Kandydat na boga, dobre sobie. Wszyscy jesteście tu tacy sami. Zarozumiali, pyszałkowaci, macie pstro w głowie. Nawet nie jesteś kulturalny. A gdzie się podziało: Przeprasza, proszę?
Zacisnąłem pięści i znów starałem się puścić jej uwagi mimo uszu. Licz do dziesięciu, Thomas, licz do dziesięciu...
- Tak jak już mówiłam, twój pradziadek, Garrow, też tu uczęszczał. Wiesz, był równie beznadziejny co ty. A przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo potem robiło się znacznie gorzej, cha cha - znów ten parszywy, ohydny rechot-może ty nie zrobisz sobie takiego wstydu? Cha, cha, cha. Dobre, Helena!
Informacja, że mój pradziadek też był w tej akademii nie miała znaczenia, bo ta baba mnie uraziła.Od zawsze byłem nerwowy, biłem się z innymi o mniejsze błahostki. Próbowałem się opanować, w końcu to kobieta, jednak jej śmiech rozbrzmiewał w moich uszach. Naprawdę nie wiem jak to zrobiłem, ale wiatr wpadł przez drzwi i okna otwierając je na oścież trafiając przerażoną kobietę, która spadła z krzesła niczym piórko.Krzesło połamało się na części. Nagle wiatr ustał, a do recepcji wbiegł jakiś brodaty mężczyzna.
- Helen nic ci nie jest?!- wrzeszczał rozpaczliwie, próbując ją podnieść. Bezskutecznie, bo kobieta ważyła z 3 tony jak dla mnie.
Nogi miałem jak z waty i czułem, że opuszcza mnie energia. Zagwizdało mi w uszach, co znacznie pogorszyło całą sytuację. Upadłem na kolana, traciłem zmysły.Wzrok, węch, dotyk i na samym końcu wzrok. Ostatni obraz jaki widziałem to młody Afrykańczyk w żółtym swetrze podbiegający do mnie, mówiąc zdenerwowanym głosem: Thomas, Thomas, Thomas.
***
Siedziałem na wzgórzu, patrząc na ptaki. Czułem ich bliskość, jakby były częścią mnie. Sokoły, orły, wróble, jaskółki. One są mną, a ja nimi. Sokół usiadł na moim ramieniu spoglądając bystrym wzrokiem przed siebie. Nagle te wszystkie ptaki zaczęły krakać niczym wrony. Tak głośno, że zerwałem się z miejsca chcąc uciekać. Jednak głos z nieba mówił: Uspokój je, Thomasie, Uspokój je, Horusie. "Nie potrafię! Nie potrafię!"-wrzeszczałem ile siły miałem w płucach.
Ptaki rzuciły się na mnie, a ja rozpaczliwie wołałem o pomoc.
***
Obudziłem się w jakimś dziwnym pomieszczeniu cały spocony. Pewnie mojej sypialni. Jezu, jaki porypany sen, nie? Kiedy się otrząsnąłem rozejrzałem się. O pokoju nie ma co gadać: Mały, prawie pusty, szary. Zupełnie nie wart kandydata na boga, kompletnie nie dało się go porównać do recepcji, a co dopiero do korytarzu, który wywarł na mnie ogromne wrażenie. - Prawie jak w 2 gwiazdkowym hotelu, co?- powiedział ktoś obok mojego łóżka.
Była to szczupła...
- Paula jestem, twoja przeciwniczka.
Dziewczyna była śliczna. Równe, ciemne brwi, jasna karnacja, leciutkie piegi, czarne oczy, a na dodatek czerwone usta niczym dojrzała wiśnia. Czarne loki opadały jej na ramiona.
- Nie możesz być moją przeciwniczką, przecież walczę o miejsce boga, nie bogini! - rozbawiła mnie.
-Ojej, Thomas, ależ ty zacofany! Bogowie uznali, że nieważne jaką reprezentujesz płeć, ważne, że dobrze wykonujesz obowiązki. A i właśnie- uśmiechnęła się- widzę, że będziesz moim największym rywalem. Nikt oprócz mnie nie potrafi jeszcze używać mocy wiatru, ale to kwestia czasu.
Nie zrozumiałem tego co do mnie mówiła, w głowie kłębiło mi się setki pytań. Dlaczego jestem tak traktowany? Co to znaczy magia wiatru? Dlaczego musimy ze sobą konkurować? I przede wszystkim... bogowie chyba coraz bardziej przystosowują się do XXI wieku... Zadałem tylko jedno:
- Dlaczego zemdlałem?
- Bo nie wiedziałeś, co robisz. Nie wiedziałeś, że dysponujesz tą mocą i strach wyżarł ci energię. To normalne u nowicjuszy, nie przejmuj się - poklepała mnie po ramieniu, ale zaraz odsunęła rękę i wytarła ją w spodnie.
No tak, moja spocona koszulka. Postanowiłem to zignorować i zadać następne pytanie.
- Czyli im więcej wiem tym mniej zużywam energii?
- Nie do końca. Wprawdzie jeśli wiesz wszystko, nie zużywasz w ogóle energii chyba, że spotkasz kogoś chodź w połowie tak potężnego jak ty, Thomasie. Pani Helen jest potężniejsza - przynajmniej na razie - dlatego zemdlałeś.
W co ja się wpakowałem? O bogowie, niech mi ktoś pomoże!
- Dlaczego tu jesteś? Wyglądasz na zwykłego podrywacza. Może bogowie się ulitowali? Rodzice cię nie kochają? - spytała po chwili milczenia.
-Nie narzekam na brak zainteresowania - odparłem spinając mięśnie. Jednak widząc jej uśmieszek zrozumiałem, że chce się droczyć.
- Oooo! Już wiem! Nie masz przyjaciół!- krzyknęła rozbawiona.
- Nie narzekam też na małą popularność - odparłem z powagą, chodź zaczęła mnie już denerwować.
Zastanowiłem się, jak utrzeć jej nosa.
- Mój pradziadek uczęszczał do tej szkoły - oznajmiłem unosząc brodę.
Spoważniała od razu. Szczerze to nie wiem czemu, ale podniosła się tak szybko, że wyglądała jak piorun, który zaraz ma mnie kopnąć.
- Słuchaj - przybliżyła twarz do mojej twarzy, zniżając głos - to miejsce jest niebezpieczne, zginiesz jeśli ktoś się dowie, rozumiesz? Wie tylko pani Helena i ona nie może nikomu powiedzieć. Nie jesteś taki jak ja czy oni, jesteś inny. Przepowiednia.... Ona mówi o tobie. Zniszczysz nas...
~ Dorothy
Przepraszam, nie widzę zakładki SPAM
OdpowiedzUsuńWiedeń (niem. Wien, dialekt Wean) – stolica i największe miasto Austrii. Znajduje się w północno-wschodniej części kraju, nad Dunajem. Jest miastem statutarnym, bla bla bla bla strzegącego Imperium Rzymskiego przed najazdami germańskich plemion z północy bla bla bla bla W 1679 roku miasto dotknęła epidemia zarazy, która pochłonęła życie około 70 tys. mieszkańców bla bla bla W 1945 udana ofensywa przeprowadzona przez Związek Radziecki pozwoliła na przejęcie BLA BLA BLA... Nudne prawda? Więc poznaj miasto od wewnątrz! Skończ z informacjami z internetu i nudnymi wykładami! Zamieszkaj w sercu Austrii!
http://wiedenskagra.blogspot.com/
Nie mamy zakładki, bo nie chcemy spamu :)
Usuń